Start-upy technologiczne zmieniają życie w miastach na całym świecie. Pozwalają mieszkańcom płynnie przechodzić z roli klientów do roli usługodawców. Uber dał wielu osobom nowe źródło utrzymania albo możliwość dorobienia do pensji. Airbnb zamienił mieszkania w hotele, co pozwoliło niektórym spekulować na nieruchomościach, a innym spłacić kredyt.

Druga strona medalu to gentryfikacja i rosnące czynsze (właścicielom bardziej opłaca się wystawić mieszkanie na Airbnb turystom, niż wynająć lokalnym mieszkańcom). Hotele w mieszkaniach nie mają licencji i często nie płaci się od nich podatków. Z kolei aplikacje przewozowe niszczą tradycyjne firmy taksówkowe, nie respektują praw pracowniczych czy przepisów dotyczących bezpieczeństwa. Miasta próbują z tym walczyć, ale inwestorzy oczekują zwrotu z inwestycji. To rodzi coraz więcej konfliktów.

Uber w owczej skórze

W 2015 r., kiedy władze Nowego Jorku chciały uchwalić prawo ograniczające liczbę kierowców Ubera w mieście, firma uruchomiła brutalną kampanię przeciwko regulacji. Koordynujący ją Bradley Tusk w książce „The Fixer: My Adventures Saving Startups from Death by Politics” wspomina to tak: “Byliśmy po stronie aniołów [biznesu]. Mieliśmy tyle pieniędzy, ile trzeba (...). Musieliśmy sprawić, że polityczne konsekwencje głosowania w radzie miasta przeciwko Uberowi będą bardziej bolesne niż głosowanie za ustawą burmistrza”. Uber wykupił reklamy w telewizji, radiu oraz wynajął kilka „lokalnych firm lobbingowych, które miały się zająć każdym pojedynczym członkiem rady [miasta]”.

W aplikacji pojawiła się nowa funkcja “de Blasio” - od nazwiska burmistrza Billa de Blasio. Miała pokazać ponad 2 mln użytkownikom Ubera w mieście, co się stanie, kiedy ustawa wejdzie w życie. Aplikacja przestała pokazywać jakiekolwiek dostępne samochody lub wyświetlała czas oczekiwania na przejazd: 25 minut. Ustawa regulacyjna wtedy upadła.

Nowy Jork nie dał jednak za wygraną i w sierpniu tego roku wprowadził regulacje ograniczające liczbę licencji dla kierowców Ubera i Lyft oraz ustalił dla nich minimalną stawkę wynagrodzenia. W odpowiedzi obaj przewoźnicy zachęcali użytkowników do wyrażenia niezadowolenia.

- Wierzymy, że nowojorczycy dołączą do naszego sprzeciwu wobec regulacji ograniczającej liczbę kierowców na drogach. Zagraża ona pasażerom z dalszych dzielnic, którzy polegają na Uberze z powodu źle działającego lub w ogóle nieistniejącego metra - powiedział rzecznik firmy w oświadczeniu.

Joseph Okpaku, wicedyrektor ds. publicznych Lyft, napisał z kolei na łamach serwisu Medium.com artykuł, w którym stwierdził, że regulacja może mieć najgorszy wpływ na społeczności Afroamerykanów i Latynosów. Jego zdaniem nie mieli oni równych praw do transportu przed pojawieniem się aplikacji przewozowych. - Może nas to zawrócić do czasów, kiedy Afroamerykanie i Latynosi nie byli pewni, czy podnosząc rękę, uda im się wezwać taksówkę - napisał.

W Londynie Uber musiał się dostosować do miejscowego prawa. Dopiero niedawno odzyskał przed sądem - warunkową, piętnastomiesięczną - licencję na przejazdy w mieście, którą utracił we wrześniu 2017 r. Zarząd transportu miejskiego w Londynie odebrał ją wtedy za brak odpowiedniej kontroli kierowców i uchybienia związane ze zgłaszaniem przestępstw z ich udziałem. Firma przeprosiła, zwolniła część kadry kierowniczej w Londynie i wprowadziła nowe zasady bezpieczeństwa. Jej prawnicy przyznali przed sądem, że pierwotna decyzja o odebraniu licencji była słuszna, a Uber od tego czasu naprawił swoje błędy.

Prawnik Gerald Gouriet reprezentujący Stowarzyszenie Licencjonowanych Taksówkarzy w Londynie powiedział wtedy, że na rozprawie wystąpił “Uber w owczej skórze”. - Wierzę, że każdy musi grać według zasad, niezależnie od tego, jaki jest duży i potężny - powiedział z kolei burmistrz Londynu Sadiq Khan po wyroku.

E-hulajnoga kontratakuje

Na krótkich dystansach, na których nie opłacają się taksówki, pojawiają się alternatywne metody transportu – jak np. elektryczne hulajnogi. Od ponad roku inwestorzy wykładają setki milionów dolarów na start-upy Bird i Lime, które pozwalają wynajmować hulajnogi na minuty. Te firmy osiągnęły miliardowe wyceny już w ciągu kilkunastu miesięcy od ich założenia i zasypały hulajnogami ulice amerykańskich miast - bez konsultacji z ich władzami. Teraz zaczynają wchodzić do Europy, np. Bird zaczął niedawno oferować usługi w Paryżu.

Na pierwszy rzut oka nieszkodliwe hulajnogi zaczęły “sprawiać problemy”. Powstał nawet hasztag: #scootersbehavingbadly (hulajnogi zachowują się źle), którym oznaczano zdjęcia porzuconych urządzeń na chodnikach blokujących ruch pieszych. Służby miejskie musiały interweniować. Mieszkańcy zaczęli się też skarżyć na obite przez e-hulajnogi samochody. Na pogotowie coraz częściej zaczęli trafiać ludzie po wypadkach (złamane żebra, wybite zęby). W Cleveland była już pierwsza ofiara śmiertelna.

Na początku czerwca władze San Francisco postanowiły ucywilizować te działania. Tymczasowo zakazały usług Bird i Lime, a także ograniczyły liczbę możliwych hulajnóg w mieście,  wprowadziły też licencje dla systemów ich wypożyczania. Start-upy zostały zobowiązane do edukowania o zasadach ruchu drogowego. Podobne podejście do e-hulajnóg zaczęły stosować też m.in. Los Angeles, Austin, Indianapolis czy Nashville.

Teraz Bird i Lime próbują odbudować reputację i przeciwdziałać kolejnym regulacjom. Twierdzą, że hulajnogi pozwalają ograniczyć liczbę samochodów w miastach i zredukować zanieczyszczenie powietrza. Lime uruchomił funkcję Lime Hero pozwalającą klientom przeznaczyć część opłaty dla lokalnych organizacji pozarządowych. Bird postanowił przeznaczyć 1 dol. zarobionego z każdej hulajnogi dziennie na pomoc miastom w budowaniu i naprawie ścieżek rowerowych. Z obliczeń agencji Bloomberg wynika, że przy założeniu, że hulajnoga byłaby wypożyczana pięć razy dziennie na średnio sześć minut, dzienny przychód Bird wyniesie 10 dol. A więc start-up jest gotowy zrezygnować nawet z 10 proc. przychodów w walce o wizerunek. Na razie ma gotówkę m.in. od wielkiego funduszu Sequoia Capital znanego z inwestycji w Apple’a, Google’a czy Ubera.

Airbnb finansuje procesy

W Nowym Jorku Airbnb jest jednym ze źródeł gentryfikacji miasta. Winduje ceny nieruchomości i czynsze, wypychając lokalnych mieszkańców z atrakcyjnych dzielnic. Z szacunków prowadzonych przez miasto wynika, że pomiędzy 2009 r. a 2016 r. ceny wynajmu wzrosły o 25 proc., z czego 9,2 proc. miał stanowić efekt Airbnb.

W Barcelonie na gwałtowny wzrost liczby mieszkań turystycznych miasto zareagowało, ograniczając liczbę dni w roku, na ile można wynająć mieszkanie, nie posiadając licencji hotelowej. Rozpoczęło też kampanię przeciwko nielegalnemu wynajmowi na Airbnb i konkurencyjnym Booking.com. W 2016 r. władze miasta ukarały Airbnb grzywną 600 tys. euro za wystawianie tego typu apartamentów. Do tego zatrudniło kilkudziesięciu inspektorów, którzy tropią pseudohotele.

Śladem Katalończyków poszedł niedawno Madryt. Miasto zaproponowało prawo ograniczające wynajem mieszkania turystom na więcej niż 90 dni. Na wynajem krótkoterminowy nie można będzie już przeznaczać całych budynków - chyba że będą posiadały licencję hotelową. Regulacja jest przestrzenna i dotyczy określonych dzielnic – im bliżej centrum położone jest mieszkanie, tym więcej wymogów musi spełniać właściciel.

Najmocniej w Airbnb może uderzyć Paryż, który jest największym rynkiem dla firmy. Według tamtejszego prawa mieszkania można wynajmować na krótki termin przez 120 dni w roku. Tyle że aż 84 proc. z wystawionych apartamentów na Airbnb nie stosuje się do tego zakazu. Władze miasta zaczęły nakładać kary na wynajmujących, w tym roku ich łączna wartość osiągnęła 1,38 mln euro. Parlament przygotowuje prawo, które pozwala pociągać do odpowiedzialności platformy rezerwacyjne, a nie korzystających z ich usług właścicieli nieruchomości.

Ograniczenia względem Airbnb wprowadziły też Amsterdam i Berlin. W Polsce Kraków i Sopot skierowały rezolucje do Sejmu i rządu w celu uregulowania krótkoterminowego wynajmu. Radni z tych miast argumentują, że platforma podnosi ceny nieruchomości i prowadzi do wyludniania centrów miast.

Nowy Jork uchwalił niedawno prawo, zgodnie z którym Airbnb będzie musiało przekazywać miastu informacje o właścicielach mieszkań wynajmowanych za pośrednictwem platformy. Regulacja ma zablokować operatorów nielegalnych hoteli. Przedstawiciele firmy nazwali to “agresywną inwazją na prywatność gospodarzy”. W odpowiedzi firma sfinansowała pozew sądowy jednego ze swoich użytkowników przeciwko miastu. Wcześniej, w czerwcu tego roku, Stanley Karol, właściciel mieszkania wystawianego na Airbnb, miał się wypowiedzieć przeciwko proponowanej zmianie prawa na posiedzeniu rady miasta. Kilka dni później odwiedzili go inspektorzy z urzędu miasta i nałożyli 32 tys. dol. grzywny za nielegalny wynajem piwnicy niespełniającej przepisów przeciwpożarowych. Karol uznał to za zemstę i pozwał miasto, a Airbnb zgodziło się pokryć koszty jego procesu. Rozgoryczony właściciel twierdzi, że jest niepełnosprawny, a dochód z wynajmu pozwala mu spłacać w terminie hipotekę, podatki i rachunki za prąd.

Miasta nie rządzą światem

Filozof Benjamin Barber twierdził, że miasta w przyszłości będą rządzić światem. Postępująca urbanizacja ma sprawić, że ponad podziałami państw narodowych miasta będą pragmatycznie i w porozumieniach między sobą rozwiązywać globalne problemy, jak np. zmiany klimatyczne. Rzeczywistość pokazuje jednak, że miasta często nie radzą sobie na własnych podwórkach. Coraz częściej stają się bezradne wobec pomysłów firm z Doliny Krzemowej, za którymi stoi globalny kapitał. A to dopiero początek konfliktów.