Przyszłość wygląda jasno - brzmi ironicznie hasło serialu „Black Mirror”, który w każdym odcinku pokazuje zgubne skutki, do jakich może doprowadzić rozwój technologiczny. Popularność serialu ilustruje nasz stosunek do postępującej automatyzacji, czyli mieszankę strachu i fascynacji. O to, jak naprawdę wygląda przyszłość i czy jest się czego bać, zapytaliśmy jutronautów: specjalistów i wizjonerów wyróżnionych przez „Wyborczą” i fundację Kulczyka.

Sztuczna inteligencja

Na pytania o konsekwencje jej rozwoju od lat próbują odpowiedzieć najtęższe umysły. I popkultura. Klasyczne już dzieła jak „2001: Odyseja kosmiczna” czy „Łowca androidów” przedstawiają czarne scenariusze, w których maszyny zyskają świadomość i buntują się przeciw człowiekowi.

 Ostatnie lata to czas bezprecedensowego postępu: urządzenia bazujące na uczeniu maszynowym wykorzystuje się nie tylko w wojsku czy firmach technologicznych, ale też w niemal każdym domu. Wraz z pojawieniem się kolejnych bezobsługowych robotów rośnie lęk o miejsca pracy. Niektóre zawody mogą zniknąć, a wiele innych zmieni charakter.

Dr Aleksandra Przegalińska-Skierkowska, specjalistka od sztucznej inteligencji, przekonuje jednak, że pracy będzie coraz więcej: „Marsz ku jej redukcji jest bardzo długi i na razie będziemy pracować coraz więcej”. Przynajmniej w początkowym okresie rozwój sztucznej inteligencji oznacza zapotrzebowanie na nowych specjalistów i dużo nowych miejsc pracy.

Uczenie maszynowe może zrewolucjonizować medycynę, bankowość, architekturę. Naukowcy pokładają wielkie nadzieje w wykorzystaniu SI do diagnostyki medycznej. Badacze z Uniwersytetu Stanforda opracowali algorytm do rozpoznawania nowotworu skóry i zweryfikowali wyniki jego pracy w konfrontacji z opiniami 21 dermatologów. Zadanie polegało na analizie 370 zdjęć skóry i podjęciu decyzji, czy należy skierować pacjenta na biopsję lub leczenie. Wynik? Sztuczna inteligencja poradziła sobie tak samo dobrze jak lekarze.

Nad praktycznym zastosowaniem uczenia maszynowego intensywnie pracuje wojsko. W tym przypadku doktor Przegalińska-Skierkowska nie przebiera w słowach: jest się czego bać. Wraz z takimi wizjonerami jak baron technologiczny Elon Musk podpisała się pod listem otwartym domagającym się zaprzestania pracy nad bronią autonomiczną. „Głębokie uczenie maszynowe nie jest transparentne i nie wiem, kto chciałby wziąć odpowiedzialność, gdy maszyny zaczną podejmować decyzje i rozwiązania, których my nie rozumiemy”.

Już w przyszłym roku możemy zobaczyć efekty wielkich inwestycji Chińczyków w rozwój sztucznej inteligencji. „Sztuczna inteligencja jest teraz ich produktem narodowym. Cały wyścig technologiczny zupełnie zmienia swoją dynamikę. Dolina Krzemowa nie jest już bezkonkurencyjna. Są wschodzące Indie i przede wszystkim Chiny, które chcą po swojemu tworzyć technologie. Czasami ich pomysły mogą być inne od naszych i kontrowersyjne” - opowiada Przegalińska-Skierkowska. Lekceważące podejście Chińczyków do kwestii kontroli i regulacji może oznaczać, że niedługo wyprzedzą Zachód.

Drukarki 3D

Ich upowszechnienie zbiegło się w czasie z nasileniem częstotliwości ataków terrorystycznych, często dokonywanych przez dżihadystów bez wielkiego zaplecza logistycznego, za to z instrukcjami z internetu, jak domowym sposobem zrobić bombę. To nieco gasi entuzjazm, jaki wywołują możliwości druku trójwymiarowego. Założyciel firmy ZMorph zajmującej się drukiem 3D Przemysław Jaworski uspokaja jednak: „Tak, można wydrukować elementy do stworzenia broni palnej, z czego na przykład zasłynął kilka lat temu Cody Wilson, lider organizacji Defense Distributed zajmującej się publikowaniem modeli broni nadającej się do druku 3D. To jednak często tylko elementy, do których należy dokupić lub dorobić całą resztę. W praktyce wydrukowanie działającego pistoletu lub choćby komory spustowej na tanich biurkowych drukarkach 3D jest prawie niemożliwe. Wilson używał do tego profesjonalnych maszyn firmy Stratasys, które dla przeciętnego obywatela są raczej nieosiągalne”.

Możliwość wydrukowania modeli w metalu nie zwiększa więc jego zdaniem zagrożenia. Jak tłumaczy Jaworski, takie drukarki (np. stapiające drobny proszek za pomocą lasera) są bardzo drogie, wymagają specjalnych pomieszczeń i dodatkowego zaplecza technicznego. Działają tylko w dużych firmach, a takie jednostki na pewno nie pozwolą zewnętrznym klientom na drukowanie broni.

Można się spodziewać, że w związku z debatą o bezpieczeństwie druku 3D zaczną się pojawiać regulacje prawne, jednak polski specjalista ocenia, że będą spóźnione, gdyż pliki z projektami broni dawno już rozeszły się po internecie. I mało skuteczne, bo nie da się kontrolować wszystkich drukarek.

Wiedza to nie potęga

Jak przygotować dzieci do życia w świecie automatyzacji i sztucznej inteligencji, w którym będą wykonywać zawody, które jeszcze nie istnieją?

Do Polski jeszcze na dobre nie dotarł trend włączania technologii do edukacji, a na Zachodzie już zwraca się uwagę, że to wcale nie jest klucz do nowoczesnego nauczania. „Supermocą technologii jest to, że może dostarczyć najwyższą jakość wiedzy bardzo szerokiej grupie. Tu leży ogromna szansa na podniesienie poziomu wiedzy poziomu edukacji” - mówi Paula Bruszewska, założycielka Social Wolves. Od razu jednak dodaje: „Ważne jest, żeby użycie technologii nie przekreśliło indywidualnej interakcji z drugim człowiekiem i zdobywania umiejętności i kompetencji w praktyce”.

Przykład? „Kilka lat temu świat zachłysnął się ideą kursów online. Teraz wszyscy już zdają sobie sprawę z tego, że sama wiedza, nawet przekazywana przez najlepszego nauczyciela, nie wystarczy. Potrzeba do tego jeszcze mechanizmów, które pomagają tę wiedzę wdrożyć ”. Innymi słowy: kiedy możemy dotrzeć do każdej informacji w ciągu kilku sekund, to nie sama wiedza jest potęgą, tylko nasze umiejętności, których nie da się wykuć z książki.

Paula Bruszewska od kilku lat uzupełnia lukę w polskim systemie szkolnictwa dzięki swojemu biznesowi Social Wolves (Wilki Społeczne). Tak, biznesowi, a nie organizacji charytatywnej: według przedsiębiorczyni liczenie wyłącznie na dotacje zawodzi, dlatego żeby walczyć o sprawiedliwość społeczną, trzeba szukać nowych narzędzi.

Dzięki Social Wolves młodzi ludzie mogą w ramach lekcji przedsiębiorczości nauczyć się tego, co najważniejsze w pracy. Czyli wcale nie jak napisać biznesplan: to wygooglają w pięć minut. Uczniowie muszą zaplanować cały projekt społeczny i zrealizować go poza szkołą: pozyskać sponsorów, zainteresować media, przezwyciężyć konflikty w grupie. No i zyskać świadomość, że mogą zmienić świat: pod koniec nastolatki same się dziwią, że potrafiły zrealizować takie ambitne pomysły.

W Polsce poddanie filantropii regułom rynkowym czy połączenie biznesu z działalnością charytatywną jest jeszcze rzadkie, ale coraz więcej korporacji angażuje się społecznie. Przejaw faktycznej troski czy chwyt marketingowy? Paula Bruszewska jest ostrożna z ocenami: „Nie każdy ma szczere intencje, ale widzę wiele firm, które chcą się zaangażować i to nie na zasadzie, że dadzą pieniądze i będą mieli to z głowy. Również pracownicy chcą, żeby pomoc była związana z tym, czym oni się zajmują i robią to coraz lepiej. Widzę wiele firm, które chcą się prawdziwie zaangażować i bronią się przed wyłącznym dawaniem pieniędzy. Również pracownicy dużych firm chcą angażować się społecznie w ramach swojej pracy”.