W samym środku wielkiego campusu Google’a stoi szkielet tyranozaura. Stan, jak nazywają go pracownicy, to nie tylko z lekka zaskakująca maskotka. To jasny sygnał tego, jak wiele może Google. Choćby zafundować sobie szkielet zwierzęcia, które wyginęło miliony lat temu. 

A zaczęło się tak niewinnie. Od naukowego projektu. „Anatomia dużej hipertekstowej wyszukiwarki sieciowej”, czyli zadania, które Larry Page i Siergey Brin realizowali w ramach nauki na Uniwersytecie Stanforda. Projekt uruchomiony w 1996 r. szybko rozrósł się tak, że Page i Brin musieli wynająć garaż w kalifornijskim mieście Menlo Park i szukać pieniędzy na rozwój.

Gdy od współzałożyciela Sun Microsystems Andy’ego Bechtolsheima i kilku innych inwestorów dostali łącznie 1,1 mln dol., prace ruszyły na poważnie. Wtedy jeszcze nawet nie była to konkretna firma. Google został zarejestrowany dopiero 4 września 1998 r. Choć spływały kolejne miliony od inwestorów, Brin i Page nie wiedzieli, jak na wyszukiwarce zarabiać. Reklamy? Oczywiście, ale internauci już na przełomie wieków irytowali się świecącymi banerami i chaosem na witrynach w sieci.

GOOGL

Jak to czasem bywa w Dolinie Krzemowej, jeśli nie wiadomo, jak coś zrobić, to może można to... podkraść. Bill Gross, założyciel laboratorium innowacyjności Idealab, pod koniec lat 90. zorientował się, że największą wartością jest to, czego internauci szukają. Wpisali hamburger? Weźmy od McDonald’s pieniądze za to, że wyświetli się na samej górze wyników.

To proste rozwiązanie stało się kołem napędowym Google’a. Najpierw Brin i Page musieli odkupić pomysł. Bill Gross się nie zgodził, jednak mimo to postanowili wykorzystać jego mechanizm. Sprawa skończyła się ugodą. Gross dostał akcje Google’a, a Brin i Page właśnie rozpoczynali najważniejszy etap w swoim życiu – wprowadzenie reklam do Google’a. Był koniec XX wieku.

W pierwszych latach wyszukiwarka opierała się na prostym – z dzisiejszej perspektywy – algorytmie. Najwyżej wyświetlała te strony, które były najczęściej linkowane z innych stron. A więc im więcej przekierowań hasła „gazeta” w sieci prowadziło do konkretnego dziennika, tym wyżej się on pojawiał.

W ten sposób łatwo było o manipulacje. Kilkanaście lat temu polscy internauci skrzyknęli się, by pod hasłem „debil” linkować stronę Andrzeja Leppera. Automaty Google’a to zliczały i po wpisaniu wulgaryzmu pokazywały na samej górze witrynę nieżyjącego już polityka.

O dzisiejszych algorytmach Google’a powstają całe prace naukowe. Po 20 latach od tych skromnych początków Google, a raczej Alphabet – bo w 2015 roku firma przeszła poważne zmiany i powstał holding zrzeszający wszystkie produkty z nią związane – jest drugą najwyżej wycenianą spółką giełdową świata z wartością szybko zbliżającą się do biliona dolarów.

Ale ważniejsze niż sama wartość firmy jest to, jaki ma wpływ na funkcjonowanie współczesnego internetu, mediów i gospodarki.

Zagooglowani

Słowo „googlować” jako czasownik trafiło do angielskich słowników w 2006 r. Ale już wcześniej, tak jak sama wyszukiwarka (od 2000 roku) stała się najpopularniejszą taką usługą na całym świecie, tak i termin „googlowanie” wszedł do potocznego języka jako synonim poszukiwania. – Tak naprawdę to łatwość, przyjazność jest głównym atutem Google’a i produktów z jego rodziny. To te cechy stoją za międzynarodowym sukcesem firmy i za tym, że w wielu aspektach stała się monopolistą nie tylko w wymiarze gospodarczym i technologicznym, ale przede wszystkim świadomości ludzi – mówi nam profesor Dariusz Jemielniak, twórca grupy NeRDS (New Research on Digital Societies) w Akademii Leona Koźmińskiego.

embed

Bo Google od dawna jest nie tylko "hipertekstową wyszukiwarką”. Po kolei dochodziły kolejne produkty tworzące wielki ekosystem. Google rozpędzał się niczym pstrąg w rwącym potoku. Przeglądarka, poczta, aplikacje fotograficzne, mapy, chmura, system operacyjny Android i wreszcie nawet hardware. Ale przede wszystkim rozbudowywana od 2000 r. sieć reklamowa AdWords. To w ogromnej mierze dzięki niej przychód firmy w drugim kwartale tego roku wyniósł 32,66 mld dol., czyli o ponad jedną czwartą więcej niż w analogicznym okresie 2017 r. Dla porównania - dochody Polski w całym 2017 r. wyniosły trochę ponad 96 mld dol.

Jednak pieniądze i potęga ciągną za sobą coraz więcej czujnych par oczu. Kłopoty Google’a z zarzutami o monopol to już norma. Wystarczy przytoczyć najnowsze kary. Czerwiec 2017 – Komisja Europejska każe firmę grzywną w wysokości 2,42 mld euro za promowanie w wyszukiwarce swojej porównywarki cen i jednoczesne obniżanie pozycji konkurencyjnych porównywarek. Lipiec tego roku – grzywna 4,3 mld euro. Znów od KE. Za zmuszanie producentów smartfonów do fabrycznego instalowania wyszukiwarki Google’a i przeglądarki Chrome. To największa kara w historii prawa antymonopolowego na świecie.

Drugim koronnym zarzutem jest ingerowanie w prywatność, choć Google zawsze tłumaczy: „Nasze produkty są darmowe, a internauci sami decydują, jakie dane chcą nam przekazać”.

Jednak największy skandal wybuchł, gdy w 2013 r. Edward Snowden wyniósł tajne dokumenty z agencji NSA. Okazało się, że Google (oraz Microsoft, Yahoo!, Facebook, Apple) podpisał z nią umowę, dzięki której agenci mają dostęp do części danych zgromadzonych na serwerach tych firm.

Jakby tego było mało, NSA – poza umową – włamała się na serwery Google’a i czerpała jeszcze więcej informacji. W listopadzie 2013 r. ujawnił to „Washington Post”. Tego było już dla techgiganta za wiele, co jasno pokazała reakcja Brandona Downeya, ówczesnego szefa działu bezpieczeństwa w Google’u. Na platformie Google+ „wyczyny” NSA skomentował krótko: „Je*ać tych kolesi”. Niedługo później cały ruch na wewnętrznych serwerach firmy został zaszyfrowany, co dla NSA oznaczało stratę wielu miesięcy pracy.

Googlopol

Większość pomysłów, jakie Google przez dwie dekady odpalił, odniosła sukces. Ale nie wszystkie – choćby wspomniane Google+. – Największą bolączką na pewno były nieudane próby konfrontacji z Facebookiem, czyli media społecznościowe. Ani Orkut, ani Google+ nie zachwyciły i na razie, jak widać, Google zaprzestał wyścigu na tym polu – ocenia Jemielniak.

Niewypałów było więcej: Notatnik (program do gromadzenia linków i wycinków stron WWW), Answers (użytkownicy płacili tu ekspertom za odpowiedzi na pytania), Web Accelerator (przyspieszał ładowanie stron) czy Lively (czat 3D, zamknięty raptem pięć miesięcy po premierze). Najbardziej bolesną wpadką okazały się jednak Google Glass, czyli smart okulary, które miały zrewolucjonizować korzystanie z sieci. Niby firma dała im rok temu kolejną szansę, ale produkt wciąż nie wszedł do powszechnego użytku.

– Tyle że wszystkie te niewypały giną w zderzeniu z udanymi inwestycjami. I to takimi, w które początkowo nie wierzono. Przecież i Gmail, i Google Maps, i Chrome, gdy się pojawiały, miały już sporą konkurencję. A jednak dziś są najpopularniejsze w swoich kategoriach. Choć przykładowo otwarte OpenStreetMap ma więcej zebranych i opisanych punktów geograficznych – tłumaczy Jemielniak. Naukowiec dodaje, że właśnie to, iż Google jednoznacznie odszedł od idei otwartości, która przyświecała w studenckich czasach Page’owi i Brainowi, jest dla niego największym rozczarowaniem w stosunku do tej firmy.

Ale tych rozczarowań, a wręcz spraw budzących poważne obawy, jest znacznie więcej.

Osiem lat trwa już kwestia etycznego mezaliansu z Chinami. Do 2010 roku Google był tam dostępny. Jednak Chińczycy hakowali mu serwery i skrzynki na Gmailu należące m.in. do aktywistów i działaczy walczących o prawa człowieka. Na dodatek Państwo Środka zaczęło cenzurować internet i tego samego wymagało od Google’a. Firma – mająca na sztandarach demokratyczne hasła – postanowiła całkowicie opuścić Chiny, co przyjęto z uznaniem, bo to jednak ogromny rynek.

Tak ogromny, że... Google chce tam wrócić z podkulonym ogonem. Miesiąc temu portal The Intercept ujawnił, że firma pracuje nad cenzurowaną wersją swojej mobilnej wyszukiwarki, która ma być skierowana na tamtejszy rynek. Prezes Google’a Sundar Pichai miał się nawet spotkać w tej sprawie z przedstawicielami chińskiego rządu. Ci ostatni zaprzeczają, Google odmawia komentarza.

Można jednak odnieść wrażenie, że kodeks etyczny w biurze zarządu Google’a jest coraz bardziej przykurzony. Kilka miesięcy temu na jaw wyszła współpraca firmy z Pentagonem. Google miał pomagać w pracach nad kontrowersyjnym programem docelowo wiążącym sztuczną inteligencję z rozwojem robotów wojennych. Przeciw współpracy protestowali sami pracownicy firmy (spora część groziła nawet odejściem) i w końcu została zerwana.

Googleplex

Pracownicy zresztą wciąż mają spory wpływ na to, co się z Google’em dzieje. Gdy rok temu wewnętrzna notatka jednego z inżynierów – Jamesa Damore’a – wypłynęła na światło dzienne, w całej branży zawrzało. Damore pisał, że niski odsetek kobiet w IT i na kierowniczych stanowiskach to skutek różnic biologicznych. „Należy dążyć do równości ideologicznej, nie płciowej” – pisał Damore. Sam prezes Google’a Sundar Pichai przerwał wtedy wyjazd i wrócił do firmy, by zwolnić inżyniera i zakończyć kryzys wizerunkowy firmy. Damore zaskarżył byłego pracodawcę, twierdząc, że jako biały mężczyzna o konserwatywnych poglądach padł ofiarą... dyskryminacji.

Ale dyskryminacja pracowników w firmie, która tylko w swojej centrali zwanej Googleplex zatrudnia 12 tys. osób, a na całym świecie ma ich już blisko 90 tys. pracowników, coraz poważniej dotyczy innego aspektu. Jak wynika z informacji, do których niedawno dotarł Bloomberg, po raz pierwszy w historii firmy zatrudnia ona więcej kontraktowców niż ludzi na etatach. A warunki pracy tych pierwszych nie są wcale takie świetne.

Dyskryminowany czuje się też Donald Trump. W opublikowanym w czwartek na Twitterze filmiku zarzuca Google’owi, że nie podaje on linków do transmisji z corocznego orędzia prezydenckiego przed izbami Kongresu, a do przemówień Baracka Obamy co roku linkował.

To, że Trump atakuje gigantów z Doliny Krzemowej, to nic nowego. Ale na Google’a tuż przed jego urodzinami uwziął się szczególnie. Kilka dni wcześniej firma oberwała za rzekome zaniżanie w wynikach wyszukiwania artykułów z prawicowych i konserwatywnych mediów. „Mają nakaz, by wszystkie wiadomości o mnie i o nas były złe” – pisał na Twitterze i szybko to usunął. Ale gigant i tak po raz kolejny musiał się tłumaczyć opinii publicznej. I właśnie tłumaczenia się z tego, co robi, to ostatnio jego najpoważniejsze zadanie.