Tomasz Bagiński – 42-latek pochodzący z Białegostoku. Przerwał studia na wydziale architektury i poświęcił się reżyserowaniu animacji. W 1999 r. związał się ze studiem Platige Image, gdzie dziś jest jednym z dyrektorów kreatywnych. Wyreżyserował ponad 100 reklam, cinematiki do gier oraz krótkometrażowe filmy animowane. Jego filmy „Katedra” (2002), „Sztuka spadania” (2004) i „Kinematograf” (2009) odniosły międzynarodowe sukcesy: „Katedra” była nominowana do Oscara w 2003 r. „Kinematograf” – do Złotego Lwa na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji. Bagiński odpowiadał za reżyserię animowanej scenografii do koncertu „Siedem bram Jerozolimy” Krzysztofa Pendereckiego w TVP2, nagrodzonego w 2009 r. nominacją do nagrody Emmy. W 2010 r. wyreżyserował film „Animowana historia Polski”, który promował Polskę podczas EXPO 2010 w Szanghaju. Odpowiadał też za reżyserię kultowych cinematików na potrzeby gier „Wiedźmin” i „Wiedźmin 2: Zabójcy królów” oraz „Cyberpunk 2077”, których wydawcą jest firma CD Projekt RED. Kontynuując pracę z CDPR, wyreżyserował trailer i intro do ostatniej części przygód Geralta „Wiedźmin 3: Dziki Gon”. Za spot dla BBC promujący zimową olimpiadę w Soczi został uhonorowany drugą nagrodą BAFTA w swojej karierze. Wyreżyserował serię „Legendy polskie” dla firmy Allegro. Teraz współpracuje z Netfliksem – jako producent wykonawczy i reżyser – nad wyczekiwaną adaptacją sagi Andrzeja Sapkowskiego o wiedźminie Geralcie z Rivii

MARIUSZ KANIA: Co sądzisz o „Koronie królów”?

TOMASZ BAGIŃSKI: Nie widziałem żadnego odcinka. Mignęło mi kilka zdjęć, ale dlaczego miałbym oglądać?

Bo ten serial był zapowiadany jako polska „Gra o tron” i toczy się wokół niego narodowa debata?

– A ja nie czuję potrzeby udziału w niej. Nawet nie dlatego, że od ładnych paru lat nie mam telewizora, bo rzecz jasna śledzę wydarzenia, oglądam filmy, seriale, programy dostępne na platformach internetowych. Nie czuję potrzeby oglądania, a tym bardziej wypowiadania się w kwestii „Korony królów”, bo ona nie leży w horyzoncie moich zainteresowań. W ubiegłym roku tylko w Stanach zrobiono setki nowych seriali, do czego dochodzą ważne kontynuacje plus filmy oraz seriale z Polski. Nie ma fizycznej możliwości obejrzenia wszystkiego. Oglądam produkcje polecone mi przez znajomych lub bardzo wysoko oceniane przez krytyków.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Jak z "Korony królowej" zrobiła się "Korona królów". "To miał być zupełnie inny serial. Nasz pomysł wyrzucono do kosza"

Pytam o ten serial, ponieważ historia Polski jest ważna w twojej twórczości.

– Ale nie historia rozumiana jako podręcznik, tylko to, co najciekawsze – odniesienia do polskości i naszego dorobku kulturowego.

Nasza historia jest pewnym narzędziem, którego z racji jej bogactwa, bagażu doświadczeń, połączenia obecności w głównym nurcie wydarzeń i pewnej egzotyki nie mają inni twórcy na świecie.

Opowieści, które nas ukształtowały, są doskonałym narzędziem kreatywnym. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego inni twórcy z niego nie korzystają. Ja właśnie z tej przyczyny zdecydowałem się zostać i pracować globalnie, ale z kraju.

Rozumiem, że nasza dramatyczna historia jest ciekawym materiałem do tworzenia popkultury. Ale to poszło nie w stronę gier czy seriali, tylko Małego Powstańca na kijach bejsbolowych.

– Wahadło wychyliło się w prawą stronę i poszło trochę za daleko, nie ma co do tego wątpliwości. Ale stało się tak, bo wcześniej było wychylone za bardzo w drugą stronę. Taka cykliczność dziejów jest czymś naturalnym. Pewne treści nie były modne, rzadko wykorzystywane w mediach głównego nurtu. Od razu zastrzegę – nikt nie jest temu winny, taki był duch czasu.

A potem ten duch się zmienił i pojawił się głód na patriotyczne treści odnoszące się w najprostszy sposób do naszej kultury. Ten głód przez lata narastał coraz bardziej – i jego efektem jest również odrodzenie pewnej symboliki narodowej w rozmaitych wcieleniach. Co mnie akurat cieszy, bo uważam, że nie mamy się czego wstydzić.

Oczywiście zdarza się, że ta chęć zaakcentowania uczuć patriotycznych czy dumy przyjmuje pewne karykaturalne formy – i to też jest zupełnie normalne. Amerykanie robią majtki z flagą i nikt na to nie reaguje.

Zresztą w pewnym uproszczeniu czy przerysowaniu – byle było to robione z gustem, fajnie i ładnie – też jest metoda. W produkcjach historycznych tworzonych przez Platige Image [studio specjalizujące się w tworzeniu grafiki i animacji, w którym pracuje Tomek Bagiński] też czasem ocieramy się o granice akceptacji wyedukowanego widza, który mógłby zawołać: „To zbytnie uproszczenie!”. Robimy to świadomie – i w przemyślany sposób – bo mamy poczucie, że trzeba wykorzystać moment i zaatakować treściami, które bardziej rezonują z duszą przeciętnego Polaka.

PRZECZYTAJ TAKŻE: "Wiedźmin": Co stoi za tym sukcesem? Polskość

A nie obawiasz się, że epatowanie „żołnierzami wyklętymi”, husarzami, wilczymi paszczami czy hasłami: „Lepiej umrzeć, stojąc, niż żyć na kolanach”, kończy się radykalizacją poglądów?

– Nie sądzę, by do tego doszło. Polska zawsze miała taką fajną cechę, że jak wahadło wychylało się za bardzo w którąś stronę, to pojawiała się korekta. Teraz właśnie jesteśmy świadkami takiego zjawiska. Też słyszę od wielu osób, że odbiliśmy już za bardzo w prawą stronę, ale bez obaw, wszystko się ustabilizuje.

Polacy zawsze mieli dużo zdrowego rozsądku. Przez kraj przetoczyło się wiele ideologii, ale żadna z nich nigdy nie miała absolutnego poparcia całego społeczeństwa.

I wydaje mi się, że to jedna z naszych fajniejszych cech. Najlepiej oddaje to powiedzenie: „Gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania”. Co uważam za dobre, bo nie oznacza wcale wyłącznie kłótliwości czy niezdolności do kompromisu, tylko to, że nie lubimy, gdy ktoś nam mówi: „To jest jedyna i właściwa prawda”. Polacy z reguły pokazują wała takiemu wciskaniu poglądów.

PRZECZYTAJ TAKŻE: "Wiedźmin" będzie miał swój serial. Netflix i Bagiński łączą siły. Sapkowski konsultantem. "Chcemy być blisko oryginału"

Z tego, co mówisz, wynika, że może to rzeczywiście dobry moment, aby powstała polska megaprodukcja filmowa. Taka nasza narodowa wizytówka.

– Jedną z rzeczy, których człowiek uczy się, jeżdżąc do Hollywood, jest odkrycie, że takich rzeczy nie robi się na kolanie. To długi proces, nad takim projektem trzeba przysiąść. Nie wystarczy znaleźć odpowiednią historię, co zresztą też jest czasochłonne. Samo jej napisanie, czyli stworzenie dobrego scenariusza, wykreowanie bohaterów, potrafi zająć lata.

Nie mam nic przeciwko wielkiej epopei narodowej, ale jestem przeciwny robieniu tego „na hurra”. Bo taką metodą zdobywa się okopy, a nie robi filmy. Te najlepsze powstają na chłodno. No i jedną z najgorszych rzeczy, które mogą się przytrafić filmowi, jest otwarte konto. Produkcja bez odpowiedniego pomysłu, za to z nieograniczonymi środkami finansowymi, to najlepszy przepis na totalną porażkę.

Moim zdaniem pieniądze na taką epopeję narodową lepiej wydać na 10-15 projektów, które trzeba konsekwentnie weryfikować na etapie produkcji. Nawet jeśli połowa okaże się totalnym dziadostwem, to z pewnością uda się zrobić dwie-trzy dobre produkcje. To właśnie one będą świetną wizytówką Polski, opowiedzą o nas w mądry sposób.

Hollywood jest w czubie peletonu, nie tylko jeśli idzie o samo kino i wyczucie potrzeb odbiorców. Również w kwestiach obyczajowych, czego przykładem globalny zasięg #MeToo. A jakie piętno odcisnęło ujawnienie afer związanych z molestowaniem seksualnym na samym środowisku filmowym?

– Jest trochę za wcześnie, by ocenić, jak zmieni się Hollywood. Ale na pewno to, co się wylało, nie było bardzo zaskakujące. O wielu tych sytuacjach plotkowało się od lat. Słyszałem o nich, jeszcze będąc w Polsce, czyli dość daleko od Los Angeles. Przez lata środowisko amerykańskich filmowców akceptowało taką sytuację, uważano za normalność coś, co osoba z zewnątrz uznałaby za patologię. Dostrzegam w części środowiska ukryte poczucie winy. Wielu ludzi wyrzuca sobie, że uczestniczyło w tym systemie i nie próbowało niczego zmienić.

To bardzo skomplikowana kwestia. Z jednej strony mamy niesamowicie bogatych ludzi o ogromnej władzy, a wiemy, że władza deprawuje. Z drugiej strony do tego miasta zjeżdżają się w poszukiwaniu swojej szansy setki tysięcy młodych ludzi. I są gotowi zrobić bardzo wiele, by ją otrzymać. Rzecz jasna ten mechanizm nie ogranicza się tylko do branży filmowej.

Społeczeństwo jako całość ma dużą pracę do wykonania w relacjach damsko-męskich. I znowu pojawia się duch czasu – być może nastroje dojrzały do takiej zmiany.

Trudno mi się w tych kwestiach wypowiadać, bo zostałem wychowany bardzo tradycyjnie, w moralności ugruntowanej w katolicyzmie czy może lepiej – chrześcijaństwie zachodnim, z którego wszyscy się tak naprawdę wywodzimy. I my, katoliccy Polacy, i protestanccy Anglosasi. Osoba żyjąca w zgodzie z tymi zasadami moralnymi naprawdę, nie tylko w deklaracjach, nie jest w stanie dopuścić się molestowania. Nie ma o tym mowy. Być może potrzebujemy teraz powrotu do pewnego tradycyjnego kodu zachowania.

W Polsce w wielu firmach mamy trochę do nadrobienia w tych kwestiach. Nie cieszymy się zbyt długo wolnością i model postępowania, stosunek do kobiet wielu z nas wywodzi się z takich sowieckich, bezczelnych zwyczajów.

Zapewne za kilka pokoleń uda się z tego podźwignąć.

Na marginesie, ta sprawa nie dotknęła tylko Hollywood. Teraz wychodzą na jaw afery z amerykańskiej Doliny Krzemowej, w której pracują niezwykli ludzie, bardzo skupieni na swojej pracy, żyjący w pewnej bańce.

Co przy całej specyfice Doliny Krzemowej też jakoś odzwierciedla szerszy problem. Bo życie w bańce to duże wyzwanie współczesnego świata.

– To aktualnie chyba nasz największy problem, a media społecznościowe coraz bardziej go potęgują. Dostając informacje sprofilowane pod nasze zainteresowania i mając tak dużą jak nigdy wcześniej łatwość wykluczania z grona znajomych ludzi inaczej myślących, odbijamy się tylko od naszych opinii, nie konfrontujemy się z innymi, co prowadzi do radykalizacji poglądów.

Staram się z tym walczyć. Nie wierzę, że ludzie o poglądach liberalnych nie są w stanie dogadać się z osobami o poglądach prawicowych, oni się po prostu nie znają.

Bardzo często bolą czy cieszą ich podobne rzeczy, diagnozują podobne problemy, chodzi im o podobne rozwiązania, ale mają inne drogi dojścia do nich. Moim zdaniem dotyczy to nawet tak kontrowersyjnych spraw jak aborcja. Na bardzo elementarnym poziomie wszystkim chodzi o to samo – zmniejszenie cierpienia kobiet. Inaczej rozumiemy cierpienie i inaczej chcemy je wyeliminować, ale chcemy tego samego.

Różnią nas psychologiczne naleciałości, które wywodzą się ze sposobu naszego wychowania, temperamentu. To są powody, dla których preferujemy określone narracje. Ale u samego źródła jesteśmy podobni, więc możemy się porozumieć, gdyby tylko schować noże i pałki. Pozostawanie we własnej bańce powoduje, że ludzie nie mają ochoty ich chować, bo wszystkie inne grupy to wrogowie. Problem w tym, że ci wrogowie są wyobrażeni. Okropne feministki z horrorów nie są normą wśród, że użyję pogardliwego języka forów internetowych, „lewaków”. Podobnie jak wśród „prawaków” normą nie są źli biali faceci.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Wiedźmin 3: Dziki Gon. Prawdopodobnie najlepsza gra w historii gier wideo stawia wysoko poprzeczkę serialowi Netflixa

Czyli media społecznościowe tylko pogarszają sytuację?

– Bezdyskusyjnie. Wykorzystują mechanizm nagrody dopaminowej. Chcemy się utwierdzać we własnej opinii, bo wówczas za sprawą hormonów odczuwamy przyjemność. A skoro ją odczuwamy, chcemy jeszcze, więc oglądamy i pochłaniamy coraz więcej podobnych treści. W firmach takich jak Facebook pracuje wielu psychologów i socjologów, ich rolą jest zbudowanie coraz bardziej uzależniającego systemu sugerowania treści.

Nie masz telewizora. Kont w mediach społecznościowych też nie masz?

– Mam, ale wielu łebskich ludzi podpowiedziało mi, jak osłabić ten uzależniający efekt. Bo nikt nie jest na to odporny. Oczywiście można tam wiele chytrych narzędzi wyłączyć, ale to wymaga wysiłku, dlatego niemal nikt tego nie robi.

A z drugiej strony bez nowych cyfrowych technologii nie byłoby na przykład kina takiego jak twoje. Hybrydowego, wykorzystującego komputery, animacje i pewien rodzaj obrazowania wrażliwości przynależny ludziom wychowanym już w rzeczywistości cyfrowej.

– Ja znajduję się gdzieś na pograniczu tych światów, „żywego” filmu i cyfrowej animacji. Biorę udział w tworzeniu filmów aktorskich z elementami fantastycznymi albo animowanych z wykorzystaniem aktorów. Ten obszar pogranicza wydaje mi się niezwykle interesujący.

Animacja różni się oczywiście od filmów pozbawionych nowych technologii, jest w niej więcej introwertycznego myślenia. Osoby pracujące w tym świecie spędzają cierpliwie całe dnie przed komputerem, co wpływa na ich specyficzne podejście.

Na planie zdjęciowym mamy do czynienia z zupełnie czymś innym, z burzą emocji. Zderzają się ze sobą charaktery, aktorzy z ludźmi z ekipy. Ale tak naprawdę wszystko zależy od tego, jakim typem człowieka jest reżyser. Jeden czuje się lepiej z nowicjuszami, inny z kamerą dokumentalną, a kolejny lubi mikroskopijne ekipy, z którymi wchodzi w intymne relacje. Jeszcze inni lubią wielkie zespoły, w których reżyser jest koordynatorem pracy konkretnych działów produkcji.

Zresztą w kinie środowisko techniczne, styl pracy czy narzędzia są drugorzędne. Bo reżyser odpowiada przed opowieścią. Jego rolą jest doszlifowanie historii i pokierowanie zespołem ludzi tak, by efekt był jak najpełniejszy.

A co do technologii – zdarza się, że niektórzy reżyserzy mają kłopot z wyobrażeniem sobie rzeczy, których nie widzą. To duże ograniczenie w dzisiejszym kinie. Ale nie każdy musi mieć zdolność opowiedzenia każdej historii. Nikt, może poza Leonardem da Vinci, nie jest znakomity we wszystkim. Jeżeli ktoś sobie z czymś nie radzi, to jest to całkowicie zrozumiałe.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Tomasz Bagiński o pracach nad filmem "Wiedźmin" w Hollywood. "Geralt, ten arcy-Polak"

Podobno w swojej pracy inspirujesz się czymś wciąż bardzo analogowym. Czyli literaturą.

– Reżyserzy dzielą się na wizualnych i literackich, przed laty zakwalifikowano mnie do tych pierwszych, ale ja zdecydowanie jestem bardziej tym drugim. Zapewne stało się tak przez mój efektowny początek – opartą na noweli Jacka Dukaja „Katedrę”.

W jakimś sensie literacki jestem również, jeśli idzie o podział pracy. Obecnie rzadko zajmuję się wizualną stroną moich filmów, robi to reżyser artystyczny. Wolę się skupić na relacjach międzyludzkich i staram się gromadzić wokół siebie ludzi z dobrą wyobraźnią wizualną. Skupiam się na opowieści, montażu i muzyce.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Wiedźmin, zabójca z Pragi. To tutaj powstała słynna gra

Z którą postacią z „Wiedźmina” się identyfikujesz?

– Jestem zbyt kompromisowy, by być Geraltem. Pięknoduchem poetą Jaskrem też nie mogę być, bo jest zbyt rozwiązły.

To może rubaszny, wojowniczy i niezłomny Yarpen Zigrin?

– Chociaż krasnoludy dużo przeklinają, to mogę mieć z nimi coś wspólnego. Są rodzinne, twarde i poświęcają się swojej pracy. To jest coś, co mi odpowiada.

Na ile „Wiedźmin” produkowany przez Netfliksa będzie polski? Może jakoś spełni stary jak popkultura postulat wielkiej, polskiej, słowiańskiej opowieści?

– Z pewnością będzie rozpoznawalny jako polski, bo jest osadzony w stylistyce słowiańskiej. To go odróżnia od „Gry o tron” czy „Władcy pierścieni”. Dla Zachodu egzotyczne jest słowiańskie podejście do świata, specyficzne poczucie humoru. Ubiór, dźwięki, tradycje – to nas różni.

Czy Andrzej Sapkowski jest zaangażowany w projekt? To pisarz, który chadza własnymi ścieżkami i bywa nieufny wobec przeróbek swojej gęstej twórczości.

– Jest oficjalnie konsultantem. Chociaż jego bezpośrednie zaangażowanie w prace nie jest tak wielkie jak moje czy innych producentów, dla mnie to jedna z najważniejszych osób w projekcie. Ten świat urodził się w głowie Andrzeja Sapkowskiego.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Andrzej Sapkowski o grze "Wiedźmin". "Znam niewiele osób, które w to grały. Obracam się wśród inteligentnych"

Na marginesie... Fizycznego podobieństwa nie ma, ale myślę, że ze swoją błyskotliwością i bezkompromisowością to Andrzej Sapkowski jest Geraltem.