*Prof. Jan Lubiński – lekarz specjalista w dziedzinie patomorfologii oraz genetyki klinicznej. Kierownik Zakładu Genetyki i Patomorfologii Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie oraz działającego przy tej uczelni Międzynarodowego Centrum Read-Gene SA

 

Irena Cieślińska: W 1992 r. ze swoim zespołem otworzył pan w Polsce pierwszą onkologiczną poradnię genetyczną. Nikt wtedy nie słyszał o genie BRCA1 warunkującym skłonność do rozwoju nowotworu piersi. A dziś za sprawą Angeliny Jolie wzmianki o tym genie można znaleźć nawet w kolorowych pisemkach!

Prof. Jan Lubiński: Wtedy mówiono, że to bez sensu, a ja zdobyłem pieniądze z grantu europejskiego i stworzyłem sieć onkologicznych poradni genetycznych, która pokrywa cały kraj.

I jest pan najczęściej cytowanym na świecie naukowcem wśród polskich medyków.

– Ważniejsze, że cztery osoby z mojego zespołu plasują się wśród 15 najczęściej cytowanych onkologów!

Działamy zespołowo. I nasze najważniejsze osiągnięcie to nie jest takie czy inne cytowane odkrycie, ale ta sieć przychodni. To wielka machina produkująca wyniki naukowe na światową skalę.

A te odkrycia to przecież wcale nie były nagłe olśnienia, tylko efekt systematycznych poszukiwań w naszym rejestrze.

Profesor Jan LubinskiProfesor Jan Lubinski Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta

Poszukiwań czego?

– Grup wysokiego ryzyka zachorowania na nowotwory, obciążeń rodzinnych, genetycznych, w końcu odpowiedniej profilaktyki i leczenia różnych profili genetycznych.

Skąd pieniądze na badania?

– Prof. Steven Narod z Kanady chciał niedawno zbadać zachowanie pewnych białek, specyficznych dla mutacji powodującej raka sutka. Zadzwonił do mnie i niemal od ręki dostał 1 tys. próbek krwi. Powiedział mi: „Wiesz, ile chcieli ode mnie w Kanadzie za jedną próbkę? 300 dol.”. A to się robi już 300 tys. dol. za badanie.

Mamy jeden z najlepszych na świecie sposobów rekrutowania do prób klinicznych. Również nasza unikalna baza danych to majątek naukowy i finansowy. Zaczynając od zera, stworzyliśmy ośrodek, którego obecny budżet roczny wynosi ok. 10 mln zł. Założenia, że wzrośnie on wielokrotnie wraz z dalszymi wdrożeniami nowych innowacji, wydają się jak najbardziej realne.

Od początku prowadzimy też działalność usługowo-komercyjną na uczelni. Od kilku lat działamy w firmie Read-Gene zajmującej się innowacyjnymi wdrożeniami w dziedzinie genetyki onkologicznej. Firma pozyskała kapitał na giełdzie. Zarabiamy, prowadząc badania kliniczne nowych leków. Przekłada się to również na potencjał naukowy.

Staram się sprowadzić do nas zagranicznych uczonych, kuszę ich wyjątkową infrastrukturą naukową. Wygląda to trochę podobnie do ściągania sportowców przez polskie kluby.

Takie biznesowe podejście do medycyny nie wygląda na łatwe ani typowe.

– Kiedy byłem młodym naukowcem (lata 70., głęboki komunizm), chciałem prowadzić badania nad chorobami współtowarzyszącymi nowotworom u zwierząt. Konkretnie chodziło o badanie wątrobiaków Morrisa u szczurów. To zaburzenia częściowo wynikające z tego, że gdzieś w organizmie rozwija się nowotwór, a układ odpornościowy, przypuszczając na niego zmasowany atak, niejako przy okazji atakuje niektóre własne komórki.

Skombinowałem więc sobie linie genetycznie modyfikowanych szczurów i wtedy wkroczył jeden z moich pierwszych nauczycieli, prof. Stanisław Woyke. Popatrzył na to wszystko i powiedział: „Niech pan się rozejrzy i w końcu zrozumie, w jakich warunkach tu pracujemy! I niech pan zapomni o wątrobiakach Morrisa. Musi pan sobie znaleźć rzeczy nadzwyczaj proste, najlepiej z jakimś medycznym zastosowaniem! Tylko takie badania możemy w tych trudnych warunkach robić i tylko takie będą konkurencyjne na świecie”. To stało się moim credo.

Już nieco później w Ameryce nauczyłem się, że wszystko musi mieć charakter wdrożeniowy. Słowem, że nauka musi się sprzedawać. Pulsem mojego serca są więc nauka i medycyna, ale myślę bardzo praktycznie.

Nie jestem typem człowieka, który marzy o tym, żeby trzymać umierającego za rękę, tak jak wyobraża sobie wielu lekarzy.

No nie! Właśnie tego spodziewam się od lekarza!

– Bardziej od towarzyszenia umierającym interesuje mnie to, jak ludzi skutecznie leczyć. A jeszcze bardziej, jak sprawić, by nie chorowali. Jak dzięki postępom nauki skutecznie zapobiegać chorobom.

Chciałbym też w ramach osobistych ambicji, by nauka była niskonakładowa, oparta na pomyśle i dobrej organizacji.

Niektórzy powiedzieliby, że to niemożliwe. Po prostu się nie da.

– Ale przecież nam się udało! Pierwsi na świecie zrobiliśmy populacyjny przesiew genetycznie uwarunkowanych nowotworów piersi. Mamy też największy na świecie rejestr chorych z mutacjami. To jest właśnie dostosowanie do warunków, pomysł i prostota. Wykorzystaliśmy fakt, że Polska jest homogenna genetycznie – jesteśmy dość jednolici, dominuje u nas kilka określonych typów genów. I dlatego, kiedy Amerykanie testowali obecność genu BRCA1 za 3 tys. dol., my mogliśmy zrobić to samo za 50. Dlatego udało nam się zauważyć wiele ciekawych korelacji między określonymi genami a problemami klinicznymi.

Odkrył pan siłę w ograniczeniach.

– To, co zrobiliśmy, jest niewyobrażalnie tanie! Badając polskie rodziny, zauważyliśmy, że w genie BRCA1 Polaków powtarzają się właściwie tylko dwie-trzy zmiany genetyczne. Zdecydowałem się skoncentrować na tych najczęstszych zmianach. Nasz test pozwala je wykrywać bardzo szybko i tanio. Oczywiście kosztem czułości badania, która spadła do 85 proc., bo nie szukamy wszystkich możliwych mutacji, tylko najpopularniejszych.

Ale te fałszywie ujemne wyniki mogły być uspokajające dla części chorych pacjentek.

– Przede wszystkim trzeba to uczciwie pacjentom powiedzieć. I zadbać, żeby zrozumieli, że czułość testu, który wykonujemy, nie jest stuprocentowa. Ponadto zawsze starałem się lokować nasze pacjentki w takich projektach, w których wykonywano też pełne sekwencjonowanie. Niemniej dla wszystkich pieniędzy nie było.

A jak sobie z tym radzi dusza lekarza?

– Ma pani określoną ilość pieniędzy - i albo się za te pieniądze uratuje tysiąc osób, albo dziesięć. Co jest bardziej etyczne? Dla mnie to połączenie efektywności medycznej z ekonomiczną.

Genetyka jest dziś modna i mam wrażenie, że korzystając z tej mody, niejedna firma stara się czerpać korzyści komercyjne. Czasem szybciej, niż osiąga pewność, że dana metoda ma podstawy naukowe. To rodzi napięcie między tym, by nie być na końcu peletonu, a potrzebą dokładnego sprawdzenia wyników.

– Wydaje mi się, że ja w tym zakresie nie przesadziłem. Wszystko, z czym wychodziliśmy do ludzi, było zawsze uczciwe. Bez fałszywych nadziei. Może wynika to z mądrości, a może ze swoistego cwaniactwa. Na dłuższą metę nie pociągnie się żadnego interesu, jeśli będzie się faulować po drodze. Nie było sytuacji, że coś odpuściliśmy albo zrobiliśmy coś, co nie było wartościowe, lecz tylko dawało pieniądze.

Czytałam zarzuty pod pańskim adresem, że sprzedajecie pasztetową, która ma działanie przeciwnowotworowe, i że to nie ma najmniejszego naukowego sensu.

– Moi koledzy, którzy tak opowiadają, są w błędzie. Od początku mojej ścieżki naukowej, od lat 80., zajmowałem się diagnostyką nowotworów uwarunkowanych genetycznie. Zaczynałem od badania historii rodzin, potem doszły do tego testy genetyczne. Chciałem zdobyć umiejętność wykrywania nowotworów jak najwcześniej, ale przecież to nie było moim głównym celem.

A co nim było?

Chcę doprowadzić do tego, żeby ludzie w ogóle nie chorowali! To jest najważniejsze!

Nie za pomocą tak brutalnych metod jak radykalna mastektomia. Bo oczywiście kobietom, które są nosicielkami genu znacznie podnoszącego prawdopodobieństwo zachorowania, można profilaktycznie usunąć i sutki, i jajniki. Ale to nie jest to, czego oczekuje pacjent.

Drugi sposób to chemoprewencja. Modyfikacja żywienia, podawanie substancji, które spowodują, że mimo bycia w grupie wysokiego ryzyka człowiek nie zachoruje.

Coś jakby tabletka na zapobieganie nowotworom? Brzmi jak science fiction.

– Podam przykład. Jeśli podamy szczurzycom dimetylobenzantracen, to rozwija się u nich rak sutków. Ale jeśli dodatkowo do dimetylobenzantracenu podać selen, nowotwory już nie będą się pojawiać. Fantastyczne, prawda? Trzeba tylko zbadać, jak to przełożyć na ludzi. To bardzo pracochłonne. Mnie to zajęło 25 lat.

Mam patent z 1999 r. na preparat selenowy. Oczywiście prace nad nim zaczęliśmy dużo, dużo wcześniej. Badania okazały się dużo trudniejsze niż opracowywanie testów diagnostycznych. Wątpliwości co do skuteczności selenu, które podnoszą niektórzy koledzy, opierają się na wynikach amerykańskich badaczy. A Polska jest zupełnie inna. U nas stężenie selenu jest o połowę niższe niż w Ameryce – nasze gleby są w ten pierwiastek bardzo ubogie. Dlatego tamtych wyników nie da się wprost przełożyć na nasze warunki, choć amerykańska agencja FDA [Food and Drug Administration] też podaje, że suplementacja selenem może zmniejszyć ryzyko pewnych chorób nowotworowych.

Mamy bardzo dobre obserwacje, publikacje i patenty, które wskazują, że selen jest kluczowy w powstrzymywaniu rozwoju nowotworów u kobiet. Zresztą nie tylko u nich.

Optymalny poziom selenu u kobiet w Polsce powinien się plasować na poziomie 92-108 mg na litr krwi, bo to wiąże się z dwudziestokrotnym obniżeniem ryzyka zachorowania na raka.

Jakiego raka?

– Właściwie każdego, z wyjątkiem raka piersi, bo w tym przypadku selen najprawdopodobniej działa słabiej.

U kobiet mających odpowiedni poziom selenu w zasadzie nie zdarzają się żadne nowotwory, poza nowotworami piersi, a i one występują dwa-trzy razy rzadziej niż u tych, które selenu mają zbyt mało.

Tymczasem połowa Polek ma za niski poziom selenu, a 15 proc. ma za duży. I jedna i druga sytuacja jest niebezpieczna.

Do czego służy selen w organizmie?

Działa wielokierunkowo. Wpływa na tarczycę, na pracę układu odpornościowego, dojrzewanie plemników, na stan skóry i soczewki w oku. A przede wszystkim na rozwój nowotworów. Jestem pewien na sto procent, że to marker wysokiego lub niskiego ryzyka raka. Tego nie można kwestionować, nasze badania znane są na całym świecie. Kto ma niski poziom selenu, ma wysokie ryzyko rozwoju nowotworów.

Niestety, nie mam jeszcze pewności, czy podanie selenu – czy to w formie suplementu, czy jeszcze bezpieczniej: żywności bogatej w selen – pozwoli zmniejszyć ryzyko choroby.

Proszę zauważyć, mam patent na preparat selenowy, ale nawołuję do jedzenia zwykłej wysokoselenowej żywności.

Cóż, pan to jedzenie sprzedaje, na przykład wysokoselenową pasztetową.

– Już nie sprzedaję, bo było to bardzo nieefektywne logistycznie. A przy normalnym jedzeniu, a nie suplemencie, upieram się dlatego, że wszystkie korelacje otrzymywaliśmy, obserwując ludzi, którzy normalnie się odżywiali, selen przyjmowali z codziennym jedzeniem, nie w postaci suplementu.

Teraz prowadzę duży projekt finansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, w ramach którego badam, czy uzupełnienie poziomu selenu pozwoli obniżyć ryzyko nowotworu. Część obserwowanych osób dostaje placebo, część - suplement, inna grupa żywi się wedle wskazówek diety wysokoselenowej, pozostali są grupą kontrolną. Wyników doczekamy się dopiero za pięć lat. Wtedy będziemy wiedzieć, czy uzupełnienie poziomu selenu pomaga.

Ale dzisiaj, jeśli ma pani niski poziom selenu i - co za tym idzie - dwadzieścia razy wyższe ryzyko nowotworu, to będzie pani biernie czekać? Czy raczej – na wszelki wypadek – postara się pani podnieść ten poziom do optymalnego?

Przekonał mnie pan. Zmienię dietę. W czym jest najwięcej selenu?

– Ale przecież to jeszcze nie koniec. Właśnie zostały przyjęte do druku publikacje, w których pokazujemy, że u osób z niskim poziomem selenu również wyniki leczenia przeciwnowotworowego są gorsze.

Chorzy z niskim poziomem selenu leczeni na raka krtani mają 10 razy wyższe ryzyko zgonu w ciągu pięciu lat od rozpoczęcia kuracji od tych, którzy mają właściwy poziom. Druga praca wykazuje, że niedobór selenu kilkakrotnie zwiększa ryzyko zgonu w ciągu pięciu lat od rozpoznania raka piersi.

Mam milczeć i nie powiedzieć człowiekowi, żeby sobie trochę pojadł produktów bogatych w selen? W końcu ta pasztetowa nie powinna im zaszkodzić! A wedle danych, które mamy, dołączenie do grupy osób o właściwym poziomie selenu najprawdopodobniej pozwala zmniejszyć ryzyko zachorowania, a w razie choroby dać szansę na lepszy wynik leczenia.

Jakie inne mikroelementy badacie?

– Cynk i kadm. Kadm, jak się okazuje, związany jest z rozwojem raka piersi. U kobiet odpowiedni poziom selenu blokuje nowotwory pozasutkowe, a niski poziom kadmu - rozwój raka piersi. Mamy wyniki, które pokazują, że nawet przy obecności mutacji genu wysokiego ryzyka raka piersi BRCA1...

Tego, którego nosicielką jest Angelina Jolie...

– Właśnie, więc nawet u nosicielek tego genu, o ile tylko mają one niskie stężenie kadmu, nowotwory nie występują. Proszę, oto wyniki: w grupie z niskim poziomem kadmu na 223 osoby obserwowane – zero chorych. Zero! A już u kobiet ze stężeniem powyżej 0,3 mikrogramów na litr krwi notujemy 32 chore osoby na 220 zdrowych. To jest sensacja na skalę światową.

Poproszę o więcej sensacji.

– Proszę: arsen zmniejsza ryzyko raka u kobiet, które przyjmowały antykoncepcję hormonalną. No i cynk, który ma gigantyczne znaczenie dla zdrowia mężczyzn.

Ja na przykład teraz jestem na diecie bezmięsnej. Czemu?

Przez cynk, jak rozumiem?

– Dwa miesiące temu zorientowałem się, że jestem zatruty cynkiem i natychmiast odstawiłem mięso. Tam jest go najwięcej – w wołowinie, wieprzowinie, nieco mniej w drobiu czy żółtym serze.

W moim wieku, przy wysokim poziomie cynku, ryzyko raka wzrasta dziesięciokrotnie.

Czyli odstawił pan cynk, czy raczej mięso...

– Czekam i zobaczę, czy poziom cynku mi spadnie. Ale nie wiemy, czy obniżenie poziomu cynku odwróci moją sytuację i zmniejszy prawdopodobieństwo zachorowania.

Którą z porażek wspomina pan najboleśniej?

– Preparat selenowy tworzyliśmy z myślą o kobietach z mutacją BRCA1, nazywa się SEL--BRCA1. Wydawało się, że przede wszystkim genetycznie obciążone panie powinny zadbać o podniesienie swojego poziomu selenu. Ba! W 2000 r. wyszły nawet zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia, by każdy, kto zaliczany jest do grupy wysokiego ryzyka rozwoju nowotworów otrzymywał dziennie dawkę ok. 200 mikrogramów selenu. Zaczęliśmy podawać selen naszym pacjentkom, ale efekt był odwrotny od zamierzonego, nie tylko nie chroniło ich to przed chorobą, ale wręcz przeciwnie – wydawało się, że zwiększa szanse na zachorowanie. Bardzo szybko się z tego wycofaliśmy. Teraz wiem, że jeżeli u kobiety poniżej 50. roku życia będącej nosicielką defektu BRCA1 stężenie selenu we krwi obwodowej wynosi poniżej 85 mg na litr, to ryzyko, że w ciągu roku zachoruje na raka piersi lub jajnika, wynosi mniej niż 1 proc. Ale jeżeli stężenie tego pierwiastka przekroczy 100 mg na litr, to ryzyko wzrasta nawet do ponad 10 proc.!

Dlaczego zdecydował się pan na studia medyczne?

– Zadecydował rozsądek. Może też moje biznesowe podejście dało znać o sobie. Widziałem, jaki jest los magistra matematyki i lekarza. I stwierdziłem, że lepiej być lekarzem.

Hm... Idąc tym tropem, powinien pan zostać dentystą. Dlaczego pragmatyczny młody człowiek bierze się do onkologii? W dodatku genetyczną?

– Ciągnęło mnie do miejsc, w których naukę uprawiano na światowym poziomie. A w Szczecinie tak było z diagnostyką nowotworów na podstawie analizy materiału patomorfologicznego. Działali wtedy prof. W. Domagała, prof. S. Woyke, który jest autorem podstawowego podręcznika amerykańskiego dotyczącego analizy biopsji cienkoigłowych.

Ten, który mówił, że w trudnych warunkach trzeba robić proste rzeczy, żeby być konkurencyjnym dla świata?

– To środowisko było atrakcyjne intelektualnie. Zrobiłem specjalizację z patomorfologii, ale zawsze wiedziałem, że nie chcę tylko diagnozować chorego. Szukaliśmy więc pogłębionej molekularnej analizy procesów, które do raka doprowadziły. I w którymś momencie zacząłem studiować genetykę.

To wszystko się ułożyło w jedną całość. Niech pani spojrzy, żadnych szaleństw.

Nad czym teraz pracujecie?

– Analizujemy znaczenie mikroelementów w chemoprewencji nowotworów.

Wszyscy narzekamy, że środowisko jest zatrute, a z tego, co ja widzę, analizując zebrane dane, zatrucie środowiska ma mniejszy wpływ na nasze zdrowie niż sposób żywienia.

Nawet to zatrute pożywienie ma ogromny potencjał i chciałbym jeszcze załapać się na to, żeby go wykorzystać. Chciałbym, żeby pani się na to załapała. Ale czy zdążymy? Bardzo chciałbym, żeby ludzie żyli o dwadzieścia lat dłużej. Dwadzieścia lat tego cudu, życia jest warte każdej pracy.