Rafał Sonik - przedsiębiorca, kierowca rajdowy (specjalizacja - quady), filantrop. Urodzony w 1966 r., w połowie lat 80. zaczął handlować sprzętem narciarskim. Ze wspólnikami otworzył pierwsze restauracje McDonald’s w Polsce, sprowadził do kraju koncern British Petroleum. Angażuje się też w branże: IT, farmaceutyczną, księgarską i deweloperską. Prowadzi akcję „Czyste Tatry”, pomaga stowarzyszeniu Siemacha. Dwa lata temu jako pierwszy Polak wygrał Rajd Dakar.

Mariusz Kania: Kim jest Rafał Sonik?

Rafał Sonik: - Bardzo dobrej odpowiedzi udzielił mój młody przyjaciel, youtuber, którego kanał subskrybuje już niemal 3 mln osób - reZigiusz. Nazwał mnie influencerem. Mówię to pół żartem, pół serio, bo największą nagrodą dla osoby, która schodzi już z piedestału, a nie na niego wchodzi, jest stać się inspiratorem.

Wnioskuję, że jest pan popularny w sieci?

- Miarą bycia inspiratorem nie jest popularność, ale jakość wizerunku w sieci. Gigantyczną przyjemność sprawiło mi badanie, które dwa lata temu zlecił TVN. Wśród pytań zadanych internautom było - oczywiście ładniej sformułowane - kim spośród znanych ludzi chciałbyś być.

Na pierwszym miejscu znalazł się internetowy komik prowokator Sylwester Wardęga. To mnie nie dziwi, bo kto nie chciałby zrobić szybkiej, błyskotliwej kariery. Mało osób zdaje sobie sprawę, że taka kariera może równie szybko zgasnąć.

Na drugim miejscu była Margaret - wielu młodych ludzi chce być pięknym i równie bogatym jak popularna wokalistka.

Rafał SonikRafał Sonik Rafał Sonik

Na trzecim miejscu znalazłem się ja. Byłem zaskoczony, bo internauci to raczej ludzie młodzi. Wydawać by się mogło, że powinienem wylądować zdecydowanie niżej.

Każdy internauta musiał uzasadnić swój wybór. Przy nazwisku „Sonik” najczęściej pojawiało się stwierdzenie, że do wszystkiego doszedłem sam. Od zera. Kiedy osiągnąłem sukces, zacząłem realizować swoje pasje, a ponadto umiem się dzielić z innymi.

Trudno sobie wyobrazić większą nagrodę w życiu! Ale przede wszystkim te wyniki uzmysłowiły mi, że mam duże szanse na spełnienie swojego marzenia, by inspirować innych. Miałem wiele wypadków, dużo cierpiałem, przeszedłem wiele operacji, miesiące spędziłem w szpitalach, czasem w bardzo trudnych warunkach, z powikłaniami. Trudności stanowią jednak o wartości doświadczeń. Nadają im sens. Moje ściganie służyło czemuś więcej niż mojemu ego – stoi za nim złożone przesłanie.

Wielu marzy o jakiejś formie nieśmiertelności. Dla mnie istotne jest to, by moja historia okazała się przydatna dla innych. Człowiek, który się z nią zapozna, nie będzie już musiał przechodzić przez to wszystko co ja, bo wyciągnie wnioski z moich błędów.

Jest pan społecznikiem, filantropem.

- Uważam możliwość pomagania za przywilej i już wyjaśniam dlaczego.

Jestem dinozaurem polskiej gospodarki, pochodzę z pierwszego pokolenia ludzi, którzy wzięli los we własne ręce. Uczciwość nakazuje mi powiedzieć, że na początku transformacji znaleźliśmy się w bardzo sprzyjającej sytuacji. Oczywiście gnębiły nas sztywne przepisy, bo np. jako student Akademii Ekonomicznej nie mogłem założyć firmy i musiałem to zrobić na absolwentkę, ale to wszystko były małe problemy. Pociąg gospodarczy stał na stacji i zapraszał wszystkich. Niemal każdy biznes odnosił sukces - mniejszy, większy, ale zdarzał się i fenomenalny. Konkurencja była żadna albo znikoma - można było produkować cokolwiek, handlować czymkolwiek. Nawet jeśli było kiepskie i drogie, klienci wszystko wykupywali, bo półki świeciły pustkami. A my byliśmy jeszcze w tej komfortowej sytuacji, że za sprawą niedostatków lat 60. i 70. nauczyliśmy się nieustannego pokonywania trudności dnia codziennego.

Bylibyśmy nie fair, mówiąc, że ludzie, którzy dziś startują w dorosłe życie, mogą równie łatwo stać się przedsiębiorcami. Wtedy to było ryzykowne, ale nie aż tak jak teraz. Przed nami drzwi do świata biznesu otworzyły się szerzej.

Dlatego dzisiaj powinniśmy zrewanżować się za tamten uśmiech losu. Można to robić z rozgłosem lub dyskretnie. Z rozgłosem, jeśli chcemy zainspirować innych, dyskretnie, kiedy robimy to dla własnej satysfakcji. Najważniejszy jest sam akt pomocy. Dzielenie się szansą, jaką sami dostaliśmy od życia. 

Zaobserwowałem, że bardzo często do zmiany czyjegoś życia, do przejścia przez punkt przełomowy wystarczy bardzo niewiele - porada, wiedza, doświadczenie, wiara, przykład, czasem trochę pieniędzy. Tu uwaga - jeśli ktoś lokuje swoje nadzieje na pomoc jedynie w pieniądzach, to nic w jego życiu się nie zmieni. Pieniądze są tylko elementem większej całości – nigdy jedynym, a rzadko najważniejszym.

Pomaganie sprawia największą przyjemność, kiedy nie jest zrzucaniem okruchów ze stołu. Satysfakcja jest największa, kiedy trzeba choć trochę odjąć sobie od ust.

Ta świadomość chyba nie jest powszechna.

 - Nie jestem ascetą, ale uważam, że kiedy człowiek przesuwa się coraz wyżej na drabinie społecznej, to potrzebuje coraz więcej pieniędzy, jednocześnie doświadczając coraz mniej radości, emocji. Tymczasem kiedy pokonamy tę konsumpcyjną pułapkę, okazuje się, że przy niewielkim wysiłku mamy ogromną satysfakcję ze zmiany czyjegoś losu. Czy to chorej osoby, czy młodego artysty, który zyskuje wiarę, że jednak warto tworzyć.

Wielu ludzi, którzy zaczynają pomagać, łapie bakcyla.

Nasza pomoc daje innym poczucie wartości?

- Zwłaszcza to najcenniejsze w Polsce, czyli poczucie wartości pracy. Jego brak jest klęską wielu społeczeństw, choćby tych, których gospodarka opiera się na eksploatacji i sprzedaży surowców. Zbudowanie tam etosu pracy - o ile w ogóle jest możliwe - to zadanie na dziesięciolecia. Na szczęście u nas udało się go wykształcić.

Kiedy pomagam, nie tylko ładuję swój akumulator poczuciem satysfakcji. Nie tylko realnie zmieniam życie innych ludzi. Przede wszystkim zarażam takim nastawieniem „mogę, chcę, potrafię” swoje otoczenie. Po to, żebyśmy wspólnie przekazywali wartości i kształtowali w ich duchu pokolenie, które zaczyna dorosłe życie, i to, które dopiero się rodzi.

Czyli kiedy pomagam, choć trochę zmieniam przyszłe społeczeństwo?

- Jeszcze kilka lat temu, wychodząc w Tatry, widziałem śmietnik. Pojawiła się dość oczywista myśl, że te szlaki należy posprzątać, a ponieważ nie zanosiło się na to, żeby zrobił to ktoś inny, znalazłem partnerów i postanowiliśmy wspólnie rozwiązać problem.

Po sześciu latach projektu „Czyste Tatry” wraz z kilkunastoma tysiącami wolontariuszy znieśliśmy z gór tony śmieci. Ale nie to jest najistotniejsze. To przede wszystkim projekt edukacyjny: każdego roku ilość śmieci w Tatrach maleje kilkakrotnie, za to rośnie świadomość turystów.

Spróbuję opowiedzieć obrazowo, o jaki proces chodzi. Granice są otwarte. Przyjeżdżają Niemcy, Szwajcarzy, Anglicy i łapią się za głowę. Bo góry piękne, ale szlaki to jeden wielki śmietnik. Zamiast dumy - wstyd. Tu Śpiący Rycerz, a pod nogami puszka, butelka, jakaś stara reklamówka. Każdy rozgarnięty człowiek wie, że to nie jest sprawa techniczna czy prawna. Problem leży właśnie w świadomości społecznej. Wstyd przyznać, ale wygląda na to, że niektórzy są opóźnieni intelektualnie o jakieś 40 lat.

Przed „Czystymi Tatrami” nie było tak, że nikt nic nie robił. Pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego powtarzali ludziom, że jeśli świstak zje papierek, to się udusi. Edukowali, i chwała im za to. Ale świadomość zmieniła się, kiedy edukację wsparł dobry przykład, zaangażowanie wielu ludzi.

Zdobyliśmy dowód, że można, więc w przyszłym roku chcę wyjść z naszym projektem poza Tatry. To już nie będą „Czyste Tatry. Czysta Polska”, tylko „Czyste Tatry. Eko MeetUP”.

Czyste TatryCzyste Tatry Czyste Tatry

Spotkanie? Gdzie? Z kim?

- „MeetUP” to wielkie wydarzenie internetowych twórców. Festiwal youtuberów. Na ostatnim „MeetUP-ie” w Tauron Arenie Kraków było 20 tys. dzieci i kilkusetmetrowe kolejki.

Teraz ci youtuberzy zaproszą swoich fanów do wspólnego sprzątania. Tu zachodzi - użyję biznesowego terminu - niesamowita synergia. Youtuberzy, którzy mają potężną moc wpływania na młodzież, są często zmorą rodziców, bo przez nich dzieciaki nie odchodzą od komputera. Youtuberzy, których zapraszamy w Tatry, a później w inne rejony Polski, oderwą dzieci od monitorów i zachęcą, by zrobić razem coś pożytecznego. To nie lada gratka - możliwość spotkania się z sieciowymi idolami i wspólne wyjście w góry.

Chciałbym, aby w całym kraju powstało coś na kształt patroli ekologicznych. Staram się, aby ambasadorami naszych akcji byli youtuberzy z całej Polski, by zachęcali swoich fanów do mniejszych „MeetUP-ów”. Choćby w lokalnym lesie czy parku. Młodzież robiłaby tam zdjęcia pokazujące, jak zaniedbane są najbliższe nam tereny zielone, i wysyłałaby je do lokalnych władz. Komunikat dla całej społeczności będzie jasny: „Burmistrz, który ubiega się o reelekcję, toleruje dzikie wysypisko”. A do rówieśników tych młodych ludzi pójdzie sygnał: „Śmiecenie to obciach”.

Chce pan powiedzieć, że chociaż od transformacji minęło prawie 30 lat, nadal mamy do odrobienia lekcję z obywatelskości?

- Nie twierdzę, że powinniśmy się stać społeczeństwem szwajcarskim, gdzie w momencie przekroczenia prędkości o 5 km na godz. inni uczestnicy ruchu zajeżdżają drogę łamiącemu przepisy. To może zbyt daleko posunięte poczucie współodpowiedzialności obywatelskiej. Choć z drugiej strony postrzegamy to w ten sposób, ponieważ kojarzy nam się z donosicielstwem i przeszłością we wrogim systemie.

Inspirowanie jest tym skuteczniejsze, do im młodszej grupy docieramy. Niełatwo zaszczepić w 50-letnich turystach nowe podejście, rezygnację z od dawna praktykowanych zwyczajów. Docierając do ich dzieci i wnuków, wywołujemy zmiany długofalowe.

Skąd u pana takie zamiłowanie do Tatr?

- Gdy byłem nastolatkiem, one były symbolem wolności. Wędrując po górach, jeżdżąc na nartach, nie czuło się presji systemu komunistycznego. Droga stała przed człowiekiem otworem, można było swobodnie żartować, śmiać się i mówić o wszystkim.

Owszem, zdarzało się spotkać żołnierza Wojsk Ochrony Pogranicza, ale tam system nie był tak restrykcyjny. Zdarzało się, że zjeżdżaliśmy na nartach na stronę słowacką, a wopiści przymykali oko. Dla mnie, krakusa, Tatry były najbliższą oazą wolności, a obszar wokół gór terenem przejściowym. Milicjanci wydawali się mniej groźni, a zomowców nie było wcale. Czuliśmy, że jesteśmy na granicy wolnego, nieskrępowanego świata. To dodawało skrzydeł.

W tamtym okresie uciekałem na Podhale, kiedy tylko było to możliwe. Dziś mam poczucie, że w Tatrach wszyscy jesteśmy bliżej siebie. I bliżej nieba.

Czerpie pan energię z inspirowania innych. A kto pana zainspirował?

- Podziwiam Roberta Korzeniowskiego, który uprawiał chód. Niedochodową dyscyplinę sportu, wymagającą katorżniczego treningu, wiedzy z zakresu fizjologii, a jednocześnie był pozbawiony fachowego zaplecza. Sam wymyślił metody treningowe. Sam doszedł do tego, jak pokonywać słabości fizyczne i mentalne. A na samym końcu, jak już wydawało się, że wszystko ma opanowane na mistrzowskim poziomie, sędzia mógł uznać jego styl za niewłaściwy, stwierdzić, że podbiega, i zrujnować mu wynik. Tak było na igrzyskach w Barcelonie w 1992 r.

Korzeniowski się nie załamał, cofnął o krok, wyciągnął wnioski i zdobył wszystkie możliwe tytuły – cztery złote medale olimpijskie, trzy razy mistrzostwo świata i dwa razy mistrzostwo Europy.

Inne ważne postacie to Leszek Balcerowicz i Lech Wałęsa. Choć o byłym prezydencie mówi się i pisze różne rzeczy, to bez wątpienia zasłużył na spiżowy pomnik - nie tylko od Polaków. A równocześnie warto dostrzec tych, którzy za nim stali, bo oni odegrali nie mniejszą rolę. Trzeba przypominać, że historii nigdy nie zmienia jeden człowiek, choć on w wyniku splotu okoliczności staje się tym najbardziej widocznym. W przypadku Wałęsy ludzie wokół byli równie ważni, bo wsparli go i razem zbudowali zespół.

Przykład „Solidarności” nauczył mnie, jak istotne jest motywowanie i zaznaczanie obecności wszystkich, którzy pracują na sukces jakiegoś przedsięwzięcia. Właśnie uczestniczę w projekcie, w którym jedna osoba przysłania pozostałe. Kiedyś byłbym wściekły, teraz wolę znaleźć sposób, żeby to wytłumaczyć. Pokazać, że to jest złe dla projektu i na końcu dla tej osoby. Zdecydowanie lepiej jest umieścić w świetle reflektorów cały zespół.

A Balcerowicz?

- Wartość jego pracy dla Polski szanuję równie wysoko jak obalenie systemu przez strajkujących robotników. Bo to właśnie dzięki tzw. reformie Balcerowicza można było zbudować solidne fundamenty polskiej gospodarki, a nasza ojczyzna stała się przykładem udanej przemiany dla wielu innych transformujących się krajów.

W zrozumieniu wagi pracy zespołowej i wkładu różnych odmiennych kompetencji czy oglądów rzeczywistości pomogło pewnie pana doświadczenie sportowe.

- Na mecie Dakaru w 2009 r. wjechałem na rampę z moim mechanikiem. Z każdym kolejnym rajdem nasza grupa rosła. Po trzecim czy czwartym starcie powtarzałem, że być może jako zawodnik jestem w świetle jupiterów, ale najważniejsze jest pokazanie ogromnej roli drużyny, zaangażowania przyjaciół, rodziny i kibiców.

Bo skoro ja jestem mistrzem świata, to mój mechanik też musi nim być. Dlatego zapraszałem na podium wszystkich, aby udowodnić, że Polacy działają razem. Pomagamy sobie i się wspieramy. Razem jesteśmy silniejsi. Niektórzy nie lubią być w centrum uwagi, stronią od obiektywów, ale jestem uparty. Zawsze zabieram ich na podium.

Jeżeli chcesz osiągnąć w życiu coś ponadprzeciętnego czy niezwykłego, to nie zrobisz tego w pojedynkę. Zawsze trzeba na kimś polegać, na kimś się oprzeć, ktoś musi chronić nasze nagie plecy. Nauczyłem się tego dzięki Wałęsie i „Solidarności” - dzięki tym ludziom, tej drużynie zmieniliśmy świat.

Jednym z naszych największych mankamentów, może nawet długiem mojego pokolenia wobec historii, jest to, że kiedy obaliliśmy komunizm, poszliśmy pełną parą do przodu, a te ważne wydarzenia zostawiliśmy kronikarzom. Powinniśmy mówić głośno, że to my zmieniliśmy bieg historii. Nie chodzi o medale, ale o świadomość, czego dokonaliśmy.

Każde pokolenie powinno mieć uczciwie podany system identyfikacji. Nie jesteśmy największym i najliczniejszym krajem, a przed nami wciąż wiele wyzwań, ale to my rozpoczęliśmy największą w dziejach ludzkości bezkrwawą rewolucję. Polacy rozkruszyli fundament komunizmu. Dlatego młodzi ludzie powinni dzisiaj wiedzieć, z czego bierze się ich siła.

Korzenie tej siły są dwa. Pierwszy to etos pracy, który wykształcił się w nas, ponieważ nie dostawaliśmy nic za darmo. Jeśli pomagamy komuś osiągnąć sukces bez wysiłku, wyświadczamy mu niedźwiedzią przysługę – taki człowiek przestaje zabiegać i doceniać efekt.

Ta nasza siła i pewność, że jesteśmy w stanie podołać każdemu wyzwaniu, wynikają z wiary, którą zaszczepili w nas członkowie „Solidarności”. Wiary, że można dokonać rzeczy niemożliwych. I to jest ten drugi korzeń.

Ciekawi cię, jak będzie wyglądała przyszłość? Przyjdź i przekonaj się 9 grudnia podczas finałowego wydarzenia w Warszawie! Zapraszamy dorosłych, młodzież i dzieci na 38. piętro budynku Warsaw Spire przy Placu Europejskim 1.
Więcej o wydarzeniu: TUTAJ