Rozmowa z dr Patrycją Wizińską-Sochą, prezeską i współzałożycielką wrocławskiej firmy Nestmedic.

Margit Kossobudzka: Jak się pracuje w żeńskim duecie? Tworzyła pani urządzenie Pregnabit do badania dobrostanu płodu z dr Anną Skotny.

Patrycja Wizińska-Socha: Nasz duet ostatnio trochę się rozszerzył. Także o pierwiastek męski. Teraz to prawdziwy zespół. 

Ale jak było na początku? Trudno jest się przebić z nowatorskim pomysłem dwóm młodym kobietom?

- Poznałyśmy się z Anią w Radzie Doktorantów na Uniwersytecie Medycznym, gdzie uczęszczałyśmy na studia doktoranckie. Obie wywodzimy się z Politechniki Wrocławskiej, przy czym Ania z inżynierii biomedycznej. Połączeniem technologii i medycyny, co wydaje się naturalne, jest telemedycyna. Obie miałyśmy pasję i wizję, chciałyśmy realizować ambitne, innowacyjne projekty. Przede wszystkim chciałyśmy tworzyć rozwiązania, które pomagają ludziom w dbaniu o zdrowie, a czasem nawet ratują życie.

Jutronauci w Katowicach. Niezwykli ludzie, którzy pracują nad tym, by jutro stało się lepsze

Zajęło trochę czasu, zanim udało nam się pozyskać pierwsze pieniądze na finansowanie projektu. Około dwóch lat szukałyśmy inwestorów. Byłyśmy doktorantkami, dziewczynami, które chcą się zajmować technologią i osiągnąć globalny sukces. Dla wielu było to pewnym zaskoczeniem. Ale udało nam się dopiąć swego. Zapał i pasja przełożyły się w końcu na osiągnięcie konkretnego celu, który sobie założyłyśmy.

Fakt, mamy za sobą niejedną zarwaną noc, setki spotkań, jeżdżenia po całej Polsce, po świecie. Wymagało to od nas wielu poświęceń. Nie jest łatwo spółkom, które zaczynają zupełnie od zera, ale na naszym przykładzie widać, że to jest możliwe.

Anna Skotny, Patrycja Wizińska-Socha (po prawej)Anna Skotny, Patrycja Wizińska-Socha (po prawej) Photographer:Adam Muszynski

Większość osób zajmujących się telemedycyną stawia teraz na geriatrię, a panie postawiły na pediatrię, w zasadzie okres prenatalny, sam początek. Na mobilne KTG, które pozwala monitorować czynności serca płodu oraz skurcze mięśnia macicy. Skąd ten wybór?

- Często dyskutowałyśmy o różnych projektach doktorantów, o ich karierze. O tym, co można w życiu zrobić, interesując się inżynierią i medycyną.

Telemedycyna zawsze pojawiała się w tych rozmowach i była nam bliska, ale potrzebę zajęcia się akurat tematyką prenatalną przyniosło życie. W tym samym budynku, w którym pracowała Ania, był oddział położniczy. Codziennie widziała kobiety, które na poniemieckich ławkach czekają godzinami na badanie KTG. Zastanawiała się, czy to naprawdę musi tak być? Może dałoby się to rozwiązać inaczej?

Z drugiej strony w moim najbliższym otoczeniu spotkałam się z sytuacją, kiedy kobieta straciła dziecko w ostatnim tygodniu ciąży, na ostatniej prostej.

Myślę, że wielu z nas spotkało się z takimi historiami lub o nich słyszało. Statystyki bowiem pokazują, że śmiertelność okołoporodowa lub przypadki za wcześnie rozpoczętego porodu wciąż się w Polsce zdarzają. To są właśnie sytuacje, w których badanie KTG jest niezbędne i w pewnych sytuacjach uratowałoby nie tylko zdrowie, ale życie dziecka. Problemem jest jednak dostępność takich badań.

W Polsce śmiertelność okołoporodowa? Myślałam, że to już są jednostkowe przypadki.

- Owszem, ona stale maleje, ale wciąż jest na takim poziomie, który w naszym przekonaniu dałby się obniżyć.

Mobilne KTG może się przydać np. wtedy, kiedy kobieta ma daleko do lekarza lub kiedy mieszka w bardzo zakorkowanym mieście. Także wtedy, kiedy miała problem z poczęciem dziecka, bądź jest to jej pierwsza ciąża i czuje się niepewna. Jest wiele sytuacji, ale też wskazań medycznych, kiedy takie rozwiązanie mogłoby się sprawdzić.

Poza tym kobiety rodzą w coraz późniejszym wieku - są więc bardziej świadome, mają środki finansowe, które mogłyby im pozwolić, by takie badanie wykonywać samodzielnie w domu.

To wszystko podpowiadało nam, że warto taki system stworzyć.

Kluczowe było jednak, aby był to kompletny system, który składa się z certyfikowanego urządzenia medycznego, prawdziwego KTG. Dokładnie takiego samego jak ten stosowany w szpitalach, tylko mniejszego i mobilnego. A także z usługi telemedycznej, czyli takiej, kiedy wykwalifikowany personel medyczny na bieżąco analizuje wszystkie zapisy. Zależało nam na tym, by było to badanie, któremu można w pełni zaufać.

Będąc w ciąży z córką, znalazłam w domu stary stetoskop. Miałam mnóstwo radości z wysłuchiwania tętna dziecka. Ale po tygodniu porzuciłam tę zabawę, bo za bardzo się denerwowałam, kiedy to tętno zaczynało skakać. Lekarz, jak się dowiedział, wręcz zakazał mi używania tego stetoskopu. Nie boi się pani, że Pregnabit może przynieść więcej szkody niż pożytku?

- Nasze urządzenie na pewno nie przyniesie szkód. Jest jednak na rynku coś, co się nazywa się detektorem tętna płodu. To jest jedna sonda, która na wyświetlaczu pokazuje jedynie wartość akcji serca płodu. Takie rozwiązania, naszym zdaniem, rzeczywiście są w stanie przynieść więcej szkody niż pożytku.

Dlaczego?

- Ponieważ kobieta, po pierwsze, może źle ułożyć sondę i złapać tętno swojej żyły brzusznej, a nie dziecka. W ten sposób można przegapić, że z dzieckiem dzieje się coś niepokojącego. Po drugie, nie wie w zasadzie, jak odczytać wynik. Czy jest w porządku? A może coś jest nie tak i trzeba jechać do szpitala? Dziecko w sposób naturalny jest mniej lub bardziej aktywne, może akurat spać. Zapis powinien ocenić lekarz lub położna.

Owszem, w rękach doświadczonych osób taki sprzęt jest fajny, ale w rękach kobiety w ciąży, która każde jedno piknięcie aparatu próbuje przełożyć na informację zwrotną, może się okazać bardzo nieskuteczny, wręcz szkodliwy.

W naszym rozwiązaniu jest inaczej. Mamy pełen zakres pomiaru zarówno skurczu mięśni macicy, jak i serca płodu. I dopiero na podstawie 30-minutowego zapisu oraz sprawdzenia korelacji pomiędzy tymi dwoma zapisami jesteśmy w stanie dać pełną informację o dobrostanie dziecka.

Kobieta nie widzi wykresu do momentu, aż nie zostanie opatrzony wynikiem Medycznego Centrum Telemonitoringu. To bardzo ważne. Na wyświetlaczu widzi pojawiające się wartości, ale też ma jasne informacje, że za chwilę otrzyma wynik z opisem.

Za chwilę, to znaczy za ile?

- Za kilka minut. Na ogół od czterech do sześciu, maksymalnie 15 minut. Jeśli wszystko jest w porządku, to dostaje taką informację SMS-em oraz prośbę o zalogowanie się na platformę, gdzie jest dokładny opis wyniku badania. Jeśli natomiast badanie jest przeprowadzone w nieodpowiedni sposób, np. sonda się zsunęła, jest źle ułożona lub dziecko śpi i zapis jest zawężony, wtedy każdorazowo dzwoni nasza położna i informuje pacjentkę, co należałoby zrobić, żeby badanie było prawidłowe. Z drugiej strony, kiedy dziecko jest bardzo ruchliwe, zapis może być poprzerywany. Wtedy, żeby nie było stresujących sytuacji, dzwoni telecentrum i informuje dokładnie, jak przeprowadzić badanie i kiedy je powtórzyć.

A jeśli badanie jest zrobione dobrze, ale wynik jest niepokojący?

- Za każdym razem dzwonimy i zalecamy odpowiednią procedurę. Nie wysyłamy ogólnikowego komunikatu: „Wynik jest nieprawidłowy”, ale konkretny plan postępowania. Zadajemy wiele pytań i jeśli jest to uzasadnione, prosimy o udanie się na izbę przyjęć w celu wykonania dalszej diagnozy, a nawet wzywamy karetkę, jeśli wymaga tego sytuacja.

Naprawdę duży nacisk kładziemy na jakość naszej usługi.

To nie jest zabawka dla bogatych?

- Nie. Pregnabit jest kierowany do personelu medycznego, a nie bezpośrednio do samych kobiet. Wierzymy w prawdziwą telemedycynę, kiedy lekarz czy położna znają swoje pacjentki i wiedzą, w jakich sytuacjach powinny one z tego rozwiązania skorzystać.

To nie jest dla wszystkich. Jest część pacjentek, które muszą przecież znajdować się na patologii ciąży, być pod stałą obserwacją lekarza w miejscu, gdzie można podjąć natychmiastową akcję.

Są też pacjentki, które nadmiernie stresują się obsługą urządzenia. I mimo tego, że chciałyby z niego skorzystać, to raczej powinny wykonywać badania kontrolne KTG w asyście personelu medycznego. Wówczas idealnie sprawdza się model wizyt domowych, gdzie badanie KTG w domu ciężarnej przeprowadza położna. 

Jednak sam sprzęt jest stworzony w taki sposób, by każda kobieta w ciąży była w stanie samodzielnie wykonać badanie - o dowolnej porze i w dowolnym miejscu.

Pregnabit ma wielkość smartfona i jest podłączony kablami do dwóch sond. Pierwsza, FHR, mierzy akcję serca płodu, a druga, TOCO - skurcze mięśnia macicy. Na wyświetlaczu urządzenia są tylko cztery ikony: Mama, Dziecko, Ruchy i TOCO. Przenośny aparat do wykonywania badania KTG w domu musi być jak najprostszy w obsłudze.

Pregnabit jest dostępny w prywatnych placówkach. Czy ma szansę przebić się do NFZ?

- Naszą misją jest wspieranie personelu medycznego, aby każdą ciążę doprowadzić do szczęśliwego rozwiązania. Ale w polskich realiach telemedycyna nie jest jeszcze w pełni refundowana. Oczywiście, bardzo byśmy chcieli, żeby tak się stało. Musimy jednak uzbroić się w cierpliwość. Poczekać, aż prawo będzie przystosowane do takiej działalności.

Na razie więc zaczynamy od prywatnej służby zdrowia. Pregnabit jest już dostępny w około 40 placówkach medycznych w całej Polsce. Pacjentka może wypożyczyć urządzenie i po krótkim instruktażu u lekarza w gabinecie zabrać je do domu, by wykonać badanie samodzielnie. Bądź też położna może do niej przyjechać i zrobić badanie KTG w domu. Często położna wykonuje dwa pierwsze badania w domu pacjentki, a potem kobieta, jeśli czuje się z tym rozwiązaniem oswojona, może je przeprowadzić sama.

Mówiąc kolokwialnie, siedzi pani w telemedycynie. I mówi, że liczy na jej rozwój. Kiedy to wreszcie nastąpi?

- Mam nadzieję, że raczej za 10 niż 30 lat. Polacy są narodem bardzo otwartym na nowości i innowacje. Poza tym naszemu państwu też chyba zależy na tym, by innowacje się rozwijały, a służba zdrowia działała lepiej.

Jak wiemy, liczba położnych i lekarzy w Polsce stale maleje. Personelu medycznego będzie coraz bardziej brakować, by zająć się pacjentami ,trzeba postawić na rozwiązania telemedyczne. Jak mówiłam, są kobiety, które bezwzględnie wymagają leżenia na patologii ciąży, ale jest też spora grupa, która spokojnie może być monitorowana w domu. To przyniosłoby korzyść nie tylko samym pacjentkom, które mogłyby profilaktycznie wykonywać badania KTG w komfortowych warunkach domowych, ale również niewątpliwie niwelowałoby problem z dostępnością do tego badania i skróciłoby kolejki na izbie przyjęć. Zwolniłyby się też łóżka na patologii ciąży, gdzie część ciężarnych przebywa jedynie z powodu silnej obawy i lęku o zdrowie maluszka.

Przyszli rodzice radzą sobie z taką technologią?

- No pewnie, to ludzie młodzi, interaktywni, którzy używają smartfonów, niemal intuicyjnie korzystają z komputera, mają też zaufanie do technologii. Nie ma co się jednak łudzić, jeszcze mnóstwo pracy przed nami, by przekonać do innowacyjnych technologii zarówno lekarzy, jak i samych pacjentów. To ważna rola, by edukować społeczeństwo.

W jakiej kwestii?

- Tego ,czym jest telemedycyna. Jak rozróżnić gadżet zabawkę, który można kupić na Allegro, od innowacyjnej medycyny. W telemedycynie musi być ten komponent ekspertyzy specjalisty. Urządzenie nie zastąpi lekarza, nie ma takiego zadania. Ma pomóc jemu i pacjentowi poczuć się bezpiecznie, ale też komfortowo. Telemedycyna ma niwelować problem dostępności do sprzętu medycznego, ma przełamywać bariery lokalizacji - to informacja wędruje od pacjenta do lekarza, a nie sam lekarz.

Są gadżety, aplikacje, rzeczy, które mogą nas wspomagać w codziennym życiu, np. w prawidłowej diecie. I super, niech będą. Ale są też urządzenia medyczne, które mają już poważniejsze zadania - jak profesjonalne monitorowanie stanu zdrowia osoby chorej.

Jeżeli pacjenci będą oczekiwać komfortu i bezpieczeństwa, to także lekarze nie będą mieć oporu, by oferować takie rozwiązania. Czasem tak jest, że samo zlecenie czegoś przez lekarza to za mało, pacjent też musi tego chcieć. Dlatego powinniśmy informować pacjentów o rozwiązaniach telemedycznych, które mogą zmienić ich życie na lepsze, bezpieczniejsze i wygodniejsze.

Skąd miałyście pieniądze na stworzenie Pregnabita? Założyłyście prywatne fundusze?

- Tak, na początku musiałyśmy wyłożyć własne pieniądze. To było ryzykowne, ale w końcu udało się znaleźć inwestorów. Naszych pierwszych aniołów biznesu. Nie dali nam wyłącznie pieniędzy, ale też wskazali dalszą drogę rozwoju. Wywodzimy się z Anią w 100 proc. z nauki, więc nasze pierwsze prezentacje były typowo naukowe - pełno tabelek i wykresów. Dopiero inwestorzy nauczyli nas, jak ten język nauki uczynić bardziej ludzkim, zrozumiałym, biznesowym.

Wygląda na to, że pracujecie 24 godziny na dobę. Można to robić z doskoku?

- Oj, nie. 24 godziny to nieraz za mało. Bardzo nam pomogło, że byłyśmy z Anią we dwie. Niejednokrotnie zdarzały się sytuacje, kiedy jedna z nas miała już dość. Uznawała, że to koniec, że już się nic nie uda. Wtedy ta druga stawiała ją na nogi, mówiła, że jakoś to będzie, uda się, że trzeba dalej próbować. Ta sinusoida nastrojów między nami cały czas pulsowała. Ale dzięki temu udało siłę dotrwać do tego momentu, gdy pojawili się inwestorzy.

Teraz zespół jest większy, możemy się wspierać w szerszym gronie. To bardzo ważne. Trudno mi sobie wyobrazić bycie samemu w sytuacji, kiedy stale jest pod górkę, trzeba przekonać środowisko medyczne do zupełnie innowacyjnego produktu oraz pacjentki, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z Pregnabitem.

To wymaga ogromnej siły charakteru i woli. Na szczęście mamy już spore grono zadowolonych użytkowników naszego systemu. Każda dobra opinia ciężarnej, każde zdobyte referencje od personelu medycznego, którzy używają Pregnabita, to dla nas ogromna satysfakcja i poczucie, że było warto.

Bardzo się różnicie z panią Anią charakterami?

- Tak, trochę się różnimy, ale pewne cechy mamy wspólne. To upór i pasja, by coś osiągnąć. Zrobić coś innowacyjnego, wyjść poza schemat. Ale to ma naprawdę wielu doktorantów, którzy zajmują się nauką. Trzeba chyba jeszcze trochę szczęścia.

Mamy z Anią takie same wartości, kulturę pracy. Ale w innych kwestiach się uzupełniamy. Ona ma kompetencje techniczne, ścisły umysł, potrafi świetnie dopracować projekt. Ja lepiej radzę sobie w kontaktach z innymi. Lubię być na konferencjach, rozmawiać z profesorami i inwestorami, staram się wyciągać wnioski z tych wszystkich spotkań. Dlatego zespół jest dla mnie tak ważny. Jesteśmy różne i dlatego mogłyśmy przez dłuższy czas „ogarniać” wszystkie obszary projektu.

Czyli jednak żeński duet idealny.

- Chyba tak, skoro nam się udało. Ale podkreślam, ważny jest cały zespół. Każda z osób, która pracuje w zespole, jest dla nas bezcenna.

Wszyscy się poświęcali i oddawali niemalże bez reszty pracy, zwłaszcza przez pierwsze trzy lata.

Będąc jeszcze tylko we dwie, zaczynałyśmy bardzo start-upowo. Teraz przesuwamy się nieco w stronę biznesową. Nestmedic SA ma za sobą debiut na NewConnect, rynku akcji Giełdy Papierów Wartościowych. W pierwszej kolejności stawiamy na mocną sprzedaż w Polsce. I planujemy rozwój globalny, ekspansję na rynki zagraniczne, zapytania o Pregnabit mamy ze wszystkich kontynentów. W związku z tym stale poszerzamy zespół ekspertów o niezbędne kompetencje. Chcemy pracować z najlepszymi.

Rzeczywiście macie zasięg globalny. Zostaliście wyróżnieni przez MIT Technology Review honorowym tytułem Innovators Under 35 in Poland oraz specjalnym wyróżnieniem Innovator of the Year 2016. To jest naprawdę coś.

- Tak, jesteśmy z tego bardzo dumni. To niesamowite, że tak niezależne i wspaniałe grono stwierdziło, że jesteśmy innowatorem roku. A przecież projektów było naprawdę dużo i wszystkie były bardzo dobre, innowacyjne.

To niewątpliwie sukces, który przyniósł nam wiele fajnej współpracy i kontaktów. Do tej pory z nich korzystamy, zwłaszcza jeśli chodzi o pomysły na ekspansję produktu.

Wie pani, dlaczego temat opieki okołoporodowej chwycił?

- Myślę, że jest kilka istotnych potrzeb, które zaspokajamy naszym produktem. Nie bez znaczenia jest spadająca dzietność i to, że kobiety w coraz późniejszym wieku decydują się na macierzyństwo. Ciąża zawsze była unikalnym przeżyciem, ale dziś chyba jest nim bardziej, bo po prostu rzadziej się zdarza.

Nie żyjemy już dziś w rodzinach wielopokoleniowych, nie mamy takiego wsparcia od bliskich jak dawniej - mamy, babć, sióstr, kuzynek.

A przecież otacza nas mnóstwo różnych historii kobiet, które miały problemy w ciąży, różne myśli zaczynają kiełkować w głowach. Często szukamy informacji w internecie. I zostajemy z nimi sami. Jeśli to pierwsza ciąża, nie wiemy, jak odczytywać pewne sygnały. To rodzi niepewność. Nie mamy się kogo poradzić, czy to, że od godziny nie czujemy ruchów dziecka, oznacza, że jest bardzo źle, czy tylko jest to coś, co powinno nas lekko zaniepokoić, ale też może nic nie znaczyć. Lekarza nie mamy pod ręką cały czas.

Stąd możliwość użycia mobilnego KTG przez 24 godziny na dobę wydaje się bardzo kusząca. Na dokładkę nigdzie nie musimy jechać, czekać kilku godzin w kolejce, narażać się na krzywe spojrzenia personelu, że „przesadzamy”. Możemy sięgnąć po komfort w zaciszu własnego domu. Dla wielu kobiet i par to bezcenne.

Poza tym Pregnabit wypożycza się na stosunkowo niedługi okres, nie jest to coś, z czym wiążemy się na lata.

Ludzie nie lubią wiązać się na długo z jakimś urządzeniem. Tak samo, jak nie lubią przewlekle brać leków.

- Tu nie muszą. Jest określony krótki czas ostatnich kilku tygodni przed rozwiązaniem, kiedy to urządzenie jest potrzebne. Ale to wyjątkowy czas, kiedy szczególnie ważne jest, by czuć się bezpiecznie, mieć komfort i spokój, bo to wprost przekłada się na samopoczucie mamy i dziecka.

Czy z tego będą duże pieniądze?

- Kiedy zaczynałyśmy prace nad Pregnabitem, wynikała ona w 100 proc. z potrzeby serca, ale oczywiście szukając inwestorów, wiedziałyśmy, że mamy określone cele biznesowe do osiągnięcia. Ten produkt musi być opłacalny. Jestem przekonana, że telemedycyna na świecie nadal będzie się rozwijała dynamicznie, ale też w Polsce zadomowi się na dobre. To na tyle unikatowe i innowacyjne rozwiązanie, że prędzej czy później przyjdą za nim pieniądze. Trzeba jednak trochę cierpliwości. Dlatego chcemy budować trwałe relacje z naszymi inwestorami, którzy rozumieją ten rynek, aby z czasem z nawiązką spełniać ich oczekiwania.

Biznes ma iść w parze z nauką?

- Jasne. Czas tworzenia projektów do szuflady już się kończy. Ludzie chcą tworzyć produkty, które są społecznie użyteczne, jednocześnie zarabiając na nich pieniądze. Nie ma w tym nic dziwnego. Stąd też świadomie podjęłyśmy decyzję, by wejść na NewConnect.

W tego typu projektach najważniejsza jest - oprócz wytrwałości i pasji - cierpliwość. To nie są rzeczy, które leżą na półce w supermarkecie i każdy po nie może sięgnąć, dając firmie ogromne pieniądze.

Tu w grę wchodzi mentalna zmiana zarówno społeczeństwa, jak i lekarzy. To inwestycja w przyszłość. Proces długotrwały, który może przynieść spektakularne wyniki. Gdy słyszę od lekarzy i położnych, że jeszcze niedawno laktatory wypożyczało się kobietom do domu, bo nie było ich na nie stać, podobnie było z inhalatorami dla dzieci, to wierzę w to, że z naszym produktem będzie podobnie. Dziś to coś wyjątkowego, ale za jakiś czas może się stać popularnym medycznym sprzętem domowym.

Zarobicie na tym pieniądze i co dalej? Plany na przyszłość?

- Nowe pomysły stale kłębią się nam w głowach. Dostaliśmy grant „Szybka ścieżka” z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, który mamy rozpisany na trzy lata prac badawczo-rozwojowych. Jeszcze nie możemy powiedzieć o tym szerzej, ale na pewno będzie to urządzenie Pregnabit Ultra, które będzie miało dodatkowe funkcje. W całym okresie ciąży są parametry medyczne, które warto monitorować na bieżąco, żeby mieć jeszcze lepszą informację o tym, co dzieje się z dzieckiem, ale też z matką.

Ostatnio ktoś mnie spytał, czy skoro nazwa firmy i nazwa produktu są różne, to znaczy, że mamy jeszcze coś innego w zanadrzu.

Trochę tak jest, bo zakładając firmę Nestmedic, myślałyśmy generalnie o tym, że jesteśmy firmą technologiczną, ale z drugiej strony telemedyczną. Pierwszym naszym produktem jest Pregnabit, ale nie zamykamy się na szerszą telemedycynę. Medyczne Centrum Telemonitoringu, nasza spółka powiązana, to miejsce, które może skupiać wiele różnych telemedycznych usług, w tym telekonsultacji.

Nie wyciągnę od pani, czy zmierza bardziej w kierunku serca, nerki czy mózgu? Tajemnica biznesowa?

- Nie, po prostu my sami jeszcze tego do końca nie wiemy. Na razie naszym priorytetem jest komercjalizacja Pregnabita oraz praca nad kolejną wersją, która wiemy, że będzie spełniać oczekiwania i potrzeby środowiska medycznego. Mamy natomiast propozycje współpracy czy integracji z innymi systemami z całego świata, nie ograniczamy się dziś więc do jednego kierunku rozwoju. Na razie raczej będziemy się skupiać wokół kobiety w ciąży, telemedycyny dla kobiet, może podążymy w kierunku poczęcia dziecka lub tego, co dzieje się z kobietą i dzieckiem po ciąży w okresie połogu? To są bardzo ważne okresy w życiu kobiety.

Czy w życiu naukowca z pasją, wizjonera jest czas na sprawy prywatne?

- Zawsze znajduje się trochę tego czasu. Nie ukrywam, że nie jest go zbyt wiele, ale od samego początku tak było. Przyzwyczaiłam się. Zdarza się nam wyjść do kina, a nie tylko na firmową kolację.

A może nie jest to pani potrzebne? Żyje pani tylko nauką?

- Każdemu jest potrzebne życie prywatne. Ale to jest kwestia pewnych decyzji i wyborów. Dla niektórych praca po 6 godzin dziennie jest pełnym zaangażowaniem, a dla innych 12 godzin jest czymś, co im odpowiada. I jeszcze są w stanie zakładać rodziny, mieć swoje hobby, czas na przyjemności. To kwestia charakteru, a potem dobrej organizacji życia.

Żyje  pani szybko.

- Tak, ale ja to lubię, to mi odpowiada. Lubię wstawać rano, wypijać kawę i mieć 10 spotkań, a wieczorem poczucie dobrze przeżytego dnia. Nie powinniśmy tego cenzurować i mówić, że to szaleństwo. Mnie takie życie napędza i rozwija.

Ciekawi cię, jak będzie wyglądała przyszłość? Przyjdź i przekonaj się 9 grudnia podczas finałowego wydarzenia w Warszawie! Zapraszamy dorosłych, młodzież i dzieci na 38. piętro budynku Warsaw Spire przy Placu Europejskim 1.
Więcej o wydarzeniu: TUTAJ