Mateusz Frankowski i Paweł Lipiński

Studenci architektury na Politechnice Śląskiej zaprojektowali mobilny wieżowiec Mashambas pełniący funkcję targu i zarazem centrum edukacji dla lokalnych rolników w państwach Afryki Subsaharyjskiej. Ich projekt zwyciężył w 12. edycji prestiżowego konkursu amerykańskiego magazynu eVolo na wieżowiec najlepiej odpowiadający wyzwaniom XXI w. Praca Mateusza i Pawła zdystansowała 443 inne koncepcje architektów z całego świata.

Tomasz Czoik: W konkursie magazynu eVolo próżno było szukać wyróżnionych prac, które wiązałyby się w jakiś sposób z Afryką. Skąd zatem pomysł na taki temat?

Paweł Lipiński: Sam konkurs znaliśmy od dawna, bo w środowisku architektonicznym jest dość popularny i ma opinię prestiżowego. Jest adresowany głównie do studentów, choć mogą również startować profesjonalni architekci. Dlaczego Afryka? Większość projektów, które w poprzednich latach były nagradzane, to przedsięwzięcia zupełnie utopijne. Głównie piękne drapacze chmur w największych, najbardziej zamożnych metropoliach. Nam zależało, żeby zahaczyć o jakiś realny problem społeczny.

Mateusz Frankowski: Natknęliśmy się też na ciekawą statystykę. Okazuje się, że ponad 50 proc. ubogich ludzi na świecie to rolnicy. Zjawisko najbardziej dotyka tych z Afryki. Od tego tak naprawdę zaczęły się nasze rozmowy.

Masz szansę poznać Mateusza, Pawła oraz innych jutronautów 6 października o godz. 15.30 w Katowicach. Zapraszamy na Uniwersytet Śląski, Wydział Prawa i Administracji, ul. Bankowa 11B.

Wstęp na wydarzenie jest bezpłatny, obowiązuje rejestracja na stronie: jutronaucikatowice.evenea.pl

Mateusz Frankowski i Paweł LipińskiMateusz Frankowski i Paweł Lipiński Mateusz Frankowski i Paweł Lipiński

Do jakich źródeł sięgaliście przygotowując projekt? Skąd czerpaliście wiedzę o sytuacji w Afryce?

M.F.: Głównie z artykułów w internecie i filmów dokumentalnych.

P.L.: Obejrzeliśmy konferencję TEDx poświęconą problemowi ubóstwa w Afryce.

M.F.: Badaliśmy również sposoby działania organizacji, które pracują charytatywnie w Afryce, edukują rolników. Na tej podstawie byliśmy w stanie ułożyć program funkcjonalny naszego wieżowca.

Co najbardziej wami wstrząsnęło?

M.F.: Duże wrażenie zrobił na mnie jeden z artykułów w „National Geographic”, który opisywał działania wielkich korporacji na terenach Afryki Subsaharyjskiej. Korporacje rolne z Chin i Brazylii wykupują żyzne ziemie i małe farmy, a rolników przesiedlają na tereny, na których nie da się nic posadzić, na jakieś totalne chaszcze. Na tym procederze zarabiają niebotyczne kwoty. Nasz projekt jest w pewnym sensie manifestem przeciw takiemu działaniu.

P.L.: Ten temat pojawia się w mediach od wielu lat, ale nikt nic z tym nie robi. Chyba właśnie dlatego zdecydowaliśmy się na ten projekt.

Politycy świadomie lekceważą temat?

M.F.: Lekceważą? Z pewnością nie. Powołując się na ten sam artykuł, można powiedzieć, że np. rząd Mozambiku jest częścią tego procederu. Politycy, myśląc o natychmiastowym zysku, świadomie układają się z korporacjami. To brak perspektywicznego myślenia. Krótkotrwały zastrzyk gotówki może im pomóc wygrać kolejne wybory, jednak zwykli ludzie często zostają z niczym.

To jak wasz monumentalny wieżowiec mógłby pomóc najbardziej potrzebującym Afrykanom?

M.F.: Ma być przede wszystkim centrum edukacyjnym. Afryka jest biedna nie dlatego, że nie ma żyznych ziem, ale dlatego, że niemal całkowicie ominęła ją rewolucja agrarna, która miała miejsce w Europie w XX w. Pojawiły się wówczas innowacyjne sposoby uprawy, ale też nowoczesne narzędzia i nawozy. W wielu miejscach Afryki uprawa roli wygląda dziś podobnie jak kilkaset lat temu. To zupełnie nieefektywne. Sprzedając rolnikom pewną wiedzę, możemy wydobyć ich z ubóstwa.

Nie chodzi o to, żeby przekazywać im ogromne ilości pożywienia, ale raczej nauczyć, jak się je wytwarza. Nasz wieżowiec w jakimś stopniu pomógłby nadrobić te braki. To byłby impuls do lokalnego rozwoju, ale też przyczyniłby się do polepszenia sytuacji na większą skalę.

P.L.: Tereny w Afryce Subsaharyjskiej, które zmagają się z problemem głodu i ubóstwa, są bardzo rozległe. Wpadliśmy na pomysł, żeby wieżowiec był... mobilny. Gdy lokalni farmerzy nauczą się już pewnych metod, będą mieli odpowiednią wiedzę, wtedy przeniesie się budynek w inne miejsce. Ale pierwsza kondygnacja zostawałaby na stałe. Pełniłaby funkcję targu, mogłyby w niej funkcjonować szpital, szkoła czy przedszkole.

Materiałem użytym do budowy byłaby przede wszystkim stal, ponieważ najłatwiej jest ją zdemontować i przewozić.

M.F.: Braliśmy pod uwagę wiele czynników. Opady deszczu, występowanie biomasy, żyzność gleby, PKB i sytuację polityczną w danym kraju. Na tej podstawie ustaliliśmy kilka dogodnych lokalizacji, głównie w okolicach równika – w Tanzanii, na Madagaskarze, w Kenii, Sudanie Południowym czy Mozambiku.

„Mashambas”, czyli...?

P.L.: Natknęliśmy się na to słowo, wertując artykuły o wyzysku rolników z Mozambiku. Od razu wiedzieliśmy, że tak nazwiemy nasz wieżowiec. „Mashamba” w języku suahili oznacza małe, rodzinne gospodarstwo rolne. Taką nazwą chcieliśmy podkreślić społeczny charakter naszego przedsięwzięcia.

Kiedy zaczęliście pracę?

P.L.: Wszystko zaczęło się na początku minionego roku akademickiego, czyli w październiku 2016 r. Dyskusja nad pomysłem trwała około dwóch miesięcy.

M.F.: Większość semestru zimowego poświęciliśmy Mashambas. Projekt konkursowy stworzyliśmy do końca stycznia. Pracowaliśmy od świtu do nocy. Całe szczęście, że mieszkamy razem w akademiku!

P.L.: Na szczęście mogliśmy zrobić ten projekt w ramach zaliczenia jednego z uczelnianych kursów. Bardzo pomógł nam nasz prowadzący mgr Janusz Poznański. Pod koniec brakowało nam już dystansu do tego pomysłu. Poróżniliśmy się też à propos kilku kwestii. Mieliśmy parę przestojów. Na szczęście mgr Poznański potrafił nas popchnąć w odpowiednim kierunku.

M.F.: Pracę wysłaliśmy w lutym. I na dobrą sprawę trochę zapomnieliśmy o konkursie.

Jak dowiedzieliście się o zwycięstwie?

P.L.: To był kwiecień. Pamiętam, że siedziałem w autobusie, przeglądałem Facebooka i na profilu eVolo zobaczyłem, że są już wyniki. Najpierw rzuciły mi się w oczy wyróżnienia. Zjechałem na dół strony i tam zobaczyłem, że to my wygraliśmy.

Projekt MashambasProjekt Mashambas Mateusz Frankowski i Paweł Lipiński

Czas się zatrzymał?

P.L.: Można tak powiedzieć. Pamiętam, że w autobusie było bardzo tłoczno, a ja wręcz śmiałem się do siebie. Napisałem SMS do Mateusza, który był we Włoszech.

M.F.: Nie miałem wi-fi i myślałem, że to żart.

P.L.: Gdy tylko Mateusz wrócił, poszliśmy do naszego opiekuna. On też nie chciał nam uwierzyć.

I co, staliście się celebrytami na wydziale architektury?

P.L.: Tak bym tego nie określił. Ale nawet dziekan zaprosił nas na herbatę. Staliśmy się bardziej rozpoznawalni. Nasz wydział nie jest duży i większość osób się zna. Padło wiele ciepłych słów.

O Mashambas informowały media na całym świecie.

P.L.: Dyskusja pod niektórymi artykułami była bardzo ożywiona. Dominowały pozytywne komentarze. Trochę nam się też oberwało. Paradoksalnie najwięcej nieprzychylnych opinii pochodziło z polskich portali.

M.F.: Ludzie trochę drwili. Pytali, kiedy Mashambas powstanie, ile będzie kosztował. Polacy chyba lubią hejtować. Może być też inna przyczyna, za granicą informacje o konkursie pojawiały się tylko w portalach branżowych. U nas praktycznie wszędzie. Nie ma się zatem co dziwić, że nie do końca zrozumiano u nas ideę konkursu.

P.L.: Jednak dużo więcej było zabawnych sytuacji. Po opublikowaniu wyników odezwał się do nas Kanadyjczyk polskiego pochodzenia z pytaniem, na ile byśmy wycenili projekt, bo rozważa postawienie go u siebie, w Ontario.

I co mu odpowiedzieliście?

P.L.: Korespondowaliśmy przez jakiś czas. Napisaliśmy, że oczywiście możemy wycenić ten projekt, ale sama budowa nie byłaby taka prosta, jak się wydaje.

M.F.: Projekt wymaga dalszej pracy i na tym etapie nie jesteśmy w stanie go zrealizować. Potrzebowalibyśmy pieniędzy nie na budowę wieżowca, ale na stworzenie jakiejś grupy projektowej, która zajęłaby się rozwijaniem tej idei.

A jak w Afryce zareagowano na Mashambas?

M.F.: Tamtejsze media – pozytywnie. Były też różne pytania od przedsiębiorców z Afryki. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych prezentowało nawet nasz projekt na konferencji ONZ.

P.L.: Odbił się echem także na innych kontynentach. Odezwał się producent filmowy z USA, który kilka razy był w Afryce i zaobserwował te problemy, do których nawiązujemy w projekcie. Liczył na współpracę, ale ostatnio temat się nieco urwał. Chcielibyśmy kiedyś polecieć do Afryki i zobaczyć tamtejsze życie na własne oczy.

M.F.: Kilka dni temu otrzymaliśmy zaproszenie na Techfest, największy festiwal technologiczny w Azji. Nasz projekt będzie tam prezentowany na jednej z wystaw.

Wszystko to brzmi imponująco, ale trudno przypuszczać, żeby taki wieżowiec powstał w najbliższym czasie.

P.L.: To nie jest konkurs, do którego zgłaszają się gotowe na realizację projekty, chodzi w nim o przyszłość. Mieliśmy świadomość, że pracujemy przede wszystkim nad ideą. Zawsze będziemy jej bronić.

M.F.: Z historii architektury wiemy, że w okresie międzywojennym były organizowane konkursy na wieżowce, które miały odpowiedzieć na problemy i wyzwania ówczesnego świata. W kształcie i konstrukcji były zbliżone do tych współczesnych. Takie konkursy mają sens, ale na wdrożenie tych pomysłów trzeba czasu.

P.L.: Trzeba też inicjatywy wielu ludzi. Jeśli Mashambas miałby powstać, musieliby się w niego zaangażować przedstawiciele polityki i biznesu.

M.F.: I tak jesteśmy dumni. Nawet nie tyle z naszego sukcesu, ile z tego, jaką dyskusję wywołał projekt.

Jeżeli za 20-30 lat okaże się, że zostanie zapomniany, to uznacie to za porażkę?

M.F.: Absolutnie nie. Na pewno wśród osób, które go zobaczyły, jest ktoś, kto pociągnie temat dalej. Będziemy też zadowoleni, jeżeli pozostali wpłacą chociaż 5 dol. na dowolną organizację charytatywną zajmującą się pomocą w Afryce.

Jesteście na ostatnim roku architektury. Czy w pracach magisterskich w jakikolwiek sposób nawiążecie do Mashambas?

M.F.: Jeszcze nie wiemy. Pewnie chcielibyśmy w jakiś sposób kontynuować bardzo inspirujący kierunek architektury społecznej. Przeszło mi przez myśl, żeby wziąć na warsztat Mashambas i jeszcze nieco go rozwinąć, ale będę musiał przedyskutować ten pomysł z promotorem.

P.L.: U mnie pewnie będzie podobnie. Ja także uważam, że architektura powinna przede wszystkim służyć ludziom.

Założyliście niedawno pracownię architektoniczną Ggrupa. Na jej stronie są przede wszystkim zdjęcia i wizualizacje wnętrz mieszkań. To wasz pomysł na życie na najbliższe lata?

P.L.: Pracownia powstała rok temu, więc zaczynamy od małych rzeczy. Jakiś czas temu dostaliśmy pierwsze zlecenie wykonania projektu domu jednorodzinnego. Duża satysfakcja.

Czy jakieś elementy wielkiej idei, która towarzyszy Mashambas, przemycacie na co dzień do pracy w Ggrupie?

M.F.: Gdy uda się nam przeskoczyć obecny etap robienia małych rzeczy i zająć się obiektami użyteczności publicznej, o czym marzymy, z pewnością łatwiej będzie implementować nasze założenia. Chcemy, aby nasze budynki miały pozytywny wpływ na życie lokalnej społeczności.

Teraz działamy w mikroskali, projektujemy domy i wnętrza, jednak w naszych projektach nie chodzi tylko o wygląd, głównym celem jest poprawa życia użytkownika, głównie przez funkcjonalność i ergonomię. Tego staramy się trzymać przy każdej realizacji.

Taką wrażliwość wynieśliście z domu czy zainspirowali was inni architekci?

P.L.: Zawdzięczam to rodzicom i dziadkom. Zawsze zwracano mi uwagę na to, żeby nie zapominać o słabszych i tych, którzy mają trudną sytuację życiową, żeby wyciągać do nich rękę.

M.F.: U mnie w domu było podobnie. Ogromnie zainspirował mnie też architekt, który wygrał w ubiegłym roku Nagrodę Pritzkera, czyli architektonicznego Nobla. To Chilijczyk Alejandro Aravena. Pomimo że jest wielką gwiazdą naszej branży, cały czas widać jego ogromną wrażliwość społeczną. Projektuje tanie domy, które mogą być w przyszłości alternatywą dla slumsów. Stara się realnie wpływać na rzeczywistość najmniej zamożnych osób.

Trzeba zauważyć, że edukacja architektoniczna w Polsce też jest nastawiona na altruizm, na dbanie o drugiego człowieka. Później w życiu zawodowym architektów dzieją się jednak różne rzeczy.

Nie macie obaw, że rynkowa rzeczywistość także was zmusi do pójścia na ustępstwa?

P.L.: Wychodzimy z założenia, że nam się uda. Zrobimy wszystko, żeby robić to, co uważamy w architekturze za słuszne. Nie chcemy tworzyć czegoś, co sprawi, że nie będziemy mogli spać po nocach. Chcemy się czuć spełnieni. Pieniądze? Gdyby nam na nich zależało, to wybralibyśmy inną profesję.

M.F.: Ja bym został informatykiem.

Marzenia o projektowaniu i architekturze towarzyszą wam od dziecka?

P.L.: Od dziecka byłem miłośnikiem konstrukcji z Lego. Zawsze byłem dobry z przedmiotów ścisłych i geometrii. Miałem też wyostrzony zmysł postrzegania przestrzennego.

M.F.: Ja bardzo szybko zorientowałem się, że rysuję trochę lepiej niż rówieśnicy. Na początku liceum zapisałem się na kurs, żeby jeszcze podszlifować umiejętności. Wówczas pojawiły się pierwsze myśli o studiowaniu architektury.

Obaj pochodzicie z Mazowsza, a spotkaliście się na Śląsku. Czy ten region i tutejsza architektura wywarły wpływ na waszą twórczość?

P.L.: Oczywiście, że tak. Uczymy się tu i pracujemy już od pięciu lat, więc siłą rzeczy przesiąkamy tutejszą kulturą i klimatem.

M.F.: Podoba nam się struktura Śląska, region jest pełen różnorodnych miast, łączy je w zasadzie tylko industrialny charakter. To prawdziwy wielokulturowy tygiel, bardzo inspirujący, chyba nie tylko nas. Najlepszym tego przykładem może być wspaniała architektura współczesna regionu.

Co waszym zdaniem jest najważniejsze w pracy architekta?

M.F.: Architekci powinni dążyć do tego, aby stopień rozwoju cywilizacji popchnąć do przodu. Myślę, że to jest naszym głównym wyzwaniem. Swoimi działaniami musimy wybiegać w przyszłość, a nawet być liderami zmian.