Rozmowa z prof. Magdaleną Król – profesorką na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej SGGW w Warszawie i kierowniczką Zakładu Fizjologii, ponadto członkinią Polskiej Akademii Nauk oraz profesorką wizytującą na Uniwersytecie La Sapienza w Rzymie.

Pochodzi z Płocka, w 2006 r. ukończyła z wyróżnieniem studia na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej SGGW. W 2013 r. została laureatką nagrody naukowej tygodnika „Polityka”. A W 2016 r. otrzymała prestiżowy grant Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych o wartości ponad 1,4 mln euro. W maju 2017 r. prof. Magdalena Król zwyciężyła w plebiscycie czytelników „Gazety Wyborczej” Człowiek Roku w kategorii nauka.

Wojciech Moskal: Jest pani chyba najmłodszym profesorem w Polsce?

Prof. Magdalena Król: Nie wiem, czy najmłodszym, ale na pewno jestem jednym z młodszych.

Profesor zaraz po trzydziestce to u nas wielka rzadkość. Na Zachodzie to norma…

– Na Zachodzie tytuł profesora oznacza trochę coś innego. To stanowisko pracy, które można stracić, jeśli nie osiąga się wyników: nie zdobywa grantów, nie publikuje lub nie patentuje. U nas oczywiście profesor też jest stanowiskiem, ale tzw. profesor belwederski to tytuł dożywotni. W większości krajów najwyższy stopień naukowy to doktor.

Kolejne spotkanie z jutronautami 6 października (piątek), godz. 15.30. Katowice, Uniwersytet Śląski, Wydział Prawa i Administracji, ul. Bankowa 11B.

Wstęp na wydarzenie jest bezpłatny, obowiązuje rejestracja na stronie: jutronaucikatowice.evenea.pl

Magdalena KrólMagdalena Król Andrzej Hulimka/REPORTER / REPORTER

Patrząc na tytuły pani prac i tematy badań, pomyślałem w pierwszej chwili, że bardziej by tu pasowała medycyna, biologia molekularna, może genetyka. Ale pani wybrała weterynarię.

– Jak wybierałam weterynarię, to w ogóle nie myślałam o tym, że wyląduję w nauce.

Poszłam na weterynarię z miłości do zwierząt. Od dziecka marzyłam o tym, żeby zostać lekarzem weterynarii. Ale w trakcie studiów zaczęły mi się podobać kolejne przedmioty, polubiłam siedzenie w laboratorium i odkrywanie czegoś nowego.

Po studiach pracowałam w lecznicy przez dwa lata, równocześnie zaczęłam doktorat. I jakoś tak mnie ta nauka wciągnęła, że zrezygnowałam z lecznicy i zajęłam się badaniami.

A jaką rolę odegrały w tym wszystkim owczarki flandryjskie. To była pani fascynacja czy to one sprawiły, że się pani zafascynowała weterynarią?

– Źródłem fascynacji był chyba rottweiler, którego kupili mi rodzice. Paco był wyjątkowo chorowitym osobnikiem, wciąż chorował. Przez pewien okres, podczas antybiotykoterapii, praktycznie codziennie musiałam z nim chodzić do lecznicy. To właśnie wtedy zainteresowałam się weterynarią. Czasem sobie myślę, że może to była taka wymyślona przeze mnie psia hipochondria, żeby mieć pretekst do chodzenia do lecznicy. A bouviery przyszły później.

To była duża hodowla?

– Amatorska. Miałam z reguły dwie dorosłe suczki i zdarzało się, że obie szczeniły się w jednym czasie. Raz było nawet 14 szczeniaków w domu – superfrajda.

Później hodowla zeszła na dalszy plan. Trudno było pogodzić studiowanie w Warszawie z opieką nad psami w Płocku. Sześć lat temu przyszła na świat moja córeczka Agatka, a i nauka wyrywała drapieżnie coraz więcej czasu z mojego życia. W końcu zabrakło go na regularną pielęgnację psów i wyjazdy na wystawy. Rodzice postanowili mnie odciążyć i przejęli wszystkie obowiązki związane z hodowlą.

Obecnie mam sunię cavaliera, miesiąc temu przywiozłyśmy ją razem z córką od hodowcy z Niemiec. Znowu planuję jeżdżenie na wystawy – jak widać, stara miłość nie rdzewieje. Mało tego, moją dawną pasją zaraziłam córkę, więc teraz mamy wspólne hobby.

Chciała pani zostać psim położnikiem?

– Tak naprawdę to co roku chciałam zostać kimś innym, ale przez to, że miałam tę mikrohodowlę psów, zawsze najbardziej fascynowało mnie położnictwo i odbieranie porodów.

Ale?

– Ale pewnego dnia spotkałam prof. Tomasza Motyla kierującego Katedrą Nauk Fizjologicznych na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej SGGW w Warszawie. Zaproponował, żebym zajrzała do laboratorium. Odwiedziłam je i już go nie opuściłam.

Patrząc na tytuł pani pracy doktorskiej – „Transkryptomiczne profile komórek nowotworowych gruczołu sutkowego suki o różnym potencjale proliferacyjnym i antyapoptotycznym” – rzeczywiście widać, że wchodzimy już w bardzo głęboką naukę.

– Tak, to dzieje się na poziomie pojedynczej komórki.

Dlaczego rak sutka u suk?

– Ponieważ to jest bardzo duży problem u zwierząt.

Ludzie rzadko myślą o tym, że zwierzęta chorują jak my.

– To wynika z niewiedzy. Mam kolegów, lekarzy medycyny, którzy się dziwią: „Ojej, to pies kaszle, ma zapalenie płuc?”. Tak, ma. Jest takim samym ssakiem i ma takie same narządy, a zatem te same choroby.

Pamiętajmy też o tym, że żyjemy z naszymi czworonogami w identycznych warunkach środowiska, a czasami nasze zwierzęta jedzą to samo co my. A zatem mamy podobne warunki narażenia, czyli choroby cywilizacyjne dotyczą także ich. Słyszał pan kiedyś, że psy mogą być takimi samymi biernymi palaczami jak ludzie?

W życiu.

– Bo o tym w ogóle się nie myśli i nie mówi. A co do raka sutka – u psów gruczołów sutkowych jest cztery do pięciu razy więcej niż u kobiet; jest też nieco inna gospodarka hormonalna. Dlatego rak sutka u suk występuje trzy razy częściej niż u kobiet. To bardzo duży problem w weterynarii, szczególnie w takich krajach jak Polska, gdzie pokutuje przekonanie, że „suka musi mieć raz w życiu szczenięta”, i rzadziej wykonuje się owariohisterektomię niż na Zachodzie. Badania nad rakiem sutka podczas mojego doktoratu były ogniwem łączącym położnictwo z tą twardą nauką podstawową.

Wróćmy do tego, że znalazła się pani we właściwym czasie we właściwym miejscu. W tym samym miejscu znalazł się prof. Tomasz Motyl.

– Jest moim szefem, kierownikiem katedry, w której pracuję, był moim promotorem.

Różnie bywa w tej polskiej nauce, wszyscy wiemy, że dużo zależy od tego, na kogo się trafi, bo są różni szefowie.

Mądrzy szefowie wspierają młodych, stwarzają im warunki do rozwoju, inwestują w ludzi. Miałam dużo szczęścia, że trafiłam na osobę, która zmuszała mnie – oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu – do różnych aktywności, np. do wyjazdów. Bo muszę się przyznać, że kiedyś – czy to podczas doktoratu, czy po nim – nie za bardzo paliłam się do zagranicznych staży. Jestem osobą bardzo aktywną, pełną zapału do tego, co robię, i werwy do działania, ale przed wyjazdami się broniłam.

Ale jest cała lista tych wyjazdów, sam sprawdzałem.

– Jest, bo po doktoracie szef oznajmił mi, że nie zatrudni mnie bez zagranicznego stażu. Byłam wówczas młodą mężatką i znalazłam się między młotem a kowadłem. Musiałam wypracować jakiś kompromis i ostatecznie zdecydowałam się wyjechać.

Rzeczywiście, ten wyjazd dał mi bardzo dużo. Gdyby nie on, nie byłabym dziś w tym miejscu, w którym jestem.

Dokąd pani wtedy wyjechała?

– Do Amsterdamu. Pracowałam w Netherlands Cancer Institute, świetne miejsce do uprawiania nauki. Tam poznałam mojego przyszłego mentora, do którego później wyjechałam do USA.

Miałam też dużo wyjazdów w ramach akcji COST [Cooperation in Science and Technology] – to inicjatywa UE, która zrzesza naukowców z różnych krajów europejskich zajmujących się podobnymi tematami. Organizują zjazdy dwa razy w roku, żebyśmy się poznali, zintegrowali, zaczęli coś razem robić; trochę taka przeciwwaga dla nauki amerykańskiej.

Musiałam jakoś pogodzić wychowywanie małego dziecka i akcję COST. To było naprawdę duże wyzwanie dla mnie jako matki, bo fizycznie byłam na wyjeździe, a moje serce w Warszawie, przy Agatce. Dzięki akcji COST nawiązałam wiele kontaktów.

Przełamałam pewien kompleks, który myślę, że my, Polacy, często mamy. Mam na myśli niepewność siebie i strach przed jakimś wielkim autorytetem. Czasem boimy się odezwać, bo może się zbłaźnimy, może powiemy coś głupiego. Dostrzegam taką bojaźń i strach nawet u moich studentów.

Dopiero na tych wyjazdach zobaczyłam 70-letnich profesorów, którzy na luzie, na wesoło rozmawiają z doktorantami, ze studentami. Na Zachodzie, szczególnie w krajach anglosaskich, nie ma tej hierarchizacji społeczeństwa akademickiego, która jest tak widoczna u nas. To była jedna z największych korzyści tych wyjazdów – pozbyłam się kompleksów, nawiązałam superwspółpracę z wieloma świetnymi badaczami.

Staram się też taki styl pracy wprowadzać u siebie w zespole. Moi doktoranci wiedzą, że mogą do mnie przyjść i powiedzieć: „Magda, nie masz racji, to tak nie działa, to trzeba zrobić inaczej”. Mam w zespole mądrych ludzi i staram się wykorzystać ich potencjał, zachęcić do swobodnego wyrażania myśli.

Ale widzę, że szef stawiał sprawy jasno.

– Trochę tak, ale się opłaciło. On to robił dla mojego dobra, tylko ja wtedy jeszcze byłam za młoda i za głupia, żeby to docenić.

I oczywiście pani dziś tę samą przysługę robi swoim studentom?

– Oczywiście. Też ich zmuszam, pilnuję, żeby wyjeżdżali na staże do ośrodków zagranicznych, staram się im tłumaczyć, jakie to jest ważne, dbam o współpracę międzynarodową.

Jeśli przyjeżdżają do nas jacyś naukowcy, to zachęcam studentów, żeby uczestniczyli w rozmowach, w dyskusjach, żeby przełamali swój opór czy wstyd.

Mam wrażenie, że jedną z przyczyn jest wciąż istniejąca bariera językowa. To się na szczęście zmienia, bo widzę, że młodsi ludzie coraz lepiej mówią po angielsku, ale to wciąż nie jest nasz język codziennego użytku.

W ubiegłym roku otrzymała pani niezwykle prestiżowy grant Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych (ERC) o wartości ponad 1,4 mln euro. To grant za słynny już „plecak z bombą w środku” i „konia trojańskiego”. Jaki plecak, jaki koń?

– To innowacyjna metoda dostarczania leków do nowotworów. Terapie komórkowe to obecnie bardzo gorący temat w onkologii. Tu może mamy do czynienia nie tyle z leczeniem komórkami, ile z wykorzystaniem komórek naszego organizmu do zanoszenia na teren guza odpowiednich leków.

Komórka rakowaKomórka rakowa Sebastian Kaulitzki / EAST NEWS

Jak odkryła pani ten mechanizm?

– W sumie to nie ja sama, bo pracujemy nad tym całym zespołem; dzisiaj w nauce już nic nie robi się w pojedynkę. Ale do sedna. Komórki układu odpornościowego chronią nas przed wszystkim, co obce i złe – bakteriami, wirusami itp. Teraz wyobraźmy sobie, że pojawia się guz nowotworowy – nagle wyrasta jakiś twór, niby obcy, inny, nietypowy, ale nie do końca, bo jednak składa się z naszych własnych komórek. Układ odpornościowy jest więc trochę skołowany, nie rozpoznaje tych komórek jako obce, bo nie ma ku temu podstaw. Komórki nowotworowe mają też zdolności oszukiwania układu odpornościowego, mówiąc kolokwialnie: ukrywając białka, po których układ odpornościowy mógłby je rozpoznać jako te, które należy zwalczać.

Z drugiej strony guz nowotworowy nacieka na inne tkanki, jest tam ciasno, duszno, brakuje tlenu, bo naczynia krwionośne proliferują dużo wolniej niż komórki nowotworowe i nie nadążają wrastać w masę guza. Dochodzi do powstania stanu zapalnego, więc organizm robi to, co przy każdym zapaleniu – wysyła tam komórki układu odpornościowego.

Jest tylko jeden rodzaj komórek, makrofagi, które jako monocyty docierają do guza, a tam wychodzą spoza naczyń krwionośnych i już jako makrofagi wędrują w głąb guza, właśnie do tych niedotlenionych, nieukrwionych miejsc, gdzie nic innego nie dociera.

Stąd narodził się pomysł. Skoro wiemy, że makrofagi tam docierają, to fajnie byłoby, gdyby przy okazji zaniosły tam leki przeciwnowotworowe.

Te niedostępne miejsca stanowią realny problem w klinice. Po chemioterapii, kiedy większość komórek nowotworowych została zabita, to akurat w tym niedostępnym miejscu złośliwe komórki są w stanie przetrwać, bo nie dotarł tam lek. Komórki te mogą odrosnąć i dać początek wznowie guza albo przerzutować.

Powstało tylko pytanie: jak dostarczyć lek tym naszym makrofagom, żeby ich nie zabić, a żeby go zaniosły tam, gdzie chcemy?

I jak?

– Odbyła się burza mózgów z kolegami z Włoch i doszliśmy do wniosku, że trzeba wypróbować pewien rodzaj białek, które pod względem budowy przypominają klatki, do których można ewentualnie coś zapakować. Wpierw oczywiście musieliśmy sprawdzić, czy to się w ogóle da zrobić, czy nasze makrofagi dadzą się załadować tymi białkowymi „klatkami”.

Ale to był dopiero początek. Prawdziwe piękno tego projektu objawiło się, kiedy makrofag załadowany tymi „klatkami” spotkał się z komórką nowotworową. Pamiętam dokładnie ten moment. Widziałam pod mikroskopem, jak komórka odpornościowa – mój koń trojański – podpływa do komórki nowotworowej i pompuje w nią „klatkę”, którą wcześniej do niej włożyłam. To było to – odkrycie!

Nikt wcześniej tego nie zaobserwował. Potwierdziliśmy, że jesteśmy w stanie użyć makrofaga jako konia trojańskiego, który pójdzie na teren guza i przekaże komórce nowotworowej to, co my chcemy, żeby przekazał. Nazwaliśmy ten mechanizm TRAIN (ang. TRAnsfer of Iron-binding proteiN).

Z jednej strony ma to oczywiście implikacje praktyczne, ale z drugiej, to czysta i bardzo piękna nauka. Chcemy np. wyjaśnić, dlaczego właściwie makrofag te białka pobiera, a potem przekazuje. Musi to robić w jakimś celu, bo w przyrodzie przecież nic nie dzieje się bez przyczyny. I pytanie: czy on je przekazuje, bo chce zabić komórkę nowotworową, czy może chce jej pomóc w rozwoju, bo nie wie, że jest to komórka zła, złośliwa?

To wszystko są oczywiście nowe zjawiska, dopiero co odkryte. Badamy je, bo dzięki temu będziemy mogli lepiej zrozumieć biologię całego guza nowotworowego i być może to odkrycie utoruje drogę następnym. A zrozumienie skomplikowanej biologii nowotworów i wszystkich zależności pomiędzy komórkami złośliwymi a pozostałymi znajdującymi się w ich otoczeniu jest bardzo ważne. Guz nowotworowy jest takim państwem w państwie, które rządzi się własnymi prawami.

Oczywiście najbardziej pragnęlibyśmy, by to odkrycie udało się wykorzystać do stworzenia nowych terapii antynowotworowych, i intensywnie nad tym pracujemy.

W których nowotworach?

– Przede wszystkim myślimy o tzw. guzach litych [to np. rak trzustki, jajnika, piersi, jelita grubego, nerki], gdyż w ich przypadku jest duży problem z dostarczaniem leków.

Obecnie może tylko 1-2 proc. tego, co podajemy dożylnie, dociera do guza, a nawet jeżeli leki dotrą, to ich dystrybucja jest słaba i nie docierają np. do tych miejsc nieukrwionych, do których migrują makrofagi. Pozostała część leku trafia do innych tkanek, a przecież są to toksyczne substancje powodujące wiele skutków ubocznych.

Aktualnie pracujemy nad tym, by wytypować docelową grupę pacjentów, która mogłaby czerpać korzyści z terapii. Na początku robiliśmy oczywiście testy na komórkach mysich, to był rak piersi i rak jelita grubego.

W tej chwili przetestowaliśmy nasz TRAIN, czyli nasz pociąg, w szerokim panelu różnych komórek ludzkich nowotworów. Wygląda na to, że dobrym celem może być np. rak trzustki, jajnika, rak piersi czy nowotwory rozwijające się w kościach. Ale oczywiście to wszystko musimy jeszcze bardzo dokładnie zbadać.

ERC określa swoje granty jako „high risk – high gain”, co oznacza, że choć ryzyko niepowodzenia jest duże, to potencjalna korzyść też jest bardzo wysoka.

– Mój projekt został nawet oceniony przez recenzentów ERC jako „High risk – EXTREMLY high gain”, czyli jeżeli się sprawdzi, może dojść do przełomu w medycynie.

Czy to jest pani główny i jedyny projekt, czy jeszcze nad czymś pani pracuje?

– Właśnie dostaliśmy grant polsko-turecki na zrobienie testu diagnostycznego dla kobiet z tzw. potrójnie negatywnym rakiem piersi. Ten typ nowotworu jest dziś bardzo trudny do leczenia, ale jest grupa pacjentek, która dobrze reaguje na pewne terapie. Chcemy opracować test molekularny, dzięki któremu będzie można wytypować właśnie te pacjentki, które mają największe szanse na skuteczne leczenie.

Moim partnerem ze strony tureckiej jest prof. Ali Gure z Uniwersytetu Bilkent. Przez wiele lat pracował w Nowym Jorku, potem wrócił do Turcji. A poznałam go podczas jednego z tych wyjazdów akcji COST, do których zmuszał mnie mój szef.

Znajduje pani jeszcze czas na prowadzenie firmy?

– Rzeczywiście, jestem współwłaścicielką firmy biotechnologicznej. Nazywa się Cellis, została stworzona, by rozwijać komercyjnie naszą technologię, czyli komórkowe dostarczanie leków do guzów. Mamy też projekt diagnostyczny – chcemy dostarczać radioznaczniki do małych przerzutów nowotworowych i wykrywać je za pomocą PET, czyli pozytonowej tomografii emisyjnej.

W sumie cały zespół pracujący nad tymi projektami liczy ponad 20 osób.

Brzmi to jak zachodni model funkcjonowania nauki – grupa naukowców, uczelnia, pączkująca firma biotechnologiczna. W Polsce to wciąż rzadkość.

– I to wielka rzadkość. Moim zdaniem wynika to w dużej mierze z braku tradycji i wiedzy naukowców, jak to robić. Brak jest dobrych przykładów sukcesu i wiary, że to właśnie mi może się udać.

Pamiętam, że gdy po odkryciu pojechałam do Rzymu pokazać wyniki kolegom, od razu mi powiedzieli: „Magdalena, powinnaś pomyśleć o IPR". A ja kompletnie nie wiedziałam, o czym mówią, ale oczywiście mina pokerzysty, komórka, Google i sprawdzam, o co chodzi. Widzę, że o intellectual property rights, czyli patent. Ale jak to opatentować? W ogóle nie miałam pojęcia, jak to zrobić. Dziś już na szczęście o wiele lepiej poruszam się w tym komercyjnym, start-upowym świecie. Jednak wielu polskich naukowców wciąż nie wie, jak komercjalizować wyniki swoich badań.

To taki kamień, o który od lat potykają się polscy badacze. Na Zachodzie każda uczelnia ma osobę, która zajmuje się patentami.

– I to nawet nie jedną, z reguły jest to grupa specjalistów. Akurat byłam chyba jedną z pierwszych osób, które skorzystały z tzw. ustawy uwłaszczeniowej dla naukowców, zgodnie z którą własność intelektualna może zostać przekazana twórcy przez uczelnię.

Niektóre uczelnie mają już możliwość wchodzenia – w formie spółki celowej – jako udziałowcy w start-upach pączkujących na danej uczelni. Tak działa w Polsce np. Uniwersytet Warszawski, choć nie tylko. To jest superrozwiązanie, w ten sposób powinien funkcjonować każdy uniwersytet.

Tak jak Stanford na samym początku był udziałowcem Google’a?

– Dokładnie tak. W sierpniu odwiedziłam Uniwersytet Stanforda, nawiązałam współpracę, dyskutowałam o naszych wynikach. Naukowcy, których spotkałam, mają od razu zakodowane w głowie najważniejsze pytania: „jak to skomercjalizować”, „co zrobić, by przyszła po to tzw. big Pharma”...

Nie tylko w USA te kwestie są dobrze rozwiązane. Na przykład na Uniwersytecie w Utrechcie jest spółka celowa, która jest współudziałowcem ok. 300 start-upów. Zapewnia infrastrukturę i seed capital, czyli pieniądze na start, często w wysokości ok. 1 mln euro. I nawet jeżeli sukces odniesie jeden czy dwa z tych start-upów, to dochód zapewnia finansowanie całej reszty.

Niestety, wiele uczelni w Polsce, w tym np. moja uczelnia, ze względów statutowych nie ma jeszcze możliwości wchodzenia jako współudziałowiec do spółek. Ale to wszystko pomału się zmienia i dobrze, że coraz więcej się o tym mówi. Trzeba edukować naukowców, społeczeństwo i urzędników, którzy potem rozliczają granty.

W dzisiejszych czasach taki zakaz jest chyba lekko absurdalny?

– Skoro Uniwersytet Warszawski ma taką spółkę celową, to chyba można to zrobić. Choć oczywiście nie funkcjonuje to tak dobrze jak w USA czy Europie Zachodniej.

W każdym razie ja skorzystałam z uwłaszczenia i wraz z kolegą z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, kolegą z Rzymu i oczywiście naszym inwestorem założyliśmy firmę biotechnologiczną.

A inwestor skąd?

– Z Polski. Dobrze nam się współpracuje w tym zespole. Jesteśmy tak naprawdę jedyną w tej części Europy firmą, która robi terapię komórkową nowotworów. Robimy to z wielką pasją i mamy ambitny cel.

W Polsce ktoś poza wami zajmuje się tym tematem?

– Na początku maja byłam w Londynie na konferencji naukowej poświęconej właśnie terapiom komórkowym. Z Polski byłam tylko ja, co było dość przygnębiające.

Na Zachodzie innowacyjna nauka, wdrażanie jej wyników do przemysłu, wprowadzanie na komercyjny rynek są zupełnie inaczej traktowane niż u nas. Na przykład Brytyjczycy lobbują za swoimi naukowcami w koncernach, oferują ulgi podatkowe firmom, które zainwestują w eksperymentalne terapie, ułatwiają przepisy; jednym słowem, robią wszystko, by wspomóc innowacje.

Nigdy nie kusiło pani, żeby wyjechać?

– Kusił mnie wyjazd do Stanów Zjednoczonych, bo to świetne miejsce do uprawiania nauki. Miałam również wiele bardzo atrakcyjnych finansowo propozycji z Europy, aby się przenieść na inny uniwersytet i tam rozwijać projekt, ale jestem dosyć silnie związana z Polską, a poza tym traktuję swoją pracę trochę jak wyzwanie. Zrobić coś takiego u nas, przetrzeć szlaki, pokazać innym, że można, że się udaje, to jest dopiero coś! W Stanach byłoby to zbyt proste.

Ale żeby podejmować takie wyzwania, musimy się cofnąć do podstaw. Sama pani narzekała, że studenci potrafią wyrysować wzory wszystkich witamin, a nie potrafią zadać rozsądnego pytania w dyskusji czy w panelu.

– To jest faktyczny problem, ale nie tylko studentów. Studia to tylko wycinek edukacji, a już od przedszkola powinno się dzieci uczyć krytycznego myślenia, negowania utartych poglądów, zadawania pytań, eksperymentowania i pracy w grupie. Młodzież w dobie internetu działa na zasadzie copy-paste, a kopiując, nigdy nie będziemy innowacyjni.

Mam też wrażenie, że dziś za rzadko zmusza się uczniów czy studentów do dyskusji, do zadawania pytań, za rzadko wciąga się ich w rozmowę. Wciąż dominuje schemat – przychodzi pan czy pani, wygłasza wykład i mówi: „Proszę się nauczyć, jutro będzie kartkówka”. Zadanie pytania przez ucznia spotyka się z oburzeniem: „Jak to? To ty tego nie wiesz?”. Sama pamiętam wielu takich nauczycieli. Za mało jest egzaminów ustnych, które zmuszają studenta czy ucznia do rozmowy, a za dużo testów.

Mam nadzieję, że to się zmieni.

Badania pokazywały też, że polscy studenci mają problem z pracą w zespole.

– Bo też nie jesteśmy tego uczeni. Ale tu akurat mam wrażenie, że są zmiany na lepsze. Nawet jak obserwuję córkę w przedszkolu, to widzę, że te dzieci coraz więcej rzeczy robią razem. Pamiętam system, w którym prawie nic nie robiliśmy w zespole, liczyła się praca indywidualna.

Córka też będzie weterynarzem?

– To się zmienia jak w kalejdoskopie. Miała zostać weterynarzem i leczyć zęby psom. Teraz się zmieniło i będzie jak mała reporterka Nela podróżować po świecie i robić reportaże. Ale zaznacza, że drugim jej zawodem będzie behawiorystka zwierząt.

Już w przedszkolu wie, że istnieje coś takiego jak behawiorystka?

– Tak, ona jest bardzo obeznana w temacie, czyta mi przez ramię książki i maile, ale też coraz więcej rozumie z tych wszystkich artykułów i wywiadów. Kaszlę, a ona potrafi mi powiedzieć na to: „Mamo, mamo, do twoich płuc natychmiast trzeba wysłać makrofagi”. Lubi też oglądać „Było sobie życie” – genialny serial, który nigdy się nie zestarzeje.

Ciekawi cię, jak będzie wyglądała przyszłość? Przyjdź i przekonaj się 9 grudnia podczas finałowego wydarzenia w Warszawie! Zapraszamy dorosłych, młodzież i dzieci na 38. piętro budynku Warsaw Spire przy Placu Europejskim 1.
Więcej o wydarzeniu: TUTAJ