Jakimże niepokojącym zagadnieniem stają się tegoroczne wakacje! Wszyscy byli już w Szkocji, niektórzy z nas dotarli na Land’s End, Irlandia nie każdemu pasuje, Międzynarodowa Wystawa w Londynie doszczętnie nas wymęczyła, Scarbro nadaje się tylko dla inwalidów i dzieci, Lake District zaliczyliśmy już lata temu, a Fleetwood jest jeszcze gorsze niż Scarbro – gdzie udać się dalej?” – zastanawiała się na stronach swego pamiętnika Jemima Morrell z Selby w Yorkshire.

Jemima była już po trzydziestce i pozostawała niezamężna, co w 1863 r. oznaczało, że bez dwóch zdań należał się jej tytuł starej panny. Dziś nikt już nie używa takich określeń, ale jej letnie rozterki nie straciły przez 150 lat z okładem nic na aktualności. Kto tego nie zna! Dogadywanie się ze znajomymi, dokąd wybrać się latem czy wczesną jesienią, rozważania „Sopot czy Krupówki” zakończone konkluzją, że jedno nadaje się tylko dla inwalidów i dzieci, a drugie jest jeszcze gorsze.

Pożytki z niepicia wódki

Thomas Cook (rocznik 1808) imał się w życiu różnych zawodów – od sprzedawcy w obwoźnym warzywniaku, przez stolarkę, po nauczyciela w szkółce niedzielnej i wędrownego kaznodzieję. Był człowiekiem głęboko religijnym, a ponadto wierzył, że większość problemów społecznych wiąże się z alkoholem i że życie ludzi pracy poprawiłoby się, gdyby mniej pili i byli lepiej wykształceni.

To właśnie walka o trzeźwość naprowadziła go na trop nowego biznesu, w którym odniósł niespodziewany sukces. Kiedy korzystając z nowego wynalazku – kolei – podążał z Leicester w północnej Anglii do odległego o 25 km Loughborough na wiec Towarzystwa Trzeźwości, przyszło mu do głowy, by na kolejny zorganizować grupową wycieczkę.

Za szylinga od głowy uczestnicy mieli zapewniony bilet na stojące miejsce w pociągu (w trzeciej klasie), kanapkę z szynką i filiżankę herbaty. 570 osób, które wzięły udział w wyprawie, u celu witali mieszkańcy Loughborough w towarzystwie orkiestry.

Przedsięwzięcie okazało się sukcesem finansowym i były kaznodzieja został pierwszym w historii agentem turystycznym.

Wschód słońca na Monte Rigi

W 1863 r. Cook w ramach rekonesansu postanowił zorganizować wycieczkę do Europy. Jego ogłoszenie było dokładnie tym, czego poszukiwała nieco znudzona wakacjami w kraju Jemima Morrell.

26 czerwca 1863 r. o niefortunnie wczesnej porze, szóstej rano, Jemima z bratem i grupą przyjaciół znalazła się w towarzystwie kilkudziesięciu innych pań i panów na peronie kolejowym na London Bridge. Grupa udała się pociągiem do Newhaven („trudno jest chyba o bardziej ponury port” – zanotowała podróżniczka), a stamtąd do Dieppe i przez Paryż do Szwajcarii.

Jak i dziś wśród ówczesnych turystów, czy raczej pionierów turystyki, większość osobników nie odznaczała się żelaznym hartem ducha i skłonnością do eksploracji. Ze stu z okładem osób, które wyruszyły w podróż, znakomita większość dotarła koleją zaledwie do Jeziora Genewskiego. W Valais w południowej Szwajcarii grupa stopniała do trzech pań i czterech panów i tam też opuścił ich sam organizator. Cook wrócił do Londynu, a siódemka podróżników podążała dalej.

Jak wspomina Jemima, nie przyświecał im żaden cel poza tym, by móc obejrzeć wschód słońca z Regina Montium, Królowej Szczytów, nazywanej zdrobniale Rigi. Stare fotografie pokazują przedziwny korowód sunący lodowcem: dama w szerokiej, powłóczystej sukni, z laseczką i w kapelusiku, dalej związany z nią liną kawaler w kapeluszu, znów dama...

Bez mlecznej czekolady

Jemima szła w ciężkiej ciemnej krynolinie i gorsecie, długich sznurowanych trzewikach i pod parasolką. Zgodnie z duchem epoki przebierała się do obiadu. „Dni spędzane na piechotę lub u boku mułów dają największą satysfakcję – pisała. – Wyrwanych od życia w mieście, przeniesiono nas do wielkich cudów natury. To była wielka zmiana; zwykła rutyna życia odeszła w niepamięć. Wspomnienie czasów i pór roku zniknęło, żyliśmy tylko radością teraźniejszości”.

Wstawali codziennie koło czwartej rano i każdego dnia przemierzali dobrze ponad 20 km w górskim terenie. W notatce z datą 30 czerwca, pisanej w pobliżu Montanvert, Jemima zauważa: „jak dziwnie, jak intensywnie nieprzyzwoite było w ten upalny letni dzień chrupanie lodu pod naszymi stopami. (...) Gdy czołgaliśmy się po śliskiej półce, nasze jedyne zabezpieczenie stanowiła lina przymocowana do skały”.

W Szwajcarii trudno było wówczas o mleczną czekoladę (manufaktura Jeana Toblera otwarta zostanie w Bernie pięć lat później), nie było szwajcarskich noży wojskowych (Karl Elsener założy mały warsztacik ślusarski dopiero za 20 lat). Nie było też imponującej linii podziemnych, wydrążonych w górskich ścianach tuneli umożliwiających łatwe i szybkie dotarcie koleją praktycznie do każdego zakątka kraju.

Karczma ta sama

Dziś jest łatwiej. Szwajcarskie pociągi jeżdżą dziesięć razy szybciej. Zamiast surdutów i krynolin mamy polary, goreteksy i buty na wibramie. Ach, i nie zapominajmy o mlecznej czekoladzie. Ale góry wciąż są takie same. Tak samo zasypiają w słońcu i tak samo nabierają głębi i barw, kiedy nowy dzień wdziera się w mroki dolin. Są takie same rześkie poranki. I tak samo oszałamiająca panorama roztacza się z Regina Montium.

Dziennik panny Jemimy można znaleźć także w polskich księgarniach, więc kto znudzony Londynem i Sopotem, a szuka pomysłu na wakacje, może się wybrać jej szlakiem.

Lodowce w Grindelwaldzie, które podziwiała, wycofały się już znad wioski, ale północna ściana Eigeru wciąż unosi się nad małym miasteczkiem. Daubensee jest wciąż takie, jak je opisywała: „ciemna woda zasilana tylko przez stopiony śnieg, otoczona murem przez surowe i nagie skały wapienne, które wydają się zbyt jałowe dla nawet najtwardszych porostów”.

W Schwarenbach, gdzie pionierska siódemka „z ulgą dostrzegła pewne oznaki ludzkiego zamieszkiwania” i zatrzymała się na popołudniową herbatę i posiłek, wciąż stoi ta sama karczma. Giessbach jest ciągle „jednym z najpiękniejszych wodospadów”. Na przełęczy Gemmi nadal nawet w czerwcu leżeć może śnieg – ale mało kto będzie się bronić jak Jemima w spontanicznej walce na śnieżki otwarciem koronkowej parasolki.

Chociaż są i tacy, którym koronkowe parasolki wciąż towarzyszą w górach. Jak czytam w archiwalnym numerze „The Swiss Observer”, sto lat po eskapadzie panny Jemimy, 26 czerwca 1963 r., 13 osób w strojach z epoki (panie w krynolinach, panowie w surdutach) wybrało się szlakiem pierwszych turystów. Można? Można. Ale można też bez krynolin i parasolek.

„Zdobyliśmy szerszą wiedzę na temat ludzkiej natury, nawyków polegania na sobie i cennych lekcji w naszej własnej ignorancji, które obficie odpłaciły nam wszystkim za zmęczenie” – notowała panna Morrell. To właśnie czerpiemy z wędrówek górskich niezależnie od stroju i epoki.

Na Księżyc? Już za chwilę

Cztery lata po powrocie ze Szwajcarii Jemima poślubiła Johna Broadleya Greenwooda, bogatego właściciela ziemskiego, któremu urodziła syna.

Thomas Cook zmarł 18 lipca 1892 r. Napis na nagrobku głosi: „człowiek, który uczynił podróżowanie łatwiejszym”. Firma Cooka do niedawna* była jednym z największych światowych koncernów, obsługującym ponad 20 mln turystów. Pierwsza na świecie wprowadziła do oferty usługi transportu lotniczego. 20 lat przed narodzinami Elona Muska przyjmowała już zapisy na wycieczki na Księżyc (lojalnie uprzedzając, że „mogą nastąpić opóźnienia w realizacji świadczenia”).

Niestety, turystyka nie wyleczyła świata z alkoholu. Cook przewróciłby się w grobie, gdyby się dowiedział, że suto zakrapiane wyjazdy na wieczory kawalerskie weszły dziś do oferty biur turystycznych.

*PS z ostatniej chwili:

W poniedziałek firma ogłosiła upadłość. Trwa ściąganie do Wielkiej Brytanii 150 tysięcy turystów. Ekspert zajmujący się turystyką Simon Calder ocenił w rozmowie z BBC, że Thomas Cook „nie był gotowy na XXI wiek”.  Czytaj więcej: Upadło najstarsze biuro podróży na świecie