- Będziesz potrzebował większej łodzi - mówi, paląc nerwowo papierosa, Martin Brody, grany przez Roya Scheidera bohater „Szczęk"(1975 r.) w reżyserii  Stevena Spielberga. Właśnie spojrzał w oczy rekinowi ludojadowi, z którym będzie się mierzył nie raz, ale dwa razy w jednej z najsłynniejszych serii filmowych w historii kina.

40 lat temu bohaterowie potrzebowali większej łodzi, aby popchnąć akcję do przodu. Dziś filmowcy potrzebują większego rekina. Dlaczego? Cóż, rekin ludojad nie robi już wrażenia na współczesnym widzu. Nawet dwugłowy, uzbrojony w piłę mechaniczną i atakujący z powietrza nie ma już tego powabu co kiedyś. Nawet śnieżny, mieszkający w jaskini, demoniczny rekin zjawa, zmutowany z gigantyczną ośmiornicą, także rozpaczliwie walczy o zainteresowanie.

 

Życie filmowych rekinów nie jest proste, bo w kolejce czekają kolejne stwory, które chcą budzić w nas strach, a wywołują śmiech: gigantyczne pająki, inteligentne piranie, oszalałe z żądzy krwi niedźwiedzie, genetycznie modyfikowane owce i aligatory z piekła rodem.

Filmowcy prześcigają się w wymyślaniu kolejnych stworów, a widz tęskni skrycie za starymi dobrymi czasami, kiedy rekin polujący na kąpielisku nie tylko wywoływał autentyczne przerażanie, ale również symbolizował społeczny niepokój lat 70., który był wyrazem politycznej afery Watergate z 1972 r., strachu przed III wojną światową i pokłosiem zakończonej w 1975 r. wojny w Wietnamie, w czasie której po obu stronach konfliktu zginęło blisko 1 mln żołnierzy.

Człowiek vs. natura

Potwory na ekranie przerażały nas na długo przed „Szczękami". W 1972 r. zagładę ludzkości planowały wielkie króliki ("Noc lepusa"), wcześniej czyhały na nas gigantyczne pszczoły - "Śmiertelne pszczoły" i "Zabójcze pszczoły" (1966 i 1974), a jeszcze wcześniej, w filmie "Them!" niecne plany miały wielkie mrówki (1954).

Jednak to „Szczęki" otworzyły morderczym gigantom drzwi do głównego nurtu kina. Film Spielberga obejrzało tylko w USA ponad 67 mln widzów, a na całym świecie, przy budżecie wynoszącym 9 mln dol., zarobił blisko pół miliarda dolarów. Nie ma więc co się dziwić, że powstały kolejne trzy filmy wykorzystujące ten pomysł.

W każdym kolejnym rekin był coraz bardziej przebiegły i coraz szybszy, a jego IQ rosło wprost proporcjonalnie do przychodów ze sprzedaży biletów. Kiedy w 1987 r. do kin weszła fatalna czwarta część serii, rekin mógł już spokojnie ubiegać się o członkostwo w Mensie.

Sukces „Szczęk" sprawił, że scenarzyści puścili wodze fantazji. W 1977 r. w "Królestwie pająków" do akcji wkroczyły wielkie pająki, którym wyzwanie rzucił dzielny weterynarz o twarzy Williama Shatnera (kapitan Kirk ze "Star Treka"), a już rok później statystyki zgonów w małym miasteczku podciągały zmutowane piranie (horror "Pirania").

Powodzeniem cieszyły się też wielkie aligatory, krokodyle i węże. W latach 90. w „Anakondzie" z wielkim dusicielem walczyła Jennifer Lopez, a dwa lata później w „Lake Placid" z krokodylem wielkości ciężarówki mierzyli się Bridget Fonda i Bill Pullman. W 2006 r. Samuel L. Jackson musiał jakoś rozwiązać problem „Węży w samolocie". Film tak udanie zabawił się konwencją, że był nominowany jako najlepszy horror roku do statuetki Saturna przyznawanej najlepszym produkcjom science fiction, horrorom i fantasy.

Skok przez rekina

Były to jednak pojedyncze strzały. I tak największym wzięciem wśród filmowców cieszą się rekiny. Doczekały się nawet własnego nurtu filmowego zwanego „rekinosploatacja", w którym fabuła kręci się wokół kolejnych ataków żarłaczy. Czy ta sympatia wynika z rozpaczliwych prób powtórzenia sukcesu „Szczęk"? A może zabijające instynktownie rekiny po prostu najbardziej nas przerażają, bo symbolizują też ekologiczny upadek naszej planety, naturę, która zwraca się przeciwko swoim oprawcom?

 

Jak choćby w filmie „Piekielna głębia" (1999) , w którym grupa badaczy przesadza z eksperymentami na rekinach i one wymykają się spod kontroli. Film był sukcesem kasowym (przy budżecie 82 mln dol. zarobił 165 mln) i przedłużył żywot ekranowego rekina, który po premierze „Szczęk 4: Zemsta" mocno podupadł na duchu. Zapewne miała na to wpływ Złota Malina (nagroda dla złych filmów) za najgorsze efekty specjalne oraz pięć nominacji w innych kategoriach, m.in. dla najgorszego filmu roku.

Rekiny nie mają wakacji

W XXI wieku rekiny nadal mordują na ekranie najczęściej. W roku 2003 w „Zabójczej głębi" rekin ludojad zaatakował małą platformę wiertniczą, na której poszukiwacze ropy naftowej dodatkowo byli terroryzowani przez gangsterów.

W 2008 r. zbłąkany rekin grasował w weneckich kanałach, a trzy lata później w „Rekinie z bagien" z krwiożerczą bestią walczyło kilka znajomych twarzy: D.B. Sweeney z komedii romantycznej „Na ostrzu", Kristy Swanson, czyli filmowa Buffy i znany z „Licencji na zabijanie" Robert Davi. Warto tu wspomnieć, że w pierwszym szeregu z rekinami walczą zwykle już nieco przebrzmiałe gwiazdy.

W 2012 r. do boju ruszył prehistoryczny „Śnieżny rekin", który jakimś cudem dożył naszych czasów i posiadł umiejętność pływania w śniegu.

W 2013 r. stacja SyFy zapoczątkowała jedną z najsłynniejszych (i najgłupszych) serii filmowych, czyli „Rekinado". Cykl liczy już sześć części, a ich bohaterowie (eksgwiazdy lat 80. i 90.) muszą się zmierzyć z rekinami, które podróżują niesione przez… tornado.

 

Ta sama stacja dała także ludzkości dwu- i trzygłowego rekina, a potem kazała jeszcze ludojadowi walczyć w innych filmach, m.in. z gigantycznym wielorybem (Wielorybołakiem), krokodylem z epoki kamienia łupanego, zmutowała go z gigantyczną ośmiornicą („Sharktopus"), a na inną wielką ośmiornicę napuściła.

Gdzieś po drodze, w 2013 r., powstał jeszcze film o duchu rekina, który nawiedza miejsca, w których znajduje się woda (wystarczy odrobina).

Zapytacie: po co? Niech wystarczy oglądalność serii „Rekinado". Tylko w USA wszystkie filmy obejrzało ponad 16 mln widzów, a cykl ożywił rachityczne kariery takich aktorów, jak Ian Ziering, Tara Reid, Lou Ferrigno i Lorenzo Lamas (wystąpił  w części trzeciej).

Gdzie się podziały tamte rekiny

W tym zalewie filmów o rekinach z różnymi przypadłościami trudno już jest wywołać w widzach prawdziwe przerażenie. Kilku śmiałkom się to jednak udało.

I tak w 2003 r. porządnie wystraszył nas „Ocean strachu" o parze nurków rzuconych na pastwę rekina. Trzy lata temu oko w oko ze śmiercionośnym płetwaczem stanęła Blake Lively w „183 metrach strachu", w 2012 r. w „Śmiertelnej głębi" odziana w bikini Halle Berry mierzyła się z mięsożernymi rekinami.

 

Opowieści o rekinach są wyeksploatowane do tego stopnia, że wysokobudżetowe kino zaczęło czerpać z dorobku kina klasy B, w którym rekiny nie mają chwili spokoju. Świetny przykład to zeszłoroczny „The Meg" z gwiazdorską obsadą (Jason Statham, Ruby Rose, Rainn Wilson), która spieszy na ratunek naukowcom oblężonym przez wielkiego rekina.

Powstanie sequel „The Meg", bo przy budżecie 178 mln dol. film zarobił ponad 0,5 mld zielonych. Miliony szeleszczących powodów sprawiają, że nikt nie słucha naukowców, którzy grzmią, że „Szczęki" i klony serii zniszczyły reputację rekinom, które nie są mściwe i nie planują zagłady ludzkości, polując na samotne łodzie.