Arkadiusz Gruszczyński: Warszawa się zmienia, a czy wraz z nią zmieniają się zwyczaje w przestrzeni publicznej?

Tomek Rygalik, projektant, artysta: Mam wrażenie, że ludzie dopiero wyrabiają sobie nawyk bycia razem w mieście. Szczególnie że jeszcze kilkanaście lat temu warszawiacy zamykali się we własnych czterech kątach. Kiedy przeprowadziłem się tu w połowie lat 2000., zastanawiałem się, gdzie są ci wszyscy ludzie? Dlaczego siedzą w swoich mieszkaniach? Dlaczego nie chodzą na spacery i nie siedzą w kawiarniach?

Może powodem było brzydkie miasto?

– Wiadomo, że dobra przestrzeń publiczna powinna wspierać spotkania i postawy obywatelskie. Ale nie zapominajmy, że taką funkcję pełnią również ślepe zaułki, przejścia między budynkami czy dzika strona Wisły, czyli po prostu miejsca, w których dochodzi do interakcji między ludźmi. To miejsca, które nie są zaprojektowane odgórnie przez urzędników tylko oddolnie przez samych mieszkańców. Dobrze by było, gdyby te dwa światy się ze sobą przenikały.

Ale też chyba nie warto na siłę betonować każdego kawałka ziemi?

– Nie warto. Po co zmieniać murek, na którym możemy przysiąść i wypić wódeczkę? Po co zasłaniać przypadkową wnękę, w której nie wieje i w której dzięki temu można spokojnie z kimś porozmawiać? Ale najbardziej inspirują mnie zwykła ściana i słońce. Wiadomo, że takie połączenie najlepiej sprawdza się w klimacie śródziemnomorskim, ale co nam szkodzi postawić pod taką ścianą w Warszawie ławeczkę albo krzesło? One nie muszą być koniecznie zaprojektowane przez architektów z urzędu miasta. Takie spontaniczne przejmowanie miasta jest tak samo w porządku jak systemowe porządkowanie przestrzeni publicznej.

Rozmawiamy przy ul. Mokotowskiej, gdzie pod księgarnią Bęc Zmiana stoi właśnie taka ławeczka.

– Notabene zaprojektowana przez mojego kolegę Pawła Jasiewicza. Co ciekawe, kilkanaście numerów dalej miasto ostatnio postawiło inną ławkę, ale w złej orientacji do drogi. Siedzenie na niej nie sprzyja poczuciu bezpieczeństwa.

To znaczy?

– Za plecami jeżdżą samochody albo przechodzą ludzie. Nikt na niej nie siada. Nie oceniam samego projektu tej ławki, bo jakoś wpisuje się w okoliczny kontekst architektoniczny, natomiast zabrakło dobrego zbadania kontekstu. Mówiąc o ławkach, zwracam uwagę na dwie sprawy: idzie wiosna i miejsc dobrze nasłonecznionych mamy w naszym mieście sporo, więc może warto z tego skorzystać? Przecież w naturalny sposób od razu pojawiają się w nich ludzie. A po drugie namawiam do badania konkretnych potrzeb ludzi w mieście i zmiany przestrzeni publicznej prostymi metodami.

Designer Tomek Rygalik.Designer Tomek Rygalik. ADAM STĘPIEŃ

Myślisz, że przy tej drugiej ławce nie zbadano potrzeb?

– A to ciekawe, ponieważ tuż obok, pod nr. 46, pewna pani przed swoim butikiem wystawia latem dwa krzesła. Często na nich siada ze swoimi klientkami i koleżankami. Być może aktywiści miejscy połączyli kropki i zgłosili się do urzędu dzielnicy z propozycją zamontowania ławki dokładnie w tym miejscu. Niestety z wykonaniem poszło gorzej.

Dobra, a powiedz, czy gdzieś w twojej okolicy są takie miejsca, które można byłoby zmienić jakimiś prostymi narzędziami?

– Są. Obok szkoły na Powiślu jest murek, przy którym spontanicznie spotykają się młodzi ludzie. Nieraz na nim siadają, a czasami służy po prostu do obalenia flachy, generalnie wydeptują tam trawę. To idealne miejsce na ławkę ustawioną naprzeciwko murku.

Dlaczego badanie kontekstu jest takie ważne?

– Opowiem na przykładzie mojego projektu z Londynu. Jeden z bardzo popularnych parków jest na co dzień zarządzany przez armię ogrodników. Jednocześnie mieszkają w niej wiewiórki, które są karmione przez turystów. Ci ostatni niestety karmią je tym, co znajdą w kieszeni. A wiewiórki tego nie jedzą, tylko zakopują w ziemi, co doprowadza do szału ogrodników. W dodatku odkryłem, że pod osłoną nocy dochodzi do eksterminacji wiewiórek: zarządcy parku nie mogą pozwolić na wzrost ich populacji.

A masz wrażenie, że projektując przestrzeń publiczną w naszym mieście, też uwzględnia się lokalny kontekst?

– Czasami tak. Na pewno niektórzy artyści są na niego bardziej wyczuleni. Mam na myśli przede wszystkim „Dotleniacz” czy „Tęczę”, która świetnie układała na nowo pl. Zbawiciela. Ciekawe rzeczy dzieją się teraz przed Zamkiem Ujazdowskim. Próbuje się tam społecznie zaprojektować przestrzeń przy współpracy z domkami na Jazdowie czy Ogrodem Botanicznym UW.

Jak to wygląda w innych miejscach, codziennych?

– Gorzej. Jako społeczeństwo uważamy, że jeżeli płacimy podatki, to miasto powinno załatwić za nas sprawę nowego klombu z kwiatkami czy postawienia ławki przed blokiem. A przecież nie da się tego zrobić bez zaangażowania lokalnej społeczności. Można postawić superprzystanki, wdrożyć czytelną identyfikację wizualną ulic, ustawić ławki czy śmietniki, ale to jedynie stanowi bazę. Idźmy dalej: może warto zastanowić się nad tym, dlaczego ławka w niewystarczający sposób służy spotkaniom?

Nie służy? Przecież można na niej usiąść i pogadać.

– Generalnie tak, ale czasami lepiej spotkać się np. wokół czegoś albo mając siedziska skierowane do siebie, by sprowokować więcej interakcji.

Czyli budujemy miejsca na ogniska i ustawiamy ławki naprzeciwko siebie?

– Od tego można zacząć, projektując miejsca, a nie ławki.

Ale czy to realne?

– Tak, angażując projektantów we współpracę z różnymi interesariuszami i użytkownikami przestrzeni, stworzyliśmy wiele takich efemerycznych miejsc spotkań w Warszawie na przestrzeni ostatnich lat. Jestem za tym, żeby szyć projekty permanentne, skrojone na miarę konkretnego miejsca i społeczności.

Czy nie doprowadzi to do wizualnego chaosu?

– Nie, jeśli będzie dobrze zaprojektowane, naturalnie także pod względem swojego otoczenia, i może nawet systemowo przemyślane. Można przecież dopisać do katalogu miejskich mebli kolejne puzzle, które by urozmaicały nasze miasto.

A przykłady ze świata?

– Jest ich trochę, choć w dużych miastach jest to oczywiście bardzo trudne. Jest mnóstwo wyzwań choćby związanych z dogadaniem się różnych ludzi co do wspólnych potrzeb, ale też z odpornością na wandalizm czy z bezpieczeństwem użytkowników.

Ale z innej strony duże, drewniane siedziska na pl. Defilad świetnie się sprawdzają i odpowiadają na kontekst, czyż nie?

– Zgadzam się, to bardzo dobry przykład. Fajnie byłoby pójść w kierunku tworzenia takich miejskich plaż, agory, miejsc nieformalnych spotkań.

Powiedz, proszę, jakie cechy powinny mieć meble miejskie, żeby ludzie z nich chętnie korzystali? Co takiego powinny mieć w sobie omawiane przez nas ławki, przystanki, ale też śmietniki i stoły do gry w szachy?

– Wszystko sprowadza się do poczucia komfortu, zarówno tego fizycznego, jak i psychicznego. Poza dopracowaną funkcją użytkową skoncentrowaną na doświadczeniu użytkownika ważna jest uniwersalna estetyka skierowana do szerokiego grona odbiorców. Taki śmietnik musi być atrakcyjny w użytkowaniu, ale też wizualnie „cichy” oraz wykonany z bardzo dobrych, właściwie dobranych materiałów, aby jego atrakcyjność była możliwie trwała. Z dobrze zaprojektowanej ławki musi skorzystać jak najszersza grupa odbiorców. No i ważne są technologia oraz opłacalność w wymiarze społeczno-politycznym. W końcu postawienie ławki może pomóc wygrać wybory.

Kogo więc takie meble wykluczają? Przede wszystkim bezdomnych?

– Nie jest niczym nowym, że często projektuje się ławki w taki sposób, żeby nie można było się na nich położyć. Ale mamy też seniorów, dla których już niedługo będziemy musieli projektować całe miasta.

* Tomek Rygalik jest jednym z czołowych polskich projektantów i doktorem sztuki. Studiował architekturę na Politechnice Łódzkiej. W 1999 r. ukończył studia na Wydziale Wzornictwa Przemysłowego na Pratt Institute w Nowym Jorku i projektowanie produktu w londyńskim RCA. Wykłada na Wydziale Wzornictwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. W 2011 r. był architektem polskiej prezydencji w Radzie UE. Od 2012 r. prowadzi Studio Rygalik razem z partnerką projektantką Gosią Rygalik.