Chcemy wyróżnić tych, którzy projektują tak, żeby w myśleniu o dizajnie nie zgubić człowieka. Chcemy też upowszechniać wiedzę o tym, że tak projektować można i warto. Oraz jak to robić. Skupiamy się na tych, którzy projektują dla domu, i czekamy na zgłoszenia wszelkich produktów i rozwiązań zaprojektowanych funkcjonalnie, użytecznie, trwale i dobrze.
Konkurs kierujemy do firm projektujących i produkujących wszystko, co tworzy dom. Meble, sprzęty, usługi i wiele innych rzeczy, których istnienia czasem nawet nie przeczuwamy.
Weź udział w konkursie i zgłoś PRODUKT bądź USŁUGĘ.
Nagrodą będzie specjalny znak jakości. O tym, kto go dostanie, zdecyduje specjalnie dobrana kapituła. Czekamy na zgłoszenia. Wyniki ogłosimy w marcu 2019 r.

NATALIA MAZUR: Aż chciałoby się wejść w to zdjęcie.

ANNA CYMER: To Mikołów, osiedle Nad Jamną. Trochę jak średniowieczne miasteczko, trochę jak poprzemysłowe osiedle. Leży blisko centrum, ale nieco na uboczu. Robi surrealistyczne wrażenie w otoczeniu raczej nieciekawym: domy jednorodzinne, garaże, magazyny. Pełne zakamarków, placyków, schodków, wyłomów w murkach, gdzie można usiąść na ławce, labiryntów z żywopłotów. Nad Jamną to zupełnie wyjątkowa realizacja architekta Stanisława Niemczyka, który potem projektował już głównie kościoły.

Osiedle Nad Jamną, MikołówOsiedle Nad Jamną, Mikołów Fot. Anna Cymer

Na nieco starsze osiedla, modernistyczne, wolałabym patrzeć z góry. Pisze pani o blokach wijących się wśród zieleni na kształt węży lub trójliści. Jakby tworzono je nie dla ludzi.

Pierwsze duże poodwilżowe osiedla mieszkaniowe były zaprojektowanie w przyjaznej ludziom skali. Z czasem nacisk, który państwo kładło na budownictwo mieszkaniowe, sprawił, że przestało ono być architekturą. Stało się budownictwem produkowanym przemysłowo. Osiedla z wielkiej płyty mogą się wydawać efektowne tylko na makiecie, ale był to wynik nie wizjonerskiego myślenia wielką skalą, tylko rezultat nieustannych negocjacji między architektami a systemem polityczno--ekonomicznym. Państwo miało monopol, narzucało normy. Architekci niewiele mogli zrobić: różnicowali bryły, wysokości, fakturę elewacji.

Na początku lat 80. gigantyczną rozbudowę mieszkaniową zatrzymał kryzys. Wtedy też państwo mocno poluzowało regulacje, zaczęły powstawać autorskie pracownie i zróżnicowane projekty.

Modernistyczne osiedla doczekały się licznych wielbicieli. Tymczasem postmodernizm z tymi stylizowanymi na zamki blokami chyba nadal nas śmieszy.

Trudno znaleźć drugie osiedle jak to w Mikołowie, ale w tym samym czasie powstało sporo innych stojących w rozkroku między modernizmem a postmodernizmem. Radogoszcz-Wschód w Łodzi to de facto jeszcze bloki jak z lat 70., ale jest tam plac otoczony budynkami z podcieniami, w których mieszczą się sklepy i punkty usługowe. Wprawdzie stał się dziś parkingiem, ale nie jest to wina architektów. W Murowanej Goślinie pod Poznaniem architekci też pamiętali, że człowiek lubi mieć swój ulubiony sklep, potrzebne są skwery, na których sąsiadka może poplotkować z sąsiadką.

Dziś na całym świecie żywa jest idea nowego urbanizmu, zgodnie z którą wraca się do tradycyjnego pojmowania przestrzeni miejskiej: z rynkiem, pierzejową zabudową i sklepami na parterach.

W Polsce reprezentantem tego nurtu jest Maciej Mycielski. Projektuje pod Katowicami osiedle Siewierz Jeziorna układem przypominające małe renesansowe miasteczko z placem targowym.

Zajrzyjmy do polskich mieszkań.

Między wielką płytą a współczesnością zbyt wiele się nie zmieniło. W latach 70. mieszkania były małe, bo trzeba było ich dużo zbudować. Teraz są małe, bo przeciętnego człowieka nie stać na duże mieszkanie. Różnice są drobne – np. współczesna łazienka jest większa od tej w PRL-owskim M2 z wielkiej płyty.

Sposób planowania i rozkład naszych dzisiejszych mieszkań są efektem procesów toczących się od ponad stu lat. To na początku XX w. nastąpiły największe zmiany sposobu myślenia o mieszkaniu. Rewolucja przemysłowa wywołała gigantyczny napływ ludzi do miast. W swoim XIX-wiecznym kształcie nie były one na to przygotowane. W eleganckich kamienicach mieszkań było mało, a zawilgocone, pozbawione bieżącej wody oficyny nie nadawały się do życia. Z drugiej strony burżuazja zaczęła trochę biednieć, nie zatrudniała już tyle służby, nianiek do dzieci, pokojówek i kucharek. Trzeba było wybudować nowe mieszkania, bardziej funkcjonalne, wygodniejsze.

W latach 20., w czasach najbardziej szczerego i awangardowego modernizmu, Helena i Szymon Syrkusowie z myślą o robotnikach zaprojektowali osiedle na Rakowcu. W środku mieściły się jedynie aneksy kuchenne i ubikacje, ale łazienki już nie, dlatego na osiedlu powstał dom społeczny, który był domem kultury z łazienką i pralnią. Czy przed wojną, czy po niej architektura mieszkaniowa była owocem mediacji między tym, co potrzebne, co chciałby architekt, a tym, co możliwe.

Później wiele tych mieszkań zostało połączonych. Piony w blokach już były, należało tylko przearanżować przestrzeń. Ale np. w blokach na warszawskim Kole prysznice zostały umieszczone w kuchniach 30-metrowych mieszkań i w niektórych z nich funkcjonuje to do dziś.

Znane nam dziś małe kuchnie zaprojektowały kobiety.

Współczesną kuchnię wymyśliła Margarete Schütte-Lihotzky, która była Austriaczką, ale pracowała w Niemczech jako architektka. To był okres międzywojenny, mężczyźni nie mieli pojęcia, co się robi w kuchni, i nie byliby w stanie jej zaprojektować. Schütte-Lihotzky opracowała model kuchni frankfurckiej, który stał się inspiracją dla innych projektantek. Każdy drobiazg, każda szufladka i szafka miały swoje miejsce. Architektka przeprowadziła analizę ruchów, które wykonuje się w kuchni, i na tej podstawie rozlokowała stacje robocze: blaty, kuchenkę, śmietnik, zlew, deskę do prasowania.

W Polsce autorką modelowej modernistycznej kuchni dla osiedla WSM na Żoliborzu była Barbara Brukalska. To była wnęka z oknem połączona z pokojem dziennym.

Kuchnie projektowała też Halina Skibniewska. Dla osiedla Sady Żoliborskie zaprojektowała nie tylko rozkład pokoi, ale również meble, które – niestety – pozostały prototypami. Skibniewska doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że małe mieszkanie jest jedynym dostępnym dla człowieka w tamtych czasach. Wymyśliła je tak, by mogło być elastyczne i zmieniać się w czasie. Proponowała stawianie ścianek działowych, dzielenie przestrzeni regałami. Wielu ludzi na własną rękę wprowadzało w domach coś takiego. Dzielili jeden większy pokój na dwa mniejsze – pokój dzienny z sypialnią.

Sady Żoliborskie, 1967 r.Sady Żoliborskie, 1967 r. Fot. PAP/Zbigniew Matuszewski

Moglibyśmy wrócić do tamtych rozwiązań, nadal przecież żyjemy w małych mieszkaniach.

W dzisiejszych mieszkaniach doskonałe zastosowanie miałyby meblościanki – ażurowe lekkie konstrukcje z mnóstwem miejsca do przechowywania. Nie mówię o ciężkich meblach na wysoki połysk, stawianych pod ścianą, ale pierwszych zestawach Kowalskich – z wyciąganym półkotapczanem, niezwykle praktycznym, pozwalającym funkcjonować rodzinie z dziećmi w niewielkim metrażu.

Mnie się podobają te małe kuchenne szufladki na mąkę, kaszę czy cukier montowane pod kuchennymi szafkami. Znajdziemy je zarówno w kuchni Schütte-Lihotzky, jak i u Skibniewskiej.

W tamtych czasach projektanci i architekci poświęcali dużo uwagi rozwiązaniom, które mogą uczynić życie wygodniejszym. To nie znaczy, że mieszkania były w pełni funkcjonalne. Moja kuchnia w kawalerce na Żoliborzu z lat 60. była doklejoną do pokoju, pozbawioną okna kiszką. Architekci wciąż jednak poszukiwali możliwości w ramach ograniczonych normatywów.

Łazienka w mieszkaniu moich dziadków, też z lat 60., miała dla poprawy wentylacji niewielkie okno wychodzące na kuchnię. Dziś właściciele mieszkań w deweloperce, by uchronić się przed pleśnią, także wykuwają otwory między łazienką a sąsiednim pomieszczeniem.

Można się śmiać z okna między łazienką a kuchnią, ale przecież miało ono funkcjonalne powody. Dziś mieszkania projektuje się po to, by je sprzedać, nie myśli się o tym, jak się tam będzie ludziom mieszkało. Mieszkania są małe, najpopularniejsze mają 38-45 m kw., ale to temat tabu – jakby ludzie wstydzili się przyznawać, że wpakowali się na lata w kredyt, by spłacić coś tak niewielkiego. Obserwując rynek mieszkaniowy i rynek wyposażenia wnętrz, mam wrażenie, że te oferty zupełnie się rozmijają.

Najbardziej „ludzkie” z PRL-owskich mieszkań to…?

Przede wszystkim w tamtych czasach architekci myśleli o mieszkaniu nie tylko jako o przestrzeni ograniczonej ścianami. Wiele uwagi poświęcali urbanistyce. Osiedle Tysiąclecia w Katowicach – z charakterystycznymi wieżowcami „kukurydzami” – do dziś uchodzi za doskonałe miejsce do życia. Teren był niezwykle trudny dla projektantów ze względu na szkody górnicze: górki, dołki, podmokłe tereny. Zdecydowali, że bloki będą duże, ale – coś za coś – tak oddalone od siebie, by mieszkańcy widzieli z okien głównie zieleń. Mieszkania są skromne, przeciętnie mają po 40-60 m kw., ale bardzo dobrze nasłonecznione. Architekci Henryk Buszko i Aleksander Franta przywiązywali dużą wagę do balkonów, są nawet o 1 m kw. większe, niż zezwalał normatyw.

Już Le Corbusier mówił, że człowiekowi do życia potrzebne jest słońce, przestrzeń i zieleń. Jeśli jesteśmy skazani na małe mieszkania, to niech chociaż osiedle będzie dobrze zaprojektowane.

Zachwyciło mnie kiedyś mieszkanie w Warszawie przy Szwoleżerów, wcale nie ogromne, ale z tak sprytnym układem, że miało okna na cztery strony.

To projekt Haliny Skibniewskiej, tej od Sadów Żoliborskich. Wyjątkowa architektka. Projektowała nawet mieszkania dostosowane do potrzeb niepełnosprawnych.

Doceniam też mieszkania w budynkach socrealistycznych. Miały wiele mebli przewidzianych już na etapie projektu: szafy wnękowe i pawlacze w korytarzu, szafki w kuchennych wnękach. Mieszkałam w socrealistycznym budynku przy pl. Hellera – w łazience było okno, a kuchnia miała spiżarnię.

Warszawa, 1977 r. Osiedle Szwoleżerów, przykład architektury powojennego modernizmu. Budowane
w latach 1972-74 według projektu architektki Haliny Skibniewskiej. W 1974 r. otrzymało tytuł Mistera WarszawyWarszawa, 1977 r. Osiedle Szwoleżerów, przykład architektury powojennego modernizmu. Budowane w latach 1972-74 według projektu architektki Haliny Skibniewskiej. W 1974 r. otrzymało tytuł Mistera Warszawy Fot. PAP/Jan Hausbrandt

Jakie będą mieszkania w przyszłości?

W tej sprawie sporo się dzieje. Po raz pierwszy od 30 lat pojawiła się refleksja, że państwo musi zacząć inwestować w mieszkania. W Warszawie trwa konkurs na nowoczesną metodę prefabrykacji.

W Poznaniu też powstaje osiedle z płyty.

Gdy pozbędziemy się urazów, znajdziemy w architekturze PRL-u sporo inspiracji. Może zaczną powstawać projekty bardziej dostępne ekonomicznie i funkcjonalne. Obawiam się, że nie będzie nas stać na to, by każdy żył w 70-metrowym mieszkaniu, ale powinno się zacząć poprawiać otoczenie.

Społeczeństwo się zmienia, znów chcemy mieć relacje z sąsiadami. I może wreszcie przestaniemy się grodzić.