Aleksandra Lewińska : Kupiłam mieszkanie, przeglądam katalogi i...

Radek Ratajczak:Proszę odłożyć katalogi w kąt.

Bo?

– Obejrzy pani katalogi, wybierze fajne meble i sprzęty, a potem się zastanowi, gdzie to wszystko poustawiać? To zaprzeczenie dobrze rozumianego designu. Najważniejsze jest to, czy coś jest użyteczne, jak działa, a dopiero na końcu – jak wygląda. Mieszkanie ma być dla pani, a nie pani dla niego. Kolejność musi być odwrotna: w domu postawię rzeczy, których potrzebuję, a które przy okazji mi się podobają. Najprościej ten proces myślowy przeprowadzić, stosując metodologię design thinking.

Czyli?

– Myślenia projektowego. Uczyłem się go na Uniwersytecie Stanforda. To metoda rozwiązywania problemów. Składa się z pięciu kroków. Pierwszy to empatia, czyli zrozumienie potrzeb, oczekiwań ostatecznego użytkownika.

Potem definiowanie problemu, w końcu wymyślanie rozwiązań. Ale to nie koniec. Kolejny etap to budowa prototypu. Z kartonu, plasteliny, na kolejnych etapach drukujemy prototyp na drukarkach 3D lub opracowujemy już całe prototypy, korzystając z warsztatu wyposażonego w tokarki czy frezarki. W końcu – testujemy go. Na ulicy, uniwersytecie, wśród potencjalnych odbiorców. Całość powtarzamy aż do skutku, aż do pełnego zadowolenia, z coraz bardziej zaawansowanymi materiałami.

Mam budować prototypy komód i regałów z kartonu?

– Jeśli starczy pani zapału... Ale można to uprościć. Wyrysować na papierze milimetrowym rzut pokoju z góry z wymiarami... To większość z nas potrafi. Później warto powycinać różne przedmioty i meble, których potrzebujemy, i je poukładać. A potem kupić taśmę malarską, 10 zł za 50 m. I jeśli chcemy postawić regał, odetnijmy przestrzeń, którą zajmie, taśmą malarską na podłodze i ścianie. I pobądźmy z tym. Poczujmy przestrzeń. Tak robią duże firmy. Pamiętam scenę z filmu „McImperium” o dziejach sieci fast foodów McDonald’s: na dużym boisku cała kuchnia jest narysowana kredą, pracownicy symulują pracę, a właściciel mierzy czas wydania posiłku. To przykład tego, jak można prototypować przestrzenie. To samo można zrobić u siebie w domu.

Tego uczą w Dolinie Krzemowej?

– Konkretnie w D.school. W tej nazwie D oznacza design. Tak nazywa się przestrzeń na Stanfordzie, w której biznes spotyka się z nauką. Podczas mojego pobytu np. grupa Volkswagen ufundowała jedno z laboratoriów, w którym powstawał koncept samochodu solarnego. Widziałem też, jak studenci testują samochody jeżdżące bez kierowcy, sterowane laptopem. To był 2012 rok. Dzisiaj Tesla sama potrafi jeździć.

Warto tę metodologię zastosować przy myśleniu o własnej przestrzeni do życia. Wiedza o tym, jak mieszkanie powinno być zaprojektowane, siedzi w nas, w ludziach, którzy w nim mają żyć. Trzeba ją tylko wydobyć.

Jak?

– Pierwszy krok to zastanowić się, co będziemy w tej przestrzeni robić. Mało kto z marszu odpowie, co ma gdzie stać i jak mieszkanie czy dom ma wyglądać. Ale powie, co będzie tu robił, w jakich godzinach, jak spędza czas wolny. Potem wszystkie pomysły najlepiej rozpisać, niech w ruch pójdą kolorowe karteczki. I zastanowić się, co z tego wszystkiego wynika.

Czy nasze mieszkanie ma mieć przede wszystkim funkcję sypialniano-wieczorową, czy będziemy tu też pracować, a może z pasją gotować? Aby podjąć rozsądne, uszyte na naszą miarę decyzje, najpierw trzeba oczyścić głowę ze schematów.

W przypadku domu – trudno. Właściwie wydaje się, że większość jest już z góry przesądzona.

– Wiadomo, w każdym domu będzie kilka funkcji: spanie, gotowanie, relaks. Ale nie traktujmy ich jak oczywistości. W Stanach Zjednoczonych już projektuje się mieszkania bez kuchni.

Słucham?

– Z mikrokuchnią. Jest w niej miejsce wyłącznie na zlew, lodówkę i mikrofalówkę. Funkcja jedzenia jest wyprowadzana na zewnątrz. Coraz więcej ludzi żywi się w restauracjach i firmowych stołówkach. Kuchnia z pełnym wyposażeniem zaśmiecałaby im przestrzeń. Poprzez schematy, które mamy w głowie, łatwo powielić czyjeś błędy. Gdy pracujemy z klientami, to bardzo uważamy właśnie na to, by nie popaść w pułapkę wszechwiedzy. Nasze założenia dotyczące tego, czego chcą ludzie, bardzo często obala praktyka. Przykład: ostatnio projektowaliśmy przestrzeń do relaksu w firmie, w której ludzie pracują umysłowo, przy komputerach. Założyliśmy, że chcieliby się rozerwać podczas przerwy, poruszać. Że po czterech godzinach siedzenia przy biurku chętnie pograją w piłkarzyki, posłuchają głośniejszej muzyki. A gdy porozmawialiśmy z załogą, okazało się, że połowa pracowników mówi zupełnie inaczej. Chcą odpoczywać w ciszy, spokoju. Przestrzeń do odpoczynku musieliśmy zaaranżować inaczej, niż zakładaliśmy.

Tak samo w domu. Zakładamy np., że w pokoju dziecięcym muszą być łóżko, biurko i szafa. Ale gdy poobserwujemy swoje dzieci, zanim zrobimy remont czy przemeblowanie, może się okazać, że one siadają przy biurku dwa razy w roku, a zazwyczaj robią lekcje w kuchni czy w dużym pokoju, przy rodzicach. I biurko po prostu zaśmieca przestrzeń, którą można wykorzystać w sposób sensowniejszy.

Każda funkcjonalność musi być uszyta na naszą miarę. Jeśli pieczesz chleb i co tydzień zapraszasz znajomych na wystawny obiad, twoja jadalnia musi wyglądać inaczej niż kuchnia singla stołującego się na mieście. Mieszkania nie robimy na dwa miesiące, pół roku, ale na lata. Warto poświęcić więcej czasu na projektowanie, by dobrze nam służyło. To da też oszczędności, uchroni nas przed kupnem rzeczy, których nie potrzebujemy.

I szybko wylądują w piwnicy albo na pawlaczu.

– Dziś raczej w komandorze. Ale z moich obserwacji wynika, że obecnie zmienia się myślenie o przestrzeni. Zaczynamy dbać o to, co mamy w naszych mieszkaniach, domach, nie chcemy mieć za dużo, dbamy, by było to jakościowo dobre. Ta świadomość gwałtownie rośnie.

Nie byłabym taką optymistką. To trochę jak z jedzeniem: świadomość rośnie, ale większość z nas i tak zjada słodycze na wagę.

– Czy ja wiem...

Zastanawiam się, czy opisuje pan to, jak jest, czy kreuje modę na coś.

– Nie mam badań. Mogę powiedzieć o moich znajomych i o opisanych już trendach. Kilka lat temu o ekologii się czytało, ale nijak nie przekładało się to na nasze życie. Nie polujemy na zwierzęta, nie łowimy – nie nasz problem. Teraz rezygnujemy ze słomek, a danie na wynos chcemy dostać w biodegradowalnym opakowaniu. I to przekłada się na myślenie o swojej własnej przestrzeni. Myślimy o naszej wygodzie, ale też o tym, by np. nie zaśmiecać oceanu. Wolimy mieć jeden mebel z naturalnego materiału niż trzy z wielowarstwowej płyty z tworzywa, której recykling jest trudny, a bywa wręcz niemożliwy.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Projektowanie po ludzku według Oskara Zięty. Kosmiczny design wnuka kowala

Znowu mam wrażenie, że takie myślenie to pieśń przyszłości.

– Skąd! Już nawet globalne koncerny wyczuwają ten nurt. Kilka tygodni temu Ikea wrzuciła do sieci reklamę, która to pokazuje. Stawia na jakość i naturalność materiałów. I zdaje sobie sprawę z tego, że to będzie generowało wyższe koszty. Ale klient prędzej przyjdzie po droższe, ekologiczne meble niż po tańsze z byle czego. To już czują na Zachodzie. Być może u nas stanie się to pewnikiem dopiero za kilka lat. Ale innej drogi nie ma.

Proszę przypomnieć sobie, jakie domy budowano dwie-trzy dekady temu, gdy ludzie z miast masowo zaczęli wyprowadzać się na peryferia.

Powstawały domy o powierzchni 600 m kw.

– W Bydgoszczy, moim rodzinnym mieście, największy ma 1,6 tys. m kw. Dziś mieszkają w nim dwie osoby. Dom miał być wizytówką. I robił wrażenie. Ale szybko się okazało, że sąsiad powie raz: „Wow! Jaki masz duży salon”, a potem wróci do swojego przytulnego mieszkanka, które sprzątnie w 40 minut. A ty pracujesz coraz więcej, by dom utrzymać. Czasu masz coraz mniej, więc każdy drobny remont komuś zlecasz, płacisz panu z kosiarką i pani, która przyjdzie umyć okna. A ciebie w tym domu coraz mniej. Gdybyś miał o połowę mniej przestrzeni, miałbyś więcej siebie. A potem w końcu dzieci się wyprowadzają i w twoim wielkim domu hula wiatr. A sprzedać go szalenie trudno. Bo kolejne pokolenie powiedziało: ja potrzebuję 100-120 m. Nie więcej. Bo dla nich liczy się już nie prestiż, ale użytkowość właśnie.

Czyli co?

– Przymierzamy przestrzeń do siebie. Od samego początku. Zastanawiamy się: gdzie jest zlokalizowana? Czy będę musiał dojeżdżać, stać w korkach, czy nie? Jak wygląda utrzymywanie mieszkania: czy jest ogrzewanie centralne, czy samemu będę musiał palić? Czy sam muszę dbać o otoczenie, czy funkcjonuję we wspólnocie i obowiązkami się podzielimy?

Jeśli pracuję kilkanaście godzin dziennie i nie zamierzam pielić grządek, bo mnie to nie uspokaja, nie kupię domku z ogródkiem. Ludzie coraz bardziej świadomie na to patrzą, kalkulują. To ma być przestrzeń dla nas, nie dla sąsiadów. Funkcjonalność wychodzi na pierwszy plan. Pokolenie, które teraz kończy studia, ma inne priorytety. Ci młodzi są świadomi designu, tego dobrze rozumianego, z funkcjonalnością grającą pierwsze skrzypce, a jednocześnie czerpią ze świata sztuki. Widzieli trochę świata, wiedzą, jak żyje się w Nowym Jorku czy Londynie. Nie trzeba wchodzić do ich domów, żeby się o tym przekonać. Wystarczy zobaczyć, jakie restauracje im się podobają: są bardzo proste, ale dobrze zaprojektowane. 25-latek wie, że nie trzeba mieć ekspresu do kawy za kilka tysięcy, żeby zrobić kawę. To gadżet. Jeśli wsypie się do niego paskudną kawę z marketu, efektu nie będzie.

Młodzi to czują: kupują ziarno w lokalnych palarniach, a nie inwestują w sprzęt. Wystarczy im kawiarka za kilkadziesiąt złotych. Mają przekonanie, że jakości nie osiąga się gadżetami, tylko umiejętnościami, wiedzą i odpowiednimi materiałami, w tym przypadku – ziarnem. Urządzając dom, nie kupują wypasionych łóżek, ale najprostsze ramy, bo liczy się materac. W niego inwestują.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Polski dom. Jaki jest? Ciągle wieszamy te firanki i malujemy ściany na kolor

Oczywiście zawsze będzie grupa osób, które będą się pokazywać przez wielkość samochodu czy wielkość domu. Ale ten świat powoli się zwija. Wielu zakochuje się w minimalizmie.

Z oszczędności?

– Tak, ale tu nie chodzi tylko o pieniądze. Posiadając mniej przedmiotów, mamy znacznie więcej i pieniędzy, i czasu, i przestrzeni wokół siebie, i wolnej przestrzeni w głowie. Nie marnujemy czasu na zakupy, utrzymywanie sprzętów, odkurzanie bibelotów na regałach, prasowanie koszul zakładanych od wielkiego dzwonu. W naszych szafach zazwyczaj jest 50 proc. rzeczy, które nosimy rzadziej niż raz w roku. W domach ok. 20 proc. przedmiotów to śmieci. Warto się ich pozbyć.

W tak sterylnej przestrzeni, wypełnionej jedynie tym, co użyteczne, trudno poczuć się u siebie.

– Ale nie mówię, że w domu muszą zostać tylko niezbędne rzeczy. To też jest miejsce na wspomnienia, przedmioty ważne ze względów emocjonalnych. Tylko pytanie: ile ich trzymamy? Jeśli na przedmioty, których nie używasz, budujesz komandora, to coś jest nie halo.

W salonach naszych rodziców roiło się od zdjęć i porcelany na regałach meblościanek.

– A my już nie mamy salonów, tylko living roomy. Pokoje, w których żyjemy, naszą przestrzeń wspólną, nie reprezentacyjną. Choć paradoksalnie mamy więcej miejsca niż nasi rodzice, by stworzyć salon. Oni musieli duży stół po wyjściu gości dosunąć do okna czy ściany, bo przez pokój nie dało się przejść. Ale my wybieramy inaczej. Dziś te duże pokoje, salony czy pokoje dzienne są nam zwrócone. Stały się znów przestrzenią do życia. Czasy, kiedy urodziny, wesela, przyjęcia robiliśmy w domu – minęły. W 98 proc. czasu potrzebujesz swojego mieszkania dla siebie. I nie będziemy odkurzać zestawu kawowego z porcelany dla 20 osób trzymanego za szybką, bo nie ma po co. W ogóle mieszkania, urządzenia z funkcji produktowej wkrótce zaczną przechodzić w usługową.

Co to znaczy?

– Np. że sprzętu AGD nie kupujesz, ale wynajmujesz czy bierzesz w leasing. Ale lodówka ma swojego operatora – jedną firmę, która ją zaopatruje. Widziałem takie projekty: lodówka skanuje stan produktów, w odpowiednim momencie wysyłasz SMS-a do operatora lodówki i on dowozi to, czego brakuje. W pralkach z kolei zaprogramowano już funkcję umożliwiającą zamówienie u operatora dostawy proszku. Usługi zaczynają wchodzić w wyposażenie domu. Wkrótce będziemy mieli domy pełne usług, nie przedmiotów. Domy podłączone do internetu to już teraźniejszość. Rozpoznają, kiedy twój samochód dojeżdża do domu, otwierają bramę do garażu i parzą kawę. Takie systemy są już w użyciu w Polsce.

Będą standardem?

– Pytanie: czy my tego potrzebujemy?

Ja wolę sama zaparzyć kawę...

– Właśnie. Mam wrażenie, że im więcej technologii w naszym życiu, tym większy opór przeciw nim. Chcę żyć swoim życiem. Mieć kwiatka, którego podleję, a nie system do nawadniania. Piekarnik, który ma tylko te trzy funkcje, których używam, a nie 27 tajemniczych.

Za które z ochotą zapłaciłam, czując, że kupuję towar luksusowy.

– Jasne. Raz kupisz drogi sprzęt z milionem funkcji, których nie potrzebujesz. Drugi raz pomyślisz: tylko po co?