Dominik Szczepański: Dlaczego chcesz przejść pustynię Gobi?

Mateusz Waligóra: Chciałem jechać do Chin na pustynię Takla Makan, ale liczba formalności, pozwoleń do załatwienia jest ogromna. A Gobi to druga po Saharze największa pustynia świata. I do tej pory nikt samotnie jej nie przeszedł, chociaż próbowało wielu, np. himalaista Reinhold Messner.

Do wyprawy przygotowuję się od trzech lat, a od dwóch wiem, że jadę na Gobi – ruszam w połowie sierpnia. Przeszedłem największą solną pustynię świata – Salar de Uyuni w Boliwii, byłem w Patagonii, na Atakamie. Największe wrażenie robi Salar. Nie ma tam życia, zapachów, dźwięków i wody. Całkowita pustka i brak jakichkolwiek bodźców sprawiają, że umysł się oczyszcza. Ale to Atakama jest dla mnie szczególna, bo tam zacząłem przezwyciężać swoje lęki.

Jakie?

– Zacząłem jeździć na pustynię, bo zawsze bałem się, że w takim miejscu zabraknie mi wody. Przez kilka lat nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Jakkolwiek by to zabrzmiało – pojechałem na Atakamę zmierzyć się z samym sobą i uświadomić sobie, gdzie są moje granice. I tam największy strach zamienił się w największą pasję.

Minął całkiem?

– Nie, ale potrafię nad nim zapanować, i o to chodziło.

Ja w ogóle obawiam się wielu rzeczy. A teraz, przygotowując się do Gobi, mam wrażenie, jakbym oglądał kogoś z boku. Odsuwam w myślach fakt, że to ja tam jadę i będę musiał przejść 1800 km, jakoś znaleźć wodę i poradzić sobie sam ze wszystkimi swoimi strachami. Pustynie przemierza się głową.

To dobrze się bać?

– Tak, bo dzięki lękowi nie pakujemy się w niepotrzebne kłopoty. Wierzę, że dzięki strachowi w zbyt ryzykownym momencie zrobię krok do tyłu.

Najtrudniejsze będą pierwsze tygodnie, bo ciało przyzwyczaja się do wysiłku. Ważna jest też głowa – robisz pierwsze kroki i musisz mieć świadomość konsekwencji drogi, którą obrałeś. Po pierwszym, drugim, czasami nawet trzecim tygodniu łapiesz rytm. Ostatni etap to czas, gdy cieszysz się, że widać już metę, ale z drugiej strony czujesz, że wyprawa mogłaby jeszcze trochę potrwać. To taki etap paradoks, który uzależnia.

Ciało przyzwyczaja się poprzez wysiłek. A głowa?

– Nie myślę o tym, że chcę przejść pustynię Gobi, bo chyba by mnie to przerosło. Reinhold Messner w książce „Gobi” bardzo często wspomina, jak ogromna to przestrzeń i jak bardzo go to przeraża. Skupiam się więc na pierwszych dwóch tygodniach, koncentruję na mniejszych etapach, nie na całości. Dzięki temu strach zastępowany jest przez ciągłe skupienie. Musisz się koncentrować, bo jeśli zrobisz coś źle, będziesz miał problem. Nikt ci nie pomoże, jesteś zdany tylko na siebie. Skupiasz się więc na zabraniu odpowiedniej ilości wody, schowaniu w nocy butów do namiotu. Szczegóły, o których nie myślisz na co dzień, na pustyni urastają do rangi rytuałów. Dzięki skupieniu strach ustępuje, bo wiesz, co masz robić.

Na Gobi czeka mnie 70-80 dni marszu, codziennego powtarzania tych samych czynności.

Brzmi jak totalna nuda.

– Na pustyniach nie ma zbyt wielu miejsc, które skupiają uwagę. Krajobraz jest monotonny, krok nadaje rytm, głową możesz być w dowolnym miejscu. Medytujesz. Marsz jest pasjonującą podróżą wykonywaną przez umysł. Na co dzień nie ma szans, by mieć dla siebie tyle czasu.

Mateusz WaligóraMateusz Waligóra Mateusz Waligóra

Dlaczego chcesz przejść Gobi samotnie?

– Nie wiem do końca, dlaczego chcę przejść Gobi. Wiem natomiast, dlaczego chcę to zrobić w samotności. Nie wyobrażam sobie ruszenia tam z kimś, bo byłoby to zaprzeczeniem powodu, dla którego chcę się tam znaleźć. Na pustynię ruszam, by odnaleźć samotność, spokój i ciszę.

I to właśnie ludzi na Gobi obawiam się najbardziej. Spotkania z pijanymi osobami były zmorą wielu podróżników, którzy ruszali tam przede mną. Z drugiej strony Gobi to ziemia koczowników – gdy otworzysz przewodnik po Mongolii, bez wątpienia znajdziesz tam wiele opisów gościnności jej mieszkańców. A jak się trafi w gościnę, to czy można odmawiać?

Chodzi też o styl wyprawy. Czy przyjmuje się coś – poczęstunek, wodę – od napotkanych na trasie osób?

– Dla mnie nie ma to wielkiego znaczenia – paczka ciastek niczego nie zmieni. Jedzenia nie powinno mi zabraknąć. Będę miał go ok. 60 kg i wiózł je na specjalnie stworzonym na tę wyprawę wózku. Będę jadł żywność liofilizowaną LyoFood. Jest idealna na pustynię, bo na jeden posiłek potrzeba tylko 350 ml gorącej wody. Dziennie będę jadł dwa duże posiłki. O połowę mniej niż członkowie brytyjsko-australijskiej wyprawy, którzy, idąc przez Gobi w ubiegłym roku, schudli od 9 do 20 kg. Zabrali za dużo jedzenia, nie byli w stanie wszystkiego ciągnąć, musieli wrzucić jedzenie do samochodu, który wyszukiwał im drogę i źródła. Ja samochodu nie będę miał. Ale znam swój organizm. Wiem, że kiedy jest naprawdę gorąco, to przede wszystkim odczuwam pragnienie, a nie głód. To też powód, dla którego ruszam na pustynię z lekką nadwagą. Na takich wyprawach chudniesz błyskawicznie. Jeśli nie masz zapasów tłuszczu, spalasz mięśnie.

Wracając do poczęstunków – mogą być zdradliwe, gdy jesteś odwodniony. Najmniejszy problem żołądkowy po spożyciu czegoś, czym poczęstowano cię w dobrej wierze, może być bardzo poważnym kłopotem.

Brak wody jest zabójczy. Jeżeli zabraknie mi jedzenia – wytrzymam. Człowiek może przetrwać bez posiłku trzy tygodnie. Bez wody? Trzy dni. Ta wyprawa to opowieść o wodzie. Czy uda mi się ją odnaleźć? Na Gobi są miejsca, gdzie jednego roku woda występuje, następnego nie. I nigdy nie możesz mieć pewności.

A pomysł z samochodem, który jechałby przed tobą i szukał ci źródeł?

– To odebrałoby tej podróży charakter. Na pustyni rządzi niepewność. Nie wiesz, czy za trzy dni, gdy skończy ci się zapas wody, będziesz miał gdzie jej zaczerpnąć. Czy studnia nie będzie sucha i czy w ogóle uda się ją odnaleźć. Ta niepewność bywa wykańczająca, wymaga bardzo mocnej psychiki. Maksymalnie mogę ciągnąć za sobą na wózku 120 litrów wody. To zapas na 8-10 dni. Zasięg marszu to 30-40 km dziennie. Margines błędu jest więc bardzo mały. Woda to świętość, która wyzwala niespotykane emocje. W Australii, gdy docierałem do studni i odnajdywałem w niej wodę, nie potrafiłem powstrzymać łez. To silne emocje.

Mateusz WaligóraMateusz Waligóra Mateusz Waligóra

Jak się znajduje wodę na Gobi?

– Korzystając z wiedzy tych, którzy przemierzali ją przede mną, ale ja nie będę szedł tylko przez pustynię. Na początku czeka mnie przeprawa przez góry Ałtaj. Tam problem z wodą będzie mniejszy dzięki źródłom i rzekom. Wody może być tam wręcz za dużo – po burzy rzeki okresowe są bardzo rwące i ich przekraczanie staje się niebezpieczne.

Potem wejdę na pustynię. Najdłuższy odcinek bez wody, z którym przyjdzie mi się zmierzyć, liczy ponad 300 kilometrów. To 10 dni marszu. Niestety to właśnie tam teren będzie najgorszy, najbardziej piaszczysty – otwarta przestrzeń bez żadnego cienia. Będą to prawdopodobnie najtrudniejsze dni wyprawy. Szczęśliwie ten odcinek kończy się w Dalanzadgad, największym mieście południowej Mongolii. Będę więc szedł z myślą, że za kilka dni dotrę do wody.

Nie ma drogi wstecz i to jest zachwycające w tej wyprawie. Albo idziesz naprzód, albo wzywasz ekipę, która cię ewakuuje.

Znalezioną wodę będę musiał też oczyścić filtrem. Woda na Gobi jest brudna, szczególnie ta w rzekach. Z Dalanzadgad zostanie mi jeszcze 500 km do Sainshand, gdzie chcę skończyć wyprawę. Na tym odcinku leżą trzy osady. Nie wiem, czy słusznie, ale tego fragmentu ekspedycji boję się najmniej. Będę już mocno przyzwyczajony do wysiłku, mocny psychicznie, bo największe trudności będą już za mną. No i wizja końca wyprawy mocno popycha do przodu. Z drugiej jednak strony wyczerpanie fizyczne będzie wówczas największe.

Czego spodziewasz się na końcu drogi?

– Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że tam nic nie czeka. Nie ma celu, do którego dążę, nie będzie spotkania z rodziną czy innej nagrody. To, że dojdę do Sainshand, absolutnie niczego nie zmieni. Chyba.

Jakie inne trudności czekają cię na Gobi?

– Muszę zaakceptować fakt, że żyją tam węże, pająki, skorpiony. Ale bardziej obawiam się wilków. Sarah Marquis, która dwukrotnie podejmowała próbę przejścia Gobi, regularnie nad ranem spotykała watahy przy swoim namiocie.

Żadne zwierzęta nie uprzykrzają życia tak, jak rośliny. Te rosnące na pustyni najczęściej są kłujące. Dziurawią opony, dętki.

Zagrożeniem są też burze piaskowe. Staram się o nich nie myśleć, bo są przerażające. Na filmach i zdjęciach widziałem, jak wyglądają. To kilometry pyłu w pionie.

Co zrobisz, jeśli złapie cię taka burza?

– Spróbuję pewnie ukryć się pod wózkiem, oddychać przez maskę, owinąć się płachtą biwakową, przeczekać. Może w namiocie? Zobaczę. Nomadzi chowają się jurtach – może będę miał szczęście i akurat będą w pobliżu. Wierzę, że oni nauczą mnie tego, jak sobie radzić. Nie ma sensu przejmować się tym, na co nie masz wpływu. Czasem musisz być jak miodożer – wziąć wszystko takim jakie jest.