Alex Honnold - (ur. 1985 r.), pochodzi z Sacramento w Kalifornii, gwiazda światowego wspinania, największe ściany pokonuje free solo (samotnie, bez liny i asekuracji), najbardziej znany ze?wspinaczek wielkościanowych w Parku Narodowym Yosemite w USA

ŁUKASZ DŁUGOWSKI: Dlaczego wyobrażasz sobie własną śmierć?

ALEX HONNOLD: Nie chcę wpaść w panikę, kiedy znajdę się w trudnej sytuacji. To sposób kontrolowania całego procesu w celu zminimalizowania ryzyka. Kiedy tkwię nieruchomo w ścianie, lubię sobie wyobrażać widok, który będę miał przed oczami, uczucie smagania wiatrem. W ten sposób oswajam te wszystkie doznania. Im więcej czasu im poświęcam, tym łatwiej jest mi podczas prawdziwej wspinaczki.

Czym jest wspinaczka free solo?

– To wspinanie bez liny, zabezpieczeń i partnera. Zakładasz buty do wspinaczki, bierzesz woreczek z magnezją – proszkiem zapobiegającym ślizganiu się rąk na skałach – i wchodzisz w ścianę.

Ale ludziom wydaje się, że free solo to wspinanie na żywca, bez żadnego przygotowania. Prawie wszystkie drogi, które robiłem free solo, najpierw przechodziłem z asekuracją i partnerem.

Uważasz to za ryzykowne?

– Jeśli dużo trenujesz i wspinasz się sam free solo w idealnych warunkach pogodowych, na dobrej skale, to nie ma zbyt wiele czynników ryzyka poza mną samym. A skoro wszystko zależy ode mnie, to ryzyko jest minimalne. Choć konsekwencje jakiegokolwiek błędu są śmiertelne. Z tym że one są bardzo mało prawdopodobne – bliskie zera.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Marek Raganowicz: Powrót z wyprawy po tygodniach samotności jest nierealny. Patrzyłem na wszystko z pozycji świadka

Kto według ciebie ryzykuje więcej: Alex Honnold, który wspina się bez liny, czy gość, który całe dnie siedzi na kanapie przed telewizorem?

– Wydaje mi się, że śmiertelność wśród osób, które prowadzą siedzący tryb życia, może być wyższa niż wśród aktywnych, ale ostrożnych wspinaczy free solo. Mój tato zmarł na zawał w wieku 35 lat, biegnąc przez lotnisko. Prowadził siedzący tryb życia i miał nadwagę – dwa czynniki sprzyjające chorobom serca. Dlatego bardzo dbam o kondycję fizyczną i prowadzę zdrowy tryb życia. Robię to, co kocham, i robię to świadomie, zamiast żyć bezmyślnie i pewnego dnia umrzeć z błahego powodu.

Dlaczego wspinasz się bez asekuracji?

– Bo ja wiem? Free solo to ułamek mojego wspinania, tylko od czasu do czasu poświęcam się temu na dłużej, żeby przejść jakieś nowe drogi. To nie ma nic wspólnego z bezmyślną pogonią za adrenaliną. Ale jest w tym dodatkowa satysfakcja, to zdecydowanie bardziej intensywne doznanie wspinania. Wszystko przeżywa się bardziej, tak jakbyś podkręcał kontrast zdjęcia. Wspinaczka free solo wymaga wzmożonej uważności. Z liną jesteś dużo bardziej wyluzowany – możesz odpaść od ściany, ale lina cię utrzyma, nic ci się nie stanie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Marcin Tomaszewski: 20 dni w ścianie

Wolisz z liną czy bez?

– Z liną, bo jest przy tym więcej zabawy i luzu. Kiedy idziemy z moją dziewczyną wspinać się na cały dzień, to jest to o wiele fajniejsze niż żmudne treningi do wspinaczki solo.Wspinanie solo do końca życia byłoby dla mnie tym samym, czym dla futbolisty dożywotnia gra tylko w finałach mistrzostw świata. To zbyt intensywne przeżycie, czasem po prostu chce się zagrać normalny mecz, potrenować z zespołem, przyjaciółmi.

Chyba nikt nie dałby rady żyć na 100 procent swoich możliwości przez 365 dni w roku. To byłoby męczące. Ale ta intensywność doznań sprawia, że jest to takie ekscytujące.

W tym roku przeszedłeś bez asekuracji 900-metrową ścianę El Capitan w Parku Narodowym Yosemite, supertrudną drogą Free Rider.

– Poświęciłem temu ostatnie półtora roku, nie robiłem nic innego. Na El Capitan wspinałem się z 50 albo 60 razy różnymi drogami, a Free Ridera przewspinałem niezliczoną ilość razy z liną. Zrobiłem mnóstwo notatek, map, na których oznaczałem konkretne ruchy rąk i nóg, zapamiętywałem poszczególne sekcje ściany. Dzięki temu byłem przygotowany do przejścia solo. Ten wspin polegał na odgrywaniu pieczołowicie wyreżyserowanej choreografii. Nie musiałem się zastanawiać nad każdym ruchem, po prostu ruszałem się jak w balecie – lewa ręka, prawa ręka, stopy, znów lewa ręka.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Wspinacze z Yosemite. Zdobycie El Capitana i Half Dome to był ich sposób na pokazanie środkowego palca Ameryce

Uczyłeś się ruchów na pamięć?

– Tak, żebym nie musiał myśleć, kiedy się wspinałem.

Zdarzyło ci się kiedyś wycofać z drogi podczas przejścia solo?

– Wiele razy, ale nie dlatego, że byłem bliski odpadnięcia. Często były to zwykłe powody: złe samopoczucie, nieodpowiedni nastrój. Zdarzało mi się też wycofać z powodu zbyt obluzowanych głazów – gdy dochodziłem do wniosku, że ryzyko jest zbyt duże.

Co czujesz podczas wspinaczki solo?

– W idealnym scenariuszu odczuwam spokój, wchodzę w stan zbliżony do medytacji, ale czasami robi się naprawdę przerażająco. Myślę sobie wtedy: o, ja pierdolę, mam nadzieję, że ten chwyt wytrzyma.

Kiedy uzależniłeś się od wspinania?

– Byłem normalnym dzieciakiem z Kalifornii, ale że ciągle wspinałem się na domy i drzewa, więc jako dziesięciolatka mama zabrała mnie na ściankę wspinaczkową.

Ile czasu tam spędzałeś?

– Nie robiłem nic innego. Tata chodził ze mną pięć dni w tygodniu, asekurował na linie dwie-trzy godziny dziennie i jeździł ze mną na zawody wspinaczkowe w całym stanie. Zmarł, kiedy miałem 19 lat, więc nie miał szansy zobaczyć, co osiągnąłem.

Zdawałeś sobie sprawę, że masz talent?

– Raczej czułem, że jestem niewystarczająco dobry. Wspinacze tacy jak Chris Sharma [wybitny amerykański wspinacz skałkowy] są utalentowani. On jako 13-letni dzieciak potrafił chwycić się framugi drzwi i podciągnąć się na niej koniuszkami palców w pozycji chorągiewki. Nawet jeśli trenowałbym przez rok, nie dałbym rady.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Spider-Man z Tarnowa. Jeden z najszybszych wspinaczy na świecie

Dla wspinania porzuciłeś uniwersytet.

– Po pierwszym roku nie byłem zachwycony studiami. Na początku to miał być tylko jeden semestr wolnego, po 10 latach zrobiło się ich 20. Wziąłem wtedy udział w młodzieżowych mistrzostwach świata we wspinaczce. Po kilku latach miałem już sponsorów i mogłem z tego żyć. Cenię edukację, ale w moim przypadku tytuł magistra w niczym by mi nie pomógł.

To prawda, że ukradłeś rodzicom vana, żeby móc się wspinać?

– Po prostu stał otwarty, więc go wziąłem. Zajechałem go w rok. Przez następny rok nie miałem samochodu i na wspin jeździłem rowerem albo autem znajomych. Potem kupiłem własnego vana i mieszkałem w nim 10 lat. Jeździłem od skały do skały, wspinałem się i na noc wracałem do auta. Mam w nim łóżko, kuchenkę, baterię do sprzętów elektronicznych i kilka prostych ułatwień.

Ale w tym roku kupiłem dom w Las Vegas. Na jesieni spędzę tam jakieś dwa tygodnie, potem kilka tygodni w Yosemite w vanie i potem wyprawa na Antarktydę.

Co będziesz robił?

– Wspinał się na wielkie granitowe ściany na Ziemi Królowej Maud. Ale nie przepadam za zimową wspinaczką, raki miałem na nogach może z pięć razy, nie cierpię śniegu. Jadę, bo nigdy tam nie byłem.

O polskim zimowym himalaizmie słyszałeś?

– Słyszałem, szalona historia.

Bardziej niż twoja wspinaczka solo?

– Himalaizm jest o wiele bardziej niebezpieczny. Przede wszystkim ze względu na liczbę czynników, które są poza kontrolą człowieka. Ciężko oszacować ryzyko. Może na ciebie zejść lawina śnieżna albo kamienna, nie jesteś w stanie przewidzieć warunków, jakie panują na drodze, te wszystkie cholerne seraki i nawisy śnieżne – jest mnóstwo czynników, które mogą cię zabić. W Yosemite nie ma tak wielu niewiadomych.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Park Narodowy Yosemite - gra światła i szept wody

Lodowym wojownikiem nie będziesz, ale polskie korzenie masz.

– Rodzice mojej mamy byli Polakami, ale już urodzonymi w Stanach. Pierwszymi emigrantami byli moi pradziadkowie, którzy przypłynęli do USA, do Nowego Jorku. Stamtąd przenieśli się do górniczego miasteczka Hazelton. Moja mama nadal mówi trochę po polsku.

A ty?

– Znam tylko kilka przekleństw. Kiedy byłem dzieciakiem, odwiedzaliśmy dziadków i polską część rodziny. Dziadkowie częstowali nas kiszonymi warzywami, wtedy to była dla mnie oblecha. Nadal nie jestem fanem kiszonek, ale wiem, że są zdrowe, więc czasami je zjem. Tyle mi zostało z polskich korzeni.

Skąd twój przydomek: Rock Star of Climbing?

– Pewnie dlatego, że obecnie jestem najbardziej rozpoznawalnym celebrytą wśród wspinaczy, głównie za sprawą moich przejść free solo. Czech Adam Ondra właśnie poprowadził drogę o najwyższym stopniu trudności na świecie – 9c, ale dla kogoś, kto nie interesuje się wspinaczką, Adam jest totalnie anonimowy. Ale jak widzisz kogoś, kto wisi uczepiony skały nad przepaścią bez żadnego zabezpieczenia – od raz wszyscy wiedzą, o co chodzi.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Żony himalaistów: "Kiedy się razem wspinamy, zdarza nam się rywalizować"

Często otaczają cię fani?

– Nieustająco. Teraz już w ogóle nie zatrzymuję się w Camp 4 w Yosemite, nie robię zakupów w pobliskim sklepie, unikam publicznych miejsc. Ale nie jestem żadnym Tomem Cruise’em, żebym nie mógł mieć normalnego życia. Patrzę na to jak na okazję dotarcia do szerszej publiczności z tematami, którymi zajmuje się moja fundacja: finansuję montaż paneli słonecznych w mniej uprzywilejowanych krajach na świecie i przekazuję granty organizacjom zajmującym się ochroną środowiska. Przeznaczam na to jedną trzecią zarobków. Dzięki fundacji lepiej radzę sobie ze sławą. Motywuje mnie do brania udziału w większej liczbie płatnych eventów. Nie potrzebuję zarabiać więcej pieniędzy. Ale gdybym zarobił teraz milion i przeznaczył go na działania charytatywne, miałoby to znaczenie. Choć nie za wszelką cenę. Kiedyś odmówiłem producentowi coli kontraktu na sumę, która miała sześć zer, bo uważałem, że nie byłoby fair namawiać ludzi do picia czegoś, czego sam nie chciałbym pić.