Marek Raganowicz - ur. w 1961 r. Wspinacz, z wykształcenia kulturoznawca, pracuje na platformach wiertniczych na Morzu Północnym.
W Tatrach jako pierwszy w zimie pokonał kilka dróg na ścianie Kotła Kazalnicy Mięguszowieckiej. W Alpach samotnie przeszedł Couloir Couturiera na Aiguille Verte. Uczestniczył w trzech wyprawach w Himalaje Garhwalu w Indiach, ale nigdy nie został himalaistą, nie brał udziału w wielkich polskich ekspedycjach lat 80. Trzymał się z boku, do dziś bardzo rzadko opowiada o swoich wspinaczkach.
Po 18 latach przerwy, w 2006 roku, znów zaczął się wspinać na poważnie.
W świecie cenione są jego nowe drogi, które wytyczył wraz z Marcinem Tomaszewskim na wielkich ścianach Great Trango Tower w Pakistanie, Polar Sun Spire na Ziemi Baffina i Ścianie Trolli w Norwegii.To o takich przejściach, a nie o himalaizmie, można częściej przeczytać w prestiżowej prasie wspinaczkowej w USA. Na Ziemię Baffina wrócił wiosną tego roku i samotnie poprowadził dwie drogi. Na jesieni ukazał się jego „Zapisany w kręgach”, na Festiwalu im. Andrzeja Zawady w Lądku-Zdroju uznany za najlepszą górską książkę roku.

DOMINIK SZCZEPAŃSKI: Ile tygodni spędziłeś sam na arktycznej Ziemi Baffina?

MAREK RAGANOWICZ: Siedem. Tylko jedna osoba wspinała się tam samotnie przede mną – w 1999 roku Mike Libecki wytyczył nową drogę na 600-metrowym pionowym urwisku Ship’s Prow. Właśnie na nim chciałem poprowadzić swoją linię. Ściana stoi siedem godzin drogi skuterem śnieżnym od Clyde River, najbliższej osady Innuitów.

Pojechałeś tam z Marcinem Tomaszewskim. Jak to się stało, że zostałeś sam?

– Nie było pogody i Marcin musiał wracać. Już wcześniej planowałem, że zostanę sam, ale gdy przyszła ta chwila, nie chciał mnie zostawiać. Powiedziałem mu, że będę się trzymać planu. Jest fajnie, trochę zimno, ale dobrze mi tu, czuję się jak u siebie. Pewnie pomogło, że obaj podobnie rozumiemy wspinaczkę wielkościanową w trudnych warunkach. Na Ziemi Baffina momentami temperatura spadała do minus 50 stopni Celsjusza i wiał bardzo mocny wiatr.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Marcin "Yeti" Tomaszewski: Kumple wyciągnęli mnie z bramy

Na czym polega wspinaczka na takiej ścianie?

– Codziennie pokonuję kilkadziesiąt metrów w górę. Wszystko, co potrzebne, wciągam na linach. Nie schodzę, zanim nie pokonam ściany. Śpię w podwieszanym namiocie, czyli portaledżu.

Ship’s Prow ma dwie ściany – wschodnią i północną. Północna – bardziej stroma i wyższa – była moim głównym celem, ale z powodu zimna nie byłem w stanie rozpocząć wspinaczki.

Podczas spacerów zauważyłem, że wschodnią ścianę do południa oświetla słońce i temperatura wzrasta na tyle, by w pogodny dzień wspinać się tam przez trzy-cztery godziny. W południe słońce chowało się za ścianą, nachodzący cień przynosił nieznośny chłód. Musiałem więc chować się na 20 godzin w portaledżu.

Jak znieść 20 godzin w podwieszanym namiocie, czekając na cztery godziny wspinaczki?

– Krzyczałem na głos ze szczęścia, że tam jestem. W czasie całej wyprawy zapisałem ponad 130 stron zeszytu, głównie przemyślenia o wspinaczce i samotnym byciu w Arktyce. Pisanie było dla mnie sposobem radzenia sobie z samotnością. Nie miałem chwili znużenia.

Przez 17 dni na ścianie?

– Pod koniec byłem zmęczony, zwłaszcza wciąganie rzeczy było koszmarnie uciążliwe, ale jednocześnie czułem radość.

Można polubić życie w pionowym świecie?

– Tak, chociaż to trudne życie. Ale nawet kiedy są słabsze momenty, powtarzam sobie, że jest fajne.

Gdy pięć lat temu wytyczaliśmy z Marcinem nową drogę na Ziemi Baffina, spędziliśmy w ścianie 28 dni. Po 20 zaczęliśmy odczuwać zmęczenie psychiczne. Ziemia Baffina to pustkowie, gdyby się coś stało, nikt by nas nie uratował. Moglibyśmy wezwać pomoc przez telefon satelitarny, ale w najlepszym razie wojskowy helikopter przyleciałby po kilku dniach. Tamta droga z Tomaszewskim – nazwaliśmy ją „Superbalance” – dostała siódemkę w skali wspinaczki wielkościanowej. To górna granica skali. Na świecie jest tylko kilka tak trudnych dróg. Nie wyobrażamy sobie, by zrobić coś większego. Chodzi o trudność, ale też warunki tam panujące, oddalenie od cywilizacji, brak wsparcia.

PRZECZYTAJ TAKŻE: 20 dni w ścianie. Rozmowa z Marcinem Tomaszewskim

Podczas pierwszej wyprawy na Ziemię Baffina byliście jednak razem. Czym się różni samotna wspinaczka?

– Pierwszy raz w moim życiu było tak cicho, że słyszałem pracę własnych organów. Musiałem wyciągnąć baterie z budzika, bo dźwięk tykającej wskazówki był nie do wytrzymania. Czas był zbędny. Rytm dnia wyznaczało słońce, które po paru tygodniach od przyjazdu praktycznie przestało zachodzić. Zbliżał się dzień polarny, godziny przestały mieć znaczenie.

Libecki swoją drogę na Ship’s Prow nazwał „The Hinayana”. To nazwa szkoły buddyjskiej. Dużo opowiadał o medytowaniu w tym miejscu, ale zorientowałem się, że nie trzeba tam medytować. Chcę uniknąć egzaltacji, daleko mi do niej, ale samo przebywanie na Ship’s Prow było medytacją. Widok jest zniewalający. Wisisz na wielkim urwisku, a obok fiordy urywają się w morzu pełnym gór lodowych.

Śnieg i lód mieniące się tysiącami odcieni bieli zatracają się na horyzoncie. Czujesz się, jakbyś był w innym wymiarze, poza cywilizacją, a nawet materialną rzeczywistością.

To chyba niemądre dla wspinacza tak odlecieć.

– Wydarzenia na tej wyprawie zdecydowanie przywoływały mnie do realnego świata. Po pokonaniu połowy ściany spojrzałem w dół i zauważyłem, że coś leży obok sań. To musiała być strzelba, przedmiot był podłużny, ale zostawiłem ją spakowaną. Kiedy zszedłem, dostrzegłem mnóstwo śladów niedźwiedzi. Chodziły również wokół namiotu. Przestraszyłem się, ale musiałem odpocząć przed wspinaczką na północnej ścianie, która miała mi zająć 13 dni.

Położyłem się w namiocie. Niedźwiedź przyszedł, gdy czytałem książkę. Przestało wiać i usłyszałem chrupanie śniegu. Strzelbę miałem obok, ale była nieprzeładowana. Pomyślałem, że skoro niedźwiedzie węszyły tu kilka dni wcześniej, ale nie ruszyły namiotu, może i tym razem sobie pójdą. Może nie będą wiedziały, że jestem w środku?

Oczywiście byłem naiwny. Niedźwiedź doskonale wyczuwał, że jestem wewnątrz. Szarpnął namiotem, złapałem za strzelbę i przypomniałem sobie, jak Leonardo DiCaprio walczył z grizzly w „Zjawie”. Czekałem, aż niedźwiedź porwie namiot i wedrze się do środka. A tu cisza.

Innuita, który przywiózł mnie pod ścianę, powiedział, że nie usłyszę ataku aż do momentu, gdy niedźwiedź zacznie sapać mi nad głową.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Jak się zdobywa biegun południowy? Małgorzata Wojtaczka: 69 dni w bańce mleka

Miał więcej dobrych rad?

– Instruował, że po otwarciu namiotu trzeba strzelić w powietrze, by odstraszyć zwierzę. Zacząłem rozsuwać zamek, bałem się tak, że każdy ząbek eksplodował dźwiękiem jak dzwon Zygmunta. Niedźwiedź patrzył na mnie z 50 metrów. Huknąłem w powietrze i zaczął uciekać. Odetchnąłem, obejrzałem namiot. Okazało się, że przed chwilą stał 20 centymetrów od mojej głowy, a szarpnięcie wynikało z tego, że potknął się o linkę. Głuptas mi się trafił, całe szczęście, inny pewnie wskoczyłby do środka. Zacząłem się pakować. Wtedy wrócił.

Strzeliłem siedem razy i uciekł na drugą stronę fiordu.

Spakowałem sprzęt w worki, obłożyłem nimi namiot i położyłem się spać. Musiałem jeszcze trochę odpocząć.

Rano nic nie było słychać. Wyszedłem do toalety, którą zrobiłem sobie pod lodową ścianką 70 metrów dalej. Zobaczyłem jego ślady. Nocą tarzał się w moich odchodach. Trafił mi się więc nie dość, że głuptas, to na dodatek zboczeniec. Znalazłem tam mój worek i linę. Przyciągnął je i rozszarpał, kiedy spałem.

Kolejne noce spędziłem z rakietnicą w dłoni i strzelbą przy poduszce. Kiedy znów się pojawił, stał 20 metrów od namiotu. Odbiegł trochę i stanął. Wystrzeliłem ze strzelby.

Kilka dni później zacząłem się wspinać. Z góry zobaczyłem ślady trzech niedźwiedzi, które przyszły z różnych kierunków.

Po wszystkim zapytałem Innuitę, który pożyczył mi strzelbę, czy nie dałby mi pokrowca na pamiątkę. Zgodził się. Powąchał go i przyznał, że wciąż jeszcze pachnie foką. To przez ten cholerny pokrowiec do mnie przychodziły! Długo się z tego śmiałem. Ta druga droga, którą wytyczyłem na północnej ścianie poganiany przez niedźwiedzie, była szczytem wszystkiego, co udało mi się zrobić w górach.

Marek Raganowicz na Ziemi Baffina, 2017Marek Raganowicz na Ziemi Baffina, 2017 

Była najtrudniejsza ze wszystkich?

– Prowadziłem trudniejsze, ale ta była najpiękniejsza. Nie wywierciłem w skale żadnego otworu, w którym umieściłbym przyrząd pomagający w asekuracji.

Dlaczego?

– Bo to wspinaczka w zgodzie z naturą. Można dorabiać wiele ideologii, ale prawda jest taka, że wspinając się w ten sposób, mam poczucie harmonii z otoczeniem, a to źródło siły potrzebnej do zmierzenia się ze ścianą. Tłumaczę sobie górnolotnie, by wprowadzić się w dobry humor, że niedźwiedzie pozwoliły mi tam być. W końcu nikt nikogo nie skrzywdził, chociaż każdy z nas mógł, i to było niesamowite. Tak samo ściana. Wspinałem się bez wiercenia, kosztowało mnie to wiele wysiłku, ale się udało. Nie zniszczyłem skały, a ona się odpłaciła piękną drogą. Umocniłem się też w przekonaniu, że trzeba się starać.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Podróże na Północ. Rowerem na niedźwiedzie

Powrót po siedmiu tygodniach samotności jest trudny?

– Katastrofalny. Przyjechali po mnie Innuici, w stolicy Ziemi Baffina miałem przesiadkę na samolot. To małe miasto, ale denerwował mnie hałas i ruch na ulicy. Kiedy wróciłem do domu w Szkocji, nie chciałem nikogo widzieć. Tydzień później musiałem być w pracy, na platformie wiertniczej. Nie wiedziałem, o czym ludzie do mnie mówią. Byłem między nimi, ale oglądałem te sytuacje jak w telewizorze. Patrzyłem na wszystko z pozycji świadka. To bardzo łatwe tak się dystansować do świata po takich doświadczeniach.

I straszne.

– Poprzednim razem gdy wróciłem z Ziemi Baffina, zadzwoniłem do Marcina Tomaszewskiego. „Yeti [ksywka Tomaszewskiego], tu jest dziwnie, nie mogę się dostosować. Za tydzień jadę do pracy, nie wiem, co mam zrobić, bo jak idę do sklepu, dziwnie patrzę na ludzi, aż mi głupio. Coś jest ze mną chyba nie tak” – powiedziałem. On na to: „Regan, ty za tydzień idziesz do pracy, a ja już następnego dnia po powrocie musiałem pójść. Stary, ja nie wiem, gdzie jestem. Chyba potrzebujemy jakiejś pomocy, żeby się znów wdrożyć”.

Powroty są nierealne. Ale przebywanie tam też. Któregoś dnia byliśmy wysoko, wszystko poniżej skryły chmury. I z tych chmur ktoś zaczął nas nawoływać. Na początku myślałem, że to omamy. A to Innuici jechali na polowanie i na nas krzyczeli. Zaczęliśmy coś odkrzykiwać do tych chmur, tak jakbyśmy z nimi rozmawiali.

Dlaczego zacząłeś się wspinać?

– Bo szukałem przygód i byłem zbyt słabym perkusistą. Zacząłem grać w wieku kilkunastu lat, od razu na całego. Wstawałem przed 6 rano, o 6.15 pukałem w tylne drzwi szkoły muzycznej, wpuszczała mnie sprzątaczka i ćwiczyłem przez dwie godziny do początku zajęć. Ćwiczyłem też po szkole i o 20 wracałem do domu kompletnie wypruty. Byłem szczęśliwy do momentu, gdy zauważyłem, że nieważne, ile bym ćwiczył, nie zbliżę się do muzyków, których uważam za idoli. Mogłem grać w knajpie, ale to mnie nie interesowało. Szukałem więc czegoś, w czym mogłem być najlepszy i się wyżyć.

W tamtym okresie kręciłem się wśród hipisów. To były czasy świetności kompotu z maku, wielu z nich zostało ćpunami. Któryś pożyczył mi „Jogę królewską”, książkę wytrzaskaną na powielaczu, bo cenzura by jej nie przepuściła. W 10 dni przepisałem ją do zeszytu. Nie byłem jednak w stanie jej zrozumieć, brakowało mi wiedzy psychologicznej i filozoficznej. Spodobało mi się za to zdanie, że każdy człowiek jest geniuszem w jakiejś dziedzinie. Trzeba tylko znaleźć swoją działkę i wydobyć z siebie potencjał, wyruszyć w drogę.

Tak rozumiałem wspinaczkę – jako drogę, poszukiwanie i radość odkrywania. Okazało się, że mam do niej serce i talent. Radziłem sobie lepiej niż rówieśnicy, byłem bardziej odporny fizycznie i psychicznie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Jerzy Kukuczka. Na dole był panem z brzuszkiem, w górze - baleriną

Mieszkałeś w Szczecinie. Gdzie spotkałeś wspinaczy?

– W szkole średniej pojechaliśmy z bratem do Zakopanego. Z Hali Gąsienicowej dostrzegłem ludzi wspinających się na Kościelec. W schronisku puszczali z magnetofonu kasetowego songi Wysockiego. Miałem 17 lat i byłem zachwycony. Na drugą część wakacji pojechałem do Łukęcina nad Bałtykiem. W kiosku kupiłem książkę „W cieniu Kangczendzengi”. Opowiadała o warszawskiej wyprawie na Kunyang Chhish, szczyt prawie ośmiotysięczny, który został zdobyty dopiero w 1971 roku. Było gorąco, leżałem na plaży i nie mogłem się od tej książki oderwać.

Kiedy zostałem taternikiem, zrozumiałem, że wspinanie jako takie nie jest aż tak ważne, bo to przecież jedynie zginanie ręki w łokciu.

Podobały mi się szybkie zmiany w życiu i przygody, które normalnie się nie zdarzają. Gdy wracałem z gór, głowa eksplodowała mi od emocji i nie mogłem się doczekać, kiedy znów będę się wspinał.

Żeby przetrwać normalne życie do następnego wyjazdu, wypożyczałem kolejne książki. Z nóg zwaliły mnie „Moje góry” Waltera Bonattiego i „W burzy i mrozie” Tadeusza Piotrowskiego. Każda opisywana tam wspinaczka była jak wejście do sfery sacrum, chciałem być tym wybrańcem, który stworzy sobie taką możliwość. Wiele się zmieniło, gdy w „Przekroju” trafiłem na artykuł Wojciecha Kurtyki.

W zasadzie to był manifest, w którym ten wybitny wspinacz deklarował chęć pokonywania największych urwisk świata w małych zespołach.

– Opisywał, jak wygląda kilkunastodniowe życie w zawieszeniu, gdy poznaje się rytm wielkiej ściany, z którym trzeba się zlać w jedno. Coś mnie w tym urzekło i tak zostało do dziś.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Wojciech Kurtyka. Igrzyska śmierci

W Szczecinie było się gdzie wspinać?

– Po murach. Pierwszy raz skały dotknąłem w Tatrach.

Potem studiowałem kulturoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim i często jeździłem w góry. Mówi się, że wspinaczowi najtrudniej przeżyć pierwsze pięć lat w górach i rzeczywiście, to był kompletnie szalony okres.

Przeżywałem silne stany euforyczne, które mieszały się z chwilami gigantycznego stresu. Dziś już tego nie odczuwam. Wtedy wszystko było nowe, wyczuwało się ciśnienie środowiska, bo trzeba było nadążyć za innymi. Było w tym coś samczego.

W Morskim Oku panował taki tłok, że ludzie zapisywali się na Kazalnicę. Był nawet koordynator Polskiego Związku Alpinizmu, który sterował ruchem. Dziś drogi na Kazalnicy pokonuje kilka zespołów w sezonie.

Rodzice pozwalali ci na to wszystko?

– Mama była kierowniczką hurtowni zaopatrującej sklepy Społem. Ojciec lekarzem. Szybko się rozwiedli. Zostałem z mamą w Szczecinie, ojciec wyprowadził się do Katowic.

Mama była twardą kobietą. Prawie każdy wspinacz musi stawić czoło rodzinie, rozmawiać z nią o ryzyku, a w mamie podziwiałem, że nigdy nie zabroniła mi wspinaczki. Kiedyś powiedziała tylko, że jej nie popiera, ale robiła mi czapki, dała pieniądze na wyjazd w Alpy. Gdy opowiadałem o przygodach, czułem, że jest zainteresowana i dumna ze mnie.

Skąd ta akceptacja?

– Zawsze mówiła, że modli się, byśmy z bratem nie musieli chodzić do nudnej pracy, z której nic nie wynika. Chciała, żebyśmy mieli ciekawe życie. Miała takie proste zasady życia z otwartą przyłbicą. Uwielbiałem jej opowieść o dziadku i jego odwadze. Przed wojną był bokserem i prowadził sklep. Gdy Rosjanie zajęli Zamość, NKWD zaczęło szaleć na ulicach. Jeden z żołnierzy szedł pijany i kopał witryny sklepów, aż dostał od dziadka plombę i padł na glebę. Rosjanie złapali dziadka i poprowadzili do swojej siedziby w starym banku. Wchodziło się przez obrotowe drzwi, a tymi operował kuzyn dziadka. Drzwi były niewielkie, tylko jedna osoba mieściła się w jednej przegrodzie. Kuzyn tak przekręcił drzwi, że dziadek uciekł i się ukrył.

Przygodę z Tatrami zaczynałem, gdy wśród wspinaczy czuć było więź, braterstwo. W zimie do Morskiego Oka zjeżdżała się elita: Wojtek Kurtyka, Andrzej Machnik i inni. Wśród nich znaleźli się tacy, którzy chcieli nas uczyć, bezinteresownie zabierali w góry. Mnie wprowadzał Andrzej Zakrzewski. Po pierwszej drodze powiedział, że świetnie chodzę w rakach. Myślałem, że pęknę z dumy. To były moje początki, ale już drugiej zimy przeszedłem samotnie pierwszą poważną drogę w Tatrach w grudniu 1983 roku.

Trzy lata po pierwszym zimowym wejściu na Mount Everest przez Krzysztofa Wielickiego i Leszka Cichego. Wtedy Polska pierwszy raz tak wyraźnie usłyszała o wspinaczach.

– Byłem jednym z tych, których tamta wyprawa mocno elektryzowała. Na studiach trafiłem do Klubu Wysokogórskiego w Katowicach. Należeli do niego m.in. Jerzy Kukuczka, Krzysiek Wielicki, Mirek „Falco” Dąsal. Zahukany przechadzałem się pomiędzy tymi pomnikami, nie wiedziałem, czy mam do nich mówić „proszę pana”. Oswoił mnie Janusz Majer, dziś szef Polskiego Himalaizmu Zimowego. Na początku i on mnie onieśmielał, bo był jednym z wielkich, ale miał ogromne serce dla wszystkich, był otwarty i uprzejmy. Na tym samym roku co ja studiował też Artur Hajzer. Był skoncentrowany na himalaizmie, ale mnie i mojemu koledze „Kubolowi” bardziej od himalaizmu wielkowyprawowego podobała się droga Kurtyki.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Jazdy Artura Hajzera

Dlaczego?

– W każdym klubie ktoś chciał jechać w Himalaje, ale te wyprawy były niedostępne. Trzeba było walczyć, rozpychać się łokciami, by załapać się do składu. Arturowi na wyjazdach bardzo zależało. Któregoś razu starsi kazali mu spadać, ale mieli kłopot, bo w odprawie celnej w Bombaju utknęła ciężarówka ze sprzętem i nikt nie potrafił jej wydostać. Artur umiał takie rzeczy. Powiedział, że to załatwi, jeśli trafi na wyprawę, i oczywiście mu się udało.

Nas taka gra nie interesowała, nie chcieliśmy brać udziału w walce o Himalaje. Oczywiście marzyliśmy o dalekich wyprawach, ale miejsce na nich chcieliśmy dostawać w zamian za umiejętności. Woleliśmy więc skromniejsze wyjazdy, ale nasze własne, z których mogliśmy się cieszyć. Nie chcieliśmy wchodzić w układy. Podobała nam się niezależność Kurtyki i lekkość jego dwu-, trzyosobowych wypraw.

Kim wtedy byli wspinacze?

– W latach 80., kiedy zaczynałem, prawie wszyscy byli studentami. To był sport ludzi z wyższym wykształceniem i to odróżniało nas od innych dyscyplin i od wspinaczy w innych krajach.

Co roku jeżdżę w Yosemity, do kolebki amerykańskiej wspinaczki, i spotykam tam ludzi, którzy ledwo skończyli szkołę średnią, po czym po prostu zamieszkali pod ścianami, spędzając życie na wspinaczce. Tego w Polsce nie było, może z powodu obowiązkowej służby wojskowej. Albo szedłeś na studia, albo do wojska. Wspinacze musieli więc studiować. W Ameryce mogli koczować w górach. Kimś takim był np. Jim Bridwell.

Legenda amerykańskiego wspinania, jeden z guru lat 70. Miał opinię szaleńca, wspinał się pod wpływem LSD.

– Ma gigantyczny wykaz przejść we wszystkich górach świata: Yosemity, na Alasce, w Alpach, Himalajach. Wszystko bardzo trudne drogi. Dziś walczy o przeżycie. Kilka lat temu odbyła się zbiórka, bo bank chciał odebrać mu dom. W którymś z wywiadów zapytano go, czy zmieniłby coś w swoim życiu. Powiedział, że bardziej zadbałby o pieniądze.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Wspinacze z Yosemite. Zdobycie El Capitana i Half Dome to był ich sposób na pokazanie środkowego palca Ameryce

Dlaczego jedni wspinają się do dziś, a inni w latach 80. przestali?

– Pewnie chodziło o siłę pasji, ale też mocną głowę, radzenie sobie ze stresem. Mieliśmy wypadki, ludzie ginęli, niektórzy tego nie wytrzymywali. Pamiętam jednego kumpla, który co kilka sezonów sprzedawał cały sprzęt. Mówił: „Koniec, ja to pieprzę, będę jeździł sobie na nartach”. Ale kolejny rok zaczynał od kupna nowego sprzętu wspinaczkowego.

Ludzie ginęli, również na twoich oczach, a ty nie odpuszczałeś. Jak sobie to racjonalizowałeś?

– „Moje góry” Bonattiego kończą się tragedią. Ginie kilka osób, jedna dostaje obłędu po paru dniach spędzonych w burzy śnieżnej. Przeczytałem, zamknąłem książkę, pomyślałem, że jeszcze przecież nie jestem wspinaczem, nawet nie muszę zaczynać kursu, mogę pójść w inną stronę. Po prostu czytam książkę i przyglądam się wspinaniu.

Potem przeczytałem „Wołanie w górach” Michała Jagiełły. Opisał same tragedie. Znów nic to we mnie nie zmieniło, nie czułem lęku. Później, kiedy zostałem wspinaczem, ludzie zaczęli dookoła mnie ginąć i to nie ustaje, jest częścią tego sportu. Wiele osób zwraca uwagę na moją wydolność psychiczną. Zwłaszcza przy okazji ostatniej wyprawy, siedmiu samotnych tygodni na Ziemi Baffina. Dziś robię o wiele trudniejsze rzeczy niż 35 lat temu, a jestem bardziej opanowany. Spokój bierze się więc pewnie z doświadczenia i zrozumienia.

Często powtarzam sobie w trudnych chwilach: „Nie panikuj, jakoś to będzie, zawsze na początku sprawy wyglądają groźnie, a później znajduje się przestrzeń dla siebie i można działać, walczyć”.

Ale pamiętam, i opisuję to przeżycie w książce, jak kiedyś przestraszyłem się słynnej ściany Les Droites, chociaż wiele mnie kosztowało, by w tamtym momencie życia się pod nią znaleźć. Nie wytrzymałem psychicznie. Wybrałem za to łatwiejszą drogę i przyniosła mi ona wiele radości, choć najpierw wpadłem w histerię, bo wydawało mi się, że muszę przeć do przodu za wszelką cenę. Wtedy nie rozumiałem, ale dziś już wiem, że przyjemność nie zawsze znajdujemy w tym, co jest granicą naszych możliwości.

Wspinaczka jest tak pięknym sportem, bo nigdy nie jest taka sama. Droga może być taka sama, ale doświadczenia będą inne. Wszystko w górach ma swoje miejsce i czas. Świetny fotografik, wspinacz i znawca El Capitana Tom Evans powiedział kiedyś, że wychodząc na drogę, na pewno wrócisz z niej inny, ale nie dlatego, że droga cię zmieni, ale dlatego, że odkryjesz siebie jako inną osobę. Wierzę, że góry w gruncie rzeczy nas nie zmieniają. Wydobywają tylko to, co w nas tkwi.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Reinhold Messner: Moje góry poza dobrem i złem

Skąd wspinacz wie, że musi zawrócić?

– Dzięki intuicji i doświadczeniu. Któregoś razu miałem wstać i się wspinać na trudnej drodze, ale wyłączyłem budzik i poszedłem spać. Uważam to za jedno z moich największych zwycięstw w górach. Nie czułem się winny, zawsze uważałem, że zrobiłem dobrze, i prawidłowa decyzja wygrała wtedy z neurotyzmem nakazującym zrobić coś wbrew sobie. Tylko po to, by udowodnić, nie wiadomo komu, że nie jestem cieniasem.

Dlaczego nie trafiłeś na wyprawy atakujące w latach 80. ośmiotysięczniki?

– Nigdy się o to nie starałem, ale też nikt mnie nie zaprosił. „Falco” powiedział mi kiedyś, że jest rozczarowany himalaizmem. „Tyram jak wół, chodzę z wielkim plecakiem i tymi wszystkimi ładunkami, byłem chyba na siedmiu wyprawach i nigdy nie wszedłem na szczyt, a na każdą wyprawę muszę się prosić”.

W wielkich wyprawach denerwowała mnie też kwestia partnerstwa. Nie chciałem wspinać się z przypadkowymi ludźmi. A gdy jesteś na wyprawie z wieloma osobami, zaczyna się kombinowanie. Kogoś boli brzuszek, bo policzył sobie, że jak wyjdzie dzień później, będzie miał większą szansę zdobyć szczyt niż koledzy, którzy będą musieli poręczować czy torować drogę dzień wcześniej. Na takich wyprawach ludzie często nie znają się ze sobą. „Falco” nie kombinował, miał etos, mówił, że w górach trzeba robić swoje. O nim mógłbym powiedzieć, że kroczył z otwartą przyłbicą.

Oczywiście podziwiałem wielu himalaistów. Np. Macieja Pawlikowskiego. Był hardcorowcem, miał niesamowitą moc, wszyscy w środowisku to wiedzieli, ale poza nim już nie, bo nie biegał po gazetach. Koniem pociągowym, nadczłowiekiem był też Walek Fiut. Następni: Ryszard Gajewski, Maciej Berbeka. W himalaizmie liczyła się też jednak skuteczność, a ona wymagała wspomnianych wcześniej działań lub wiele szczęścia.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Najgorszy, gorszy, himalaista

Nie jest ci przykro, że himalaizm swoją popularnością przykrywa inne odmiany wspinaczki?

– Hajzer powiedział kiedyś: „Wiecie, dlaczego himalaizm jest taki, że wszyscy na niego patrzą? Bo jak człowiek idzie w śniegu po Beskidach, wyobraża sobie, że tak samo jest w Himalajach. Tyle że zimniej i wyżej”. A jak wyobrazić sobie wspinaczkę wielkościanową? Wisimy przez kilkanaście dni na pionowej ścianie i przesuwamy się po kilkadziesiąt metrów dziennie. Śpimy w podwieszanych namiotach, które trzęsą się przy każdym ruchu. To jest nierealne, dla wielu osób niewyobrażalne, ale może dlatego też pociągające swoją nietuzinkowością. Nie żałuję, że nie obserwuje mnie wiele osób. Wspinanie wielkościanowe nie idzie w parze z poklaskiem, sławą i pieniędzmi, ale może dlatego wyraźniej czuję i delektuję się smakiem pasji, buntu i kontestacji. Dzięki nim trzymam się z dala od konformizmu i czuję, że żyję w pełni.

We wrześniu wydałeś książkę „Zapisany w kręgach”. Może dzięki niej łatwiej będzie odróżnić was, wielkościanowców, od himalaistów?

– Z pewnością, chociaż to nie był mój główny cel, to nie jest typowa książka górska. Chciałem napisać rzecz o górach, która nie byłaby o górach. Pokazać człowieka wspinającego się, jego los, ale w rozumieniu daleko wykraczającym poza wspinaczkę. Góry i wspinanie to wielki temat, ale łatwo go zbanalizować, sprowadzić do wbijania haków i potu kapiącego z grzywki. Pisałem ją przez siedem lat i przez ten czas przestałem czytać górską literaturę. Chciałem złamać jej kanon, odciąć się od wpływów. Przyjąłem dwie zasady: po pierwsze, nie piszę książki historycznej, przyjaźnie nie oznaczają, że wszyscy muszą się w tej opowieści znaleźć. W tekście jest wiele przypowieści, symboli, odwołań do mitów, muzyki, filmów, teatru. Po drugie, nie piszę książki o sobie.

Francuska filozofka Simone de Beauvoir mawiała, że łatwo zacząć pisać o sobie, ale trudno skończyć. Postanowiłem więc zejść na dalszy plan, pozwalając czytelnikowi odnaleźć w mojej historii cząstkę własnego życia, doświadczeń, marzeń.

Czytałeś „Shantaram”?

– Nie, ale słyszałem o analogiach. „Shantaram” dostałem od „Kubola”, kolegi wspinacza i jednego z głównych bohaterów mojej książki. Pewnie masz na myśli odniesienie do wątku przemytu w „Zapisanym w kręgach”. Było to związane ze sposobem, w jaki funkcjonowali wtedy wspinacze wyjeżdżający w Himalaje. Łatwo było złapać się na lep pieniędzy, a ja broniłem się przed tym przez całe życie. Wielu z nas przestało się wspinać właśnie przez napływ gotówki.

Pamiętam, jak Hajzer chciał zebrać pieniądze na swoje marzenie: 14 ośmiotysięczników w roku. Zaczął się kapitalizm, Artur szukał sponsora, a skończyło się tym, że przez kolejnych 20 lat był przedsiębiorcą i szył odzież.

Jak wcześniej zarabiało się na wyprawy?

– Dzięki przynależności do klubu wysokogórskiego można było się załapać na roboty wysokościowe. Średnia pensja pracownika biurowego w Polsce na początku lat 80. wynosiła 20-30 dolarów miesięcznie. Za mało, by wyjeżdżać za granicę. Tyle samo można było zarobić w ciągu jednego dnia, malując kominy. Niektórzy pojawiali się w klubach, mówiąc, że potrzebują pracy, bo zbierają na wyjazd w Alpy, ale po wypłacie zamiast biletów kupowali telewizory, lepsze meble, samochód.

Ta historia, chociaż w trochę innej wersji, wróciła do mnie w USA. Konduktor w pociągu, widząc moje wory ze sprzętem, odgadł, że jadę się wspinać, bo kiedyś sam jeździł w Yosemity. Wtedy nie miał pieniędzy, a na wielkich ścianach trzeba je mieć, bo kilogramy sprzętu kosztują. „Zostałem więc konduktorem i zaraz potem kupiłem sobie psa” – powiedział. „Później kupiłem samochód i wziąłem kredyt na dom, więc musiałem zarabiać, żeby to spłacić. Zacząłem być konduktorem i to jest koniec mojej historii – jestem nim do dziś”. Znałem tę opowieść, to mantra setek ludzi z klubów wysokogórskich, którzy zarabiali na wyjazdy, a wydawali na lepsze życie.

Tak też było z wyprawowym przemytem. Na Daleki Wschód wywożono kryształy, czyli wazony, i wracano z sukienkami na sprzedaż i kilkuset dolarami w kieszeni. Ja też przemycałem na wyprawach. Przywiezione pieniądze mogły wystarczyć mi na rok życia.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Za przemyt, a także zamiłowanie do hazardu i nocnego życia przyszło im słono zapłacić. Rozrywkowi legioniści

Co na to żony himalaistów?

– Wiele było wyrozumiałych. Mężów wprawdzie widywały rzadko, ale przywozili do domu dużo pieniędzy.

Na przełomie lat 80. i 90. zmieniło się prawo celne w Indiach i przemyt przestał się opłacać. Nie wiem, czy miało to wpływ na polskie wyprawy w Himalaje, ale mniej więcej w tym czasie się skończyły. Wszystko zgasło. Mam teorię, że złoty okres himalaizmu był trochę napędzany tym, że dało się żyć z wypraw i z przemytu.

Co opłacało się przemycać?

– Whisky, aparaty fotograficzne, filmy do aparatów, obiektywy, kryształowe wazony. W drugą stronę przywoziło się sukienki w kratkę, bawełnianą odzież, biżuterię z granatu, sylwestrowe sukienki z cekinów. Dziewczyny chodziły w nich do filharmonii, my robiliśmy kasę.

Trudno było przemycać?

– Himalaiści z wysokiej półki mieli układy z celnikami. Normalnie trzeba było zawieźć do urzędu bębny ze sprzętem na wyprawę, ale celnik mógł dostać delegację na kontrolę do magazynu. A tam panowała kameralna atmosfera, himalaistów szybko zaczęli odprawiać ci sami celnicy.

Nie słyszałem o przekupywaniu Hindusów. Mogliśmy wwieźć wiele śpiworów, nie pytali o nie – ale jak wytłumaczyć kilkanaście kryształowych wazonów i setki kremów Nivea? Trzeba było je jakoś schować.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Wdowy po himalaistach wspominają swoich mężów: Szaleńcom bożym się wybacza

Mówisz i piszesz o tym w książce z ogromną otwartością.

– Uważałem, że mam prawo przemycać i łgać w żywe oczy, bo komunizm walczył ze mną i rzucał mi kłody pod nogi, więc nie pozostawałem mu dłużny. Wtedy było to dla mnie normalne. Kiedy jednak przyszedł kapitalizm, odetchnąłem, bo nie musiałem już więcej kłamać.

Nie uważam jednak, że przemyt, dzięki któremu ludzie kupowali sobie samochody i domy, był gorszy, niemoralny. Wszyscy ryzykowaliśmy, nawet więzienie. Nie wstydzę się tego. Nigdy nie przemycałem, żeby zarabiać wyłącznie na wygodne życie. Prawie wszystko szło na wyprawy.

Jak zarabiałeś poza przemytem?

– W czasie gdy komunizm zaczął upadać, wykorzystywałem istnienie dwóch taryf celnych. Jedne były dla firm, drugie dla osób prywatnych. Firmy płaciły wysokie cło, prywatne osoby nic nie płaciły. Przywoziłem z Niemiec 10 magnetowidów i zgłaszałem, że są do prywatnego użytku, a potem sprzedawałem je w komisie. Robiłem to co tydzień. Nikt się nie czepiał. Ludzie w tym czasie jeździli do Berlina i sprzedawali masło na ulicy. Handel kwitł. Dopiero Balcerowicz swoimi ustawami wprowadził jedno prawo celne dla wszystkich. Moja firma padła i zająłem się sprzedażą sprzętu turystycznego. Nie wyszło. Zostałem bez pieniędzy. Nagle zobaczyłem upływ czasu i realia systemu kapitalistycznego – miałem 43 lata i kolejny raz spadałem na dno. Nie spałem, przejmowałem się, że zawiodłem siebie i rodzinę. Załamałem się psychicznie. Kupiłem bilety do Anglii i wyjechałem znaleźć pracę. Po 18 latach przerwy, w 2006 roku, wróciłem też do poważnej wspinaczki.

Co daje ci wspinaczka?

– Nie ma jednej odpowiedzi. Za każdym razem wspinam się z innymi potrzebami. Piękno tego sportu polega na tym, że zawsze istnieje taki rodzaj wspinaczki, który odpowiada ci w danym momencie, pomaga żyć i zrozumieć pewne sprawy. Na wschodniej ścianie Ship’s Prow zrozumiałem, że umiejętność wspinaczki jest darem, który trzeba w sobie pielęgnować. Bez niego nie znalazłbym się w tamtym miejscu. Jeśli nie poddasz się swoim schizom, myśleniu o wspinaczce jak o cierpieniu, zorientujesz się, że daje ci dużo dobrego. Nie odbiera, nie rujnuje.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Himalaista to nie bohater

I wtedy jesteś w stanie znieść cierpienie?

– Nie ma cierpienia. Zaprzeczam jego istnieniu. Cierpienie jest ułudą.

A minus 50 jak na Ziemi Baffina?

– Tak, to trochę męczące. Ale jak wchodzisz po schodach i dostajesz zadyszki, mówisz sobie, że to ostatni raz. Później znów wchodzisz, bo w domu czeka herbatka.

W górach nie cierpię, nie jadę się tam umartwiać. Niewygoda jest częścią gry i akceptuję ją.

Nie chcę się kreować na herosa, który z gołą klatą przyjmuje minus 50 stopni Celsjusza. Oczywiście, że trudno jest wytrzymać, ale nie jęczę. Musi to komicznie wyglądać, gdy wisisz kilometr nad ziemią na pionowej ścianie, wiatr szamocze namiotem, a ty się śmiejesz, podziwiasz widoki, wpatrujesz się w ślady niedźwiedzi i cieszysz wolnością.

Co wspinaczka zabiera z życia?

– Definiuję ją jako źródło dobra, a nie zła. Nie wydaje mi się, że dobro powinno być opłacane poświęceniem. Wspinaczka jest darem, z którego czerpiemy. Nie mam poczucia, że wspinanie odziera mnie z czegokolwiek, że muszę złożyć jakąś daninę.

Poświęcenie nie musi być twoje. Co z rodziną?

– Zawsze się mówi, że wspinaczka jest bardzo egoistycznym zajęciem, i dużo w tym prawdy. Kiedy rozmawiamy o wspinaczce w domu, staram się tłumaczyć: „Moje decyzje nie są wymuszone, kiedy postanawiam, że idę albo nie idę się wspinać, muszę mieć pewność, że ta decyzja jest moja i właściwa, i wtedy jej nie żałuję”. Jeśli wyłączam budzik i odpuszczam wyjście, nie jadę na wyprawę, to jest to moja decyzja, ruguję ze swojego sposobu myślenia kategorię poświęcania pasji na ołtarzu rodziny. Jeśli myślałbym, że się poświęcam, to po latach mogłaby narosnąć pretensja, że z powodu rodziny nie robię czegoś, co mnie pasjonuje. I nieważne, czy to wspinaczka, gra w szachy, grzebanie w samochodzie. Pretensja jest ta sama.

Kiedy żona chce iść do kina, a ty wolisz grzebać w samochodzie, nie powinieneś iść z nią do kina z poczuciem krzywdy – albo wróć do samochodu, albo zamknij klapę silnika i ciesz się wyjściem do kina.

Kiedy rodzą się dzieci, nie obwiniaj ich za to, że nie możesz robić kariery. Nie zrobiłem i co? Nigdy nie miałem żalu do rodziny ani pokusy, by go mieć, aby obwiniać rodzinę o to, że się nie wspinam.

Większość książki jest o okresie, gdy nie byłem wspinaczem. To był okrutny czas, doły, góry, zaczynałem wszystko od nowa, nie miałem gdzie spać. Te historie są częścią mnie, nie wyobrażam sobie siebie bez nich. Jeśli chcesz więc znać cenę wspinaczki, zapytaj o nią moje córki, może one myślą inaczej ode mnie, może opowiedzą ci o swoim poświęceniu. Ja nie poświęcam rodziny dla wspinania czy też wspinania dla rodziny – po prostu żyję.

Wspinasz się od prawie 40 lat. Nie znudziło ci się?

– Nie, bo mam odskocznię. Piszę, fotografuję, pracuję. Wspinanie jest ważnym elementem życia, ale nie jedynym.

Dużo mówisz o przyrodzie, dla sponsorującej cię Patagonii ochrona natury jest bardzo ważna. Pracujesz na platformach wiertniczych na Morzu Północnym. Nie czujesz rozdźwięku? W końcu platformy wysysają z ziemi ropę.

– Na początku myślałem, że przykładam rękę do zatruwania środowiska. Miałem wyobrażenie, że platforma wylewa ropę do morza, ale okazało się, że świadomość ekologiczna wszystkich pracowników jest bardzo wysoka, a przepisy ochrony przyrody – rygorystyczne. Oczywiście wycieki się zdarzają. Wiem jednak, że dla rozwoju ludzkości korzystanie z ropy jest konieczne, a moje niepracowanie na platformach byłoby podobne do postawy proekologicznej, która zakłada niejeżdżenie samochodami czy innymi środkami komunikacji. W Szkocji testuje się teraz platformy, które pozyskują energię z ruchu fal. Może to przyszłość? Regularnie segreguję śmieci, nie wyrzucam jedzenia, nie marnuję wody. Nie wymieniam garderoby co sezon, a stare ciuchy przekazuję dalej. Jednocześnie pracuję na platformach, bo dla mnie to jedyna droga, żeby móc się wspinać i normalnie żyć.