>>Konkurs o czeskich wzorach na kulturę, spotkanie i jakość.
Pokaż nam swój czeski wzór i wyjedź z Mariuszem Szczygłem do Czech!
Szczegóły na: wyborcza.pl/Czechynieztejziemi

***

Dla Czechów „życie jest do życia”

Spytałem kiedyś Czecha z czesko-polskiej korporacji, jakie ma skojarzenie z Polakami.
„Jak siedzę przy komputerze, to nie muszę odwracać głowy, a wiem, czy idzie Polak, czy Czech” – powiedział.
„Po czym to poznać” – zainteresowałem się. „Polacy nie idą, Polacy gonią”.

Innym razem spytałem Polaka z tej samej korporacji, jakie ma skojarzenie z Czechami.
„Czecha poznam od razu po wyglądzie” – odparł.
„Akurat nasze narody są bardzo podobne” – zaoponowałem.
„Podobne są – powiedział – ale tylko Czesi ściągają w biurze buty i zakładają do garnituru laczki”.

Wiele razy zdarzyło mi się iść przez Warszawę z Czeszkami, a przez Pragę z Polkami.
„Czy macie jakieś święto?” – pytały Czeszki. „Nie, dlaczego?”. „Przecież wszystkie Polki wyglądają, jakby ubrały się na jakąś uroczystość”.
„Oj, jakbym chciała być Czeszką” – powiedziała jedna moja koleżanka w praskim metrze. „One w ogóle nie mają przymusu wyglądania. Jak im jest lżej!”.

Od 18 lat interesuję się Czechami i ich kulturą i coraz bardziej mam wrażenie, że dla nich „życie jest do życia”. Nie ma służyć udawaniu, świętości czy nieśmiertelności. Życie to zwyczajność, a nie odświętność, a od upiększania codzienności jest humor. Chyba dlatego tak bardzo lubimy w Polsce czeską literaturę i kino.
To, że celebrują zwyczajność i potrafią znaleźć w niej Hrabalowskie „perełki na dnie”.

Helena Trestikova – najbardziej znana w świecie czeska dokumentalistka – postanowiła nie tylko rejestrować, ale towarzyszyć cudzemu zwyczajnemu życiu przez całe życie.

Dla kilkudziesięciorga Czeszek i Czechów jest jak Bóg W Zastępstwie.

Mariusz Szczygieł

Katarzyna Surmiak-Domańska: Obejrzałam właśnie „Marcelę” i nie mogę przestać myśleć o zakończeniu. Kiedy bohaterka przed kamerą na gorąco opowiada nam, że dowiedziała się o śmierci córki…

Helena Trestikova: Ta scena została dograna po czasie. Film był gotowy, przygotowywałam pokaz dla dziennikarzy. Dzwoni Marcela: „Słuchaj, Ivanka nie wróciła na noc, nie pojawiła się rano w pracy”. Przez kolejne dni codziennie rozmawiamy: znalazła się czy się nie znalazła? Załatwiam, żeby zdjęcie Ivany pojawiło się w programie telewizyjnym o zaginionych. Nagle – jadę metrem na jakiś wywiad do radia – dzwoni Marcela: „Znaleźli Ivanę. Była u mnie policja, pokazali mi zdjęcie, potrącił ją pociąg. Przez te wszystkie dni leżała na torach pod lasem, nie wiadomo, jak długo umierała... Idę do okna...”.

„Idę do okna skakać”?

– Tak. Dzwoni, żeby powiedzieć mi, że zaraz popełni samobójstwo. Ja w metrze, 50 km od niej. Spieszę się do radia, a zaraz po nim mam pokaz filmu dla dziennikarzy, w którym Ivana jest cała i zdrowa. Wiem, że muszę do niej mówić, więc mówię: „Marcela, nie rób głupstw, pomyśl o Tomasu – to jej niepełnosprawny syn – on sobie nie da rady bez ciebie. W szufladzie w kuchni masz proszki na uspokojenie. Otwórz szufladę, weź dwie tabletki. Wzięłaś? Nie rozłączaj się, zadzwoń z drugiej komórki do Dany – to jej przyjaciółka – powiedz, żeby natychmiast do ciebie przyjechała. Ale tak, żebym słyszała, jak z nią rozmawiasz”. I wtedy już staję pod radiem, zaraz muszę wejść na antenę. Mówię: „Rozłączam się, ale za 30 minut oddzwonię. I jeśli coś sobie zrobisz, będę bardzo zła”.

Myśli pani, że ona rzeczywiście zamierzała się zabić?

– Myślę, że miała wielką potrzebę, żeby ze mną porozmawiać.

Nie miała oporów, żeby opowiedzieć o tym przed kamerą?

– Zapytałam ją: chcesz, żeby to się znalazło w filmie? A ona: „Tak. Przyjedźcie, muszę to z siebie wyrzucić”. Potem oczywiście chodziłam z nią po zakładach pogrzebowych, wybierałyśmy razem trumnę...

Marcela to współczesny Hiob. Przemocowy mąż, rozwód, bezdomność z małą Ivanką, potem nadzieja na nowy związek, z którego zostaje kolejne dziecko – Tomas. Nędza, samotność, jedynym promykiem jest radosna córka...

Kadr z filmu 'Marcela'Kadr z filmu 'Marcela' Fot. Negativ

PRZECZYTAJ TAKŻE: Helena Trestikova: autorka Anty-Big Brothera

Ta ostatnia scena uzmysławia, jak ogromną pracę musiała pani wykonać. Jak buduje się taką relację z bohaterką?

– Marcela i jej były mąż Jiri byli jedną z sześciu par, które zaprosiłam w 1981 roku do dokumentalnego projektu „Etiudy małżeńskie”. Postanowiłam zrobić filmy rejestrujące ludzkie życie. Nazwałam tę metodę czasozbieranie. To był plan sześcioletni. Na tyle miałam funduszy i taśmy. W 1987 „Etiudy...” pokazała telewizja. W pierwszych latach XXI w. wróciłam do bohaterów i znów spotykałam się z nimi przez kilka lat. Teraz kręcę część trzecią. To już 37 lat.

Jak znalazła pani tych ludzi?

– Poszłam do urzędu stanu cywilnego, powiedziałam urzędniczce, że szukam młodych ludzi w wieku 18-24 lata planujących pierwszy ślub. Mniej więcej co druga para się zgadzała. Cieszyli się, że będą mieli profesjonalny film ze ślubu i wesela. Dostawali też dniówki, ale niewielkie. W latach 80. nie pokazywano w telewizji dokumentów o zwykłych Czechach, więc chyba nie potrafili sobie wyobrazić, co to będzie. Uprzedziłam, że będę filmować nie tylko miłe chwile, lecz także trudne, ale na to nikt nie zwrócił nawet uwagi. Jakie trudne chwile? Wszyscy patrzyli przez różowe okulary.

Dzisiaj bilans jest taki, że z sześciu małżeństw przetrwały dwa. Dwie pary mają dzieci narkomanów, jeden syn zaliczył więzienie. Są próby samobójcze, przemoc, zdrada….

– Najszybciej zaczęło się sypać u Marceli. On – mechanik w telekomunikacji, ona – trenerka koni. Zamieszkali z rodzicami Jiriego. Tam dominującą osobowością była teściowa, która trzymała syna pod butem. Kiedy urodziła się Ivanka, Marcela szybko musiała się wyprowadzić.

Zrywają ze sobą, ale nie z panią. Cały czas biorą udział w projekcie. Marcela oskarża Jiriego o przemoc, on ją o zdrady. Teściowa nie zostawia na Marceli suchej nitki. Wpuszczają panią nawet do sądu na sprawę rozwodową.

– Każdemu zależało, żeby opowiedzieć swoją wersję. Po tym, co się działo między nimi przez te sześć lat, nigdy bym nie uwierzyła, że oni się zejdą. Ale kilka lat po rozwodzie nagle coś jakby zaczęło się przełamywać, wyglądało na to, że Marcela i Jiri znowu są razem.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Helena Trestikova i całe życie na taśmie

I w tym momencie ciach. Film się kończy.

– Bo skończyła mi się taśma. Został mi jeden dzień zdjęciowy. Cudem udało mi się jeszcze doprowadzić do ich spotkania. Patrzą na siebie jeszcze krzywo, ale siedzą razem przy stole, palą papierosy i już, już coś wisi w powietrzu… To jest piękno tej metody. Że zdarzają się takie momenty.

Piękno tej metody czy życia?

– Piękno metody, że może takie momenty uchwycić.

Polski reżyser Krzysztof Kieślowski w 1973 roku wpadł na podobny pomysł. Zna pani jego dokument „Pierwsza miłość”?

– Nie. Znam tylko jego filmy fabularne.

Przez rok filmował dwoje młodych ludzi, którzy spodziewali się dziecka. Ślub, poród, kłopoty mieszkaniowe... Potem zaczął pracę nad drugą częścią, o ich córce. Zamierzał to kręcić przez 20 lat. Ale zniechęcił się. Uważał, że dokumentalista nie ma prawa wpływać na życie bohaterów. Tymczasem sam wpływał. Załatwił im mieszkanie na przykład. Nie wiadomo też, czy gdyby nie perspektywa uczestniczenia w filmie, ci młodzi w ogóle by się pobrali, może usunęliby ciążę. Chciał łapać prawdę, a doszedł do wniosku, że kamera prawdę deformuje.

– Ja też szukam prawdy, to też jest mój cel. Ale to, że wpływam na życie moich bohaterów, wcale się z tym nie kłóci. Odpowiedziałabym panu Kieślowskiemu, że wszystko, co się dzieje wokół nas, jakoś na nas wpływa. Życie składa się z przypadków. Np. my dziś z moim mężem Michaelem obchodzimy 43. rocznicę ślubu. Spotkaliśmy się przypadkowo, on pił piwo w knajpie, gdzie przyszłam kręcić etiudę. Nie spodobało mu się, że go filmujemy, nawrzeszczał na mnie. A potem się ze mną umówił. I to też jest jakaś prawda. Filmowiec z kamerą może być elementem życia.

Staje pani przed dylematem: filmować czy pomagać?

– Ja pomagam. A co mi szkodzi? Czasem daję jakieś kwoty...

PRZECZYTAJ TAKŻE: Czesi wolą powiedzieć za mało niż za dużo. Zagryźć zęby. Obrócić w żart. Co za tą ciszą stoi?

I dla wszystkich ma pani tyle czasu co dla Marceli? Nie mówi pani: pani wybaczy, ale byłyśmy umówione na pewien projekt, to był tylko film, ja mam swoje życie.

– Nigdy bym tak nie powiedziała. Nie stawiam granic. Moi bohaterowie nie są częścią projektu, oni są częścią mojego życia.

Ilu jest takich, którzy zostali w pani życiu?

– 20 może 30 osób, z którymi jestem w stałym kontakcie. Spotykamy się na kawę, dzwonimy do siebie w miarę regularnie. Kiedyś wyprawiłam urodziny i zaprosiłam wszystkich bohaterów moich filmów. Poznali się i bardzo fajnie się ze sobą upili. Teraz już dzwonią do siebie.

Ale zasadniczo „Etiudy...” są raczej przygnębiające.

– W jakim sensie?

Taki marazm w nich jest. Uderzyło mnie, że ci ludzie nie rozmawiają o niczym innym niż dom, w ogóle nie interesują się światem na zewnątrz. Są tacy nienaturalnie spokojni, jakby ospali.

– Bierni, prawda? To bardzo charakterystyczne dla Czechów po roku 1968. Przyjmowanie życia takim, jakie jest. Ale ja wtedy tego nie widziałam. Sama żyłam wówczas pod jakimś nakryciem. To wyszło na obrazie przypadkowo. Dzisiaj patrzę na te etiudy z lat 80. jak na materiały archiwalne z II wojny światowej.

No i ten ultratradycyjny podział ról w małżeństwie. Dziwne. W społeczeństwie, w którym Kościół nie odgrywał żadnej roli. Dziećmi, domem zajmują się kobiety, one rezygnują z nauki. Mężczyźni mają czas na hobby. Albo siedzą przy stole w kuchni jak Jiri i czekają, aż żona lub mama podadzą posiłek. W drugiej, potransformacyjnej części widzimy, jaką bohaterki płacą za to cenę. Małżeństwo Vladimira i Zuzany rozpada się, gdy on wyjeżdża do Nowego Jorku próbować kariery jako fotograf. Stanislav porzuca swoją Zuzanę, bo chyba się z nią nudzi. Utkwiła mi w głowie gorzka wypowiedź Stanislava: „Kiedy zaczęła się transformacja, założono u nas antenę satelitarną. W telewizji pojawiły się programy po angielsku. Strasznie nas to ekscytowało, postanowiliśmy się uczyć angielskiego. Zuzana wytrzymała jeden dzień. Ja dziś pracuję jako tłumacz”.

– Przeświadczenie, że miejsce kobiety jest w kuchni, zabetonowało się u nas w dawnych, jeszcze religijnych czasach. Komuniści chętnie je zapożyczyli, bo było wygodne dla mężczyzn, a to mężczyźni rządzą i w Kościele, i w komunizmie. I tak zostało. W komunizmie nikt nie walczył o swoje prawa, więc i kobiety nie walczyły.

 

Pani rodzinny dom też taki był?

– Zupełnie nie. I to paradoksalnie też dzięki komunistom. Ojciec był prawnikiem, w latach 50. pracował w jednym z ministerstw. Nie należał do partii, więc wysłano go na 10 lat do pracy w fabryce. To była taka mała czeska rewolucja kulturalna – inteligent na robotnika. Ojciec lakierował samochody. Stracił najlepsze lata. W tym czasie mama się rozwijała. Była plastyczką, pracowała w swoim zawodzie, zarabiała więcej.

Tata do zawodu wrócił podczas Praskiej Wiosny. Zaczęła się odwilż, zniesiono cenzurę. Pamiętam tę euforię, eksplozję kultury. To się udzielało wszystkim. Pod koniec 1968 roku wszystko zamarło.

Jak wyglądałyby „Etiudy małżeńskie”, gdyby kręciła je pani w latach 60.?

– Na pewno w domowych rozmowach pobrzmiewałoby echo tego, co się dzieje w kraju i za granicą. Wtedy bez przerwy rozmawiało się o polityce. Myślę, że moi bohaterowie chodziliby do teatru, na wystawy, oglądaliby więcej telewizji i komentowali to, co widzą. Zwłaszcza ci wykształceni, jak Ivana i Vladimir, którzy studiowali architekturę. Po 1968 roku ludzie się skulili. Pozamykali się w swoich mikroświatach. Ivana maluje kubeczki...

W 1968 roku miałam 19 lat, w lipcu pojechałam do RFN pracować jako au pair. Przyjechałam z kraju, gdzie wrzało. W Niemczech zastałam przygnębiający konsumeryzm. Nudę straszliwą. Dla moich gospodarzy istniały tylko dom i zakupy. Na mnie te pełne półki w sklepie nie robiły wrażenia, irytowało mnie to. Potrzebowałam dyskusji, inspiracji. Tęskniłam za domem.

W sierpniu do Pragi weszły wojska Układu Warszawskiego, w tym nasze, polskie. I co?

– Oglądałam to przerażona w niemieckiej telewizji. Zaraz przyjechali do mnie rodzice. Zastanawialiśmy się, czy nie wyemigrować, mieliśmy rodzinę w Szwajcarii. Ale ja powiedziałam: „Nigdy w życiu”. U tych państwa, u których pracowałam, w kuchni stała zmywarka do naczyń, symbol luksusu nieznany w Czechosłowacji. Powiedziałam: „Nikt mnie nie przekupi zmywarką!”. No i wróciliśmy. A potem szybko zrobiło się u nas tak jak w Niemczech. Tylko że dużo biedniej. Przywrócono cenzurę, każdy, kto nie chciał stracić pracy, musiał podpisać deklarację, że godził się z interwencją wojsk UW, że uważa to za bratnią pomoc. Ja studiowałam już na FAMU (Wydział Filmowy Akademii Sztuk Scenicznych w Pradze), więc mnie to na szczęście ominęło.

Jak było w szkole filmowej za pani czasów?

– Beznadziejnie. Wszyscy dobrzy wykładowcy odeszli, zostali oportuniści. Ja jeszcze załapałam się na jeden rok fakultetów u Milana Kundery. Pamiętam jego wykład o Hemingwayu. Na przykładzie jego opowiadań pokazywał nam, jak trafić w sedno jednym zdaniem, jak ważna jest zwięzłość, skondensowanie treści. To bardzo się przydaje w filmie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Czeskie Hollywood - fabryka snów w Pradze

Skąd wziął się pomysł czasozbierania?

– Zaczęło się od moich dzienników. Rozpoczęłam ich pisanie jako 11-latka i robię to do dzisiaj. Prowadzę już 40. zeszyt. Lubię przeglądać zapiski sprzed lat i konfrontować się z dawną sobą. Czasem nie mogę się nadziwić, że to byłam ja. To strasznie ciekawe, bo człowiek wypracowuje sobie jakąś wizję siebie sprzed lat. Pamięć miłosiernie zaciera niektóre rzeczy, a na papierze wszystko zostaje tak, jak było. To mnie zawsze fascynowało.

Ostatnio na przykład odkryłam taki epizod. Miałam 16 lat i z koleżankami grałyśmy w prawdę. Dostajesz pytanie i musisz odpowiedzieć prawdę. I ja zapytałam koleżankę, jakie widzi we mnie wady. Odpowiedziała, że jestem težkopádná. Ociężała, niemrawa. Oczywiście pamiętałam ten moment, pamiętałam, że to nie było miłe. Ale absolutnie nie pamiętałam, że aż tak strasznie to przeżyłam. Że to była trauma, którą musiałam długo odreagowywać.

Albo inny przykład z podobnego okresu: miałam przyjaciółkę od serca, Sylwię. Zwierzam się Sylwii z jakiejś sercowej tragedii i mówię: „Słuchaj, to było straszne. Jedyną pozytywną rzeczą, którą w tym widziałam, było to, że będę ci o tym opowiadać”. Więc tak sobie myślę, że może to wszystko na tym właśnie polega. Może teraz ja wzbudzam w ludziach coś takiego, że oni, gdy przydarza im się coś złego, cieszą się na myśl, że będą mi o tym opowiadać.

Marcela w drugiej części etiudy „Po 20 latach” opowiada na przykład o tym, że Jiri molestował seksualnie Ivanę. Nie miała pani obiekcji, żeby to puścić? Jiri już tam nie występuje, nie mógł się bronić.

– Mógł! Ja mu tłumaczyłam: „Marcela mówi w filmie, że molestowałeś Ivanę, nie powinieneś tego tak zostawić”. On oczywiście odparł, że to nonsens, i zamierzał wszystko przed kamerą zdementować. Ale w końcu zadzwonił, powiedział, że się rozmyślił i nie wystąpi. Mama mu odradziła.

Nie miał pretensji, że to poszło?

– Miał. No ale ja mówię: „Przecież cię uprzedzałam”. On się namówił z prawnikiem i w telewizji, gdy to szło, dodano napis na dole ekranu, że Jiri dementuje. Ale na DVD już tego nie ma.

Podpisuje pani umowy z bohaterami?

– Nigdy.

Autoryzują?

– Tak. Po zakończeniu tego pierwszego 6-letniego projektu „Etiud...” wszyscy obejrzeli gotowy materiał. Nikt niczego nie zmienił. Cenzura była, ale ze strony telewizji. Dwa zastrzeżenia: jedno dotyczyło sceny, gdy bohaterowie oglądają w telewizji mecz hokejowy. Bramkę strzela Czech. Jest euforia, wszyscy wiwatują, wykrzykują jego nazwisko. Wkrótce potem ów hokeista uciekł na Zachód i w 1987 roku nie wolno było o nim wspominać. Kazali mi go wyciąć. Drugą sceną do wycięcia miał być ślub kościelny Marceli i Jiriego.

Jako jedyni biorą ślub kościelny.

– Za komuny nie wolno było pokazywać w telewizji kościoła! Kierownik produkcji krzyczał: „Helena, gdzie ty żyjesz?! Masz to natychmiast wyciąć!”.

Zaryzykowałam. Postanowiłam, że jak się cenzura przyczepi, to powiem, że nie zrozumiałam polecenia. A jak to nie przejdzie, to jeszcze miałam w zanadrzu taki żart, że co prawda pokazuję ślub kościelny, ale w odpowiednim kontekście, bo to przecież ślub przynoszący pecha.

Scena została.

– Przeszła nieoczekiwanie gładko. Wkrótce wręczono mi decyzję o skierowaniu „Etiud...” do dystrybucji w telewizji. Pamiętam ten dokument, bo widniały na nim podpisy trzech bardzo ważnych panów. Nazywali się Pravda, Svoboda, Krása. Prawda, Wolność, Piękno.

Piękne błogosławieństwo. Ile filmów czasozbieranych pani zrobiła od tego czasu?

– Ale ja właściwie żadnego jeszcze nie zrobiłam. Bo ciągle dorabiam. Mam na biurku ze 20 projektów, które nie mają końca. „Prywatny wszechświat” – to o rodzinie moich przyjaciół z Pragi. W 1974 roku sfilmowałam narodziny ich syna, a gdy pracowałam nad „Etiudami...”, przyszło mi do głowy, że warto wrócić i do nich. Kilka lat temu kręciliśmy urodziny Honzy w Hiszpanii. Od 1989 roku śledzę losy czeskiej piosenkarki Bary Basikovej. Potem jest Katka – narkomanka, 17 lat. Rene, 28 lat...

PRZECZYTAJ TAKŻE: Rene, czyli czeski desperado

 

Rene Plasil. Złodziej z ponadprzeciętnym IQ. Wydał książkę, pojawia się w talk-show. Wykreowała pani celebrytę.

– Poznałam go w 1989 roku w więzieniu dla nieletnich. Wybrałam go do filmu o życiu w więzieniu zaplanowanego na cztery lata. Wkrótce potem wybuchła aksamitna rewolucja, Havel ogłosił amnestię i Rene wyszedł na wolność. Zaraz jednak znowu coś ukradł i wrócił za kratki.

Pisał do pani: „Heleno, cieszę się na pani odwiedziny. Proszę mi napisać, kiedy to nastąpi, czas będzie płynął mi szybciej. Poza panią nie mam tu niczego...”.

– Tak, nasze relacje były doskonałe. Wysyłałam mu paczki, z papierosami, herbatą. Nasz projekt zakończył się w 1992 roku, akurat wtedy, gdy skończył się drugi wyrok Rene. Ostatnia scena pokazuje go wychodzącego na wolność. Film gotowy, zmontowany, zaprosiliśmy Rene do nas do domu. Michael pracował wówczas w piśmie literackim, zaproponował Rene, żeby napisał mały słownik więziennego slangu, że mu to opublikuje. Przy okazji rozmawialiśmy o tym, że ja wybieram się na staż do Berlina, że Michael zostaje sam z dziećmi, że na Wielkanoc wyjeżdżają z Pragi... Mąż wraca z dziećmi ze świąt i co widzi? Nasze mieszkanie okradzione. Drzwi wyłamane, totalny rozgardiasz. Zginęły aparaty fotograficzne, kamera, wideo. Tomas i Hana mieli na drugi dzień jechać na szkolną wycieczkę, a tu ani budzika, ani w co je spakować, bo Rene łupy wyniósł w naszych walizkach.

Domyśliliście się, że to on?

– A skąd! Nigdy byśmy na to nie wpadli, gdyby sam nas o tym nie poinformował. Napisał do mnie list, w którym wszystko wyznał. List wysłał znowu z więzienia, do którego już zdążył trafić. Okazało się, że nasze mieszkanie było tylko jednym z wielu, które okradł. Tylko że tego naszego włamania jeszcze mu nie udowodniono i on w tej sprawie pisał. To był bardzo ciepły list: „Droga Heleno, nie wiem, czy wiesz, ale to, co się wydarzyło w waszym domu, to częściowo moja wina... Część rzeczy oddaję, część niestety nie mogę, bo sprzedałem, a pieniądze przepuściłem. Grozi mi 10 lat…”. Wyglądało na to, że liczy, iż nie będziemy robić afery, żeby mu nie podwyższyli wyroku. Mój mąż skwitował to: „No to masz świetną puentę do filmu”.

No i oczywiście poszła pani do René robić dokrętkę…

– Oczywiście! Tylko najpierw musiała mi przejść wściekłość. Bo byłam strasznie wściekła. A potem przyszło mi do głowy, że on tą kradzieżą jakby wołał do mnie: „Heleno, nie zostawiaj mnie, jestem ciekawym przypadkiem!”. Mogłam powiedzieć: „Nie chcę cię więcej widzieć”, ale to byłaby niekonsekwencja. Bo w czasozbieraniu o to właśnie chodzi. Rene nadal pisał do mnie listy. Po czasie wyznał nawet, że się we mnie kochał. W międzyczasie urodził mu się syn, teraz będę się bardziej na nim skupiała.

Pani zgodziłaby się wystąpić w takim filmie o sobie?

– Nie miałabym nic przeciwko temu, ale niestety nie nadaję się. Jestem sztuczna. Nie potrafię zapomnieć o obecności kamery. Nie mam tej naturalności, jaką ma Marcela na przykład. Ona zachowuje się tak samo bez względu na to, czy kamera jest, czy nie. Ja nie potrafię.

Ma pani konto na Facebooku, ale niewiele pani pisze o sobie.

– Tylko obserwuję i klikam lajki. Nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że nie umiem. Mój mąż za to upublicznia nasze życie. Syn i synowa też są bardzo aktywni na FB. Tomas jest fotografem, a jego żona pisarką. Właśnie pojechała na Sri Lankę na dwutygodniowy kurs jogi. I stamtąd codziennie zdaje relacje. Tomas zajmuje się dziećmi i psem i też to barwnie codziennie opisuje na Facebooku. Oboje mają mnóstwo followersów.

Bohaterowie „Etiudy małżeńskiej” Czechy 2018?

– Niezupełnie. Bo oni się stylizują trochę. Widzę to. U mnie tego nie było.

Nie miała pani pokusy, żeby tą metodą czasozbierania opowiedzieć o życiu ludzi z innych krajów?

– Nigdy. Nie rozumiem ludzi z inną mentalnością. Nie jestem kosmopolitką, jestem jej przeciwieństwem. Czuję się bardziej członkiem kultury zachodniej niż wschodniej, ale zarazem intensywnie czuję się Czeszką.

Jak to jest czuć się Czeszką?

– Polega to na przykład na tym, że gdy wchodzę do czyjegoś domu i widzę na ścianie obrazek ze Szwejkiem i podpis: „To chce klid” (To wymaga spokoju), to wiem, o co chodzi. U Marceli wisi taki obrazek. To jest hasło prostych czeskich ludzi. A jakbym kręciła w Syrii, weszła do czyjegoś domu i zobaczyła na ścianie wiele obrazków, nie wiedziałabym, który jest ważny, który sfilmować.

Co to znaczy, że to wymaga spokoju?

– To jest właśnie ta charakterystyczna czeska cecha polegająca na tym, że przyjmuje się życie takim, jakim jest. Taka ostrożność: eee nie, co się będę wygłupiać.

Mam taką teorię, że czeska mentalność jest trochę związana z geografią. Pierwsza rzecz, która wpływa na nią, to brak dostępu do morza. Nie mamy tematu nieskończoności. Mamy trochę ciaśniejsze horyzonty, jesteśmy przez to trochę nudniejsi. Podobnie jak Austriacy i Szwajcarzy. Z tego wynika pewna małość, zamknięcie w sobie, przyziemność, trochę drobnomieszczaństwo. Druga sprawa to to, że jesteśmy narodem nieoczywistości.

PRZECZYTAJ TAKŻE: A głowa się kręci, czyli Czechy nie z tej ziemi. Mariusza Szczygła subiektywny przewodnik po Pradze

Hm?

– Zapożyczyłam to z eseju Milana Kundery z 1968 roku pt. „Nesamozrejmost naroda”. Kundera pisał, że istnienie narodu czeskiego nigdy nie było kwestią oczywistą i ta nieoczywistość jest jedną z jego najważniejszych tożsamości. Wynika z tego, że przez długi czas czeski nie był uważany za pełnowartościowy język. To był język biedoty, chłopstwa. Inteligencja, wyższe sfery mówiły po niemiecku. W XIX wieku Czesi postanowili się zdefiniować narodowo. Zbudowaliśmy sobie nawet Teatr Narodowy...

Dla mnie ta niedoskonałość, to wszystko, to elementy czeskości. Mnie to fascynuje. Nie identyfikuję się z tym, ale wiem, że jestem tym naznaczona. Gdy jestem w towarzystwie dumnego Francuza czy Polaka, widzę, że się od nich różnię. Jestem mniej pewna siebie. Gdy poznaję pewną siebie Polkę, odruchowo myślę: „O, to dzięki morzu”. Ja zobaczyłam morze po raz pierwszy, gdy miałam osiem lat, na wakacjach z rodzicami w Polsce. Byłam zachwycona. Morze jest bezkresne. Uruchamia wyobraźnię, symbolizuje nieskończoność, wieczność. A tutaj gdziekolwiek człowiek się obejrzy, wszędzie granica, horyzont.

A jak pani patrzy w morze, o czym pani myśli?

– Odnoszę wrażenie, że to dla mnie za dużo. Że nie jestem do tego morza przystosowana. Nie jestem stworzona, żeby nawet patrzeć na coś takiego. Morze mi uświadamia, że moje możliwości są ograniczone. I akceptuję to. Mogę podróżować, ale zawsze wracam do nudnych płaskich Czech i robię nudne filmy o zwykłych ludziach.

Ciekawe jest to, co pani mówi o nieoczywistości czeskiego narodu, bo teraz u was rośnie w siłę nacjonalizm. Partia Tomio Okamury, czeskiego rasisty, który sam jest pół-Japończykiem, zdobyła w ostatnich wyborach parlamentarnych ponad 10 procent głosów.

– Nasz nacjonalizm to jak czeski film. Nacjonaliści to ci Czesi, którzy te problematyczne cechy czeskie mają najmocniej rozwinięte. Najbardziej przyziemni, najbardziej zamknięci. Tomio Okamura sam nie wygląda jak nasz, ale umiejętnie straszy nas obcymi. Orban na Węgrzech robi to samo. Tak samo działał Hitler. Wykreujmy wroga, wytwórzmy w narodzie poczucie zagrożenia, roznieśmy strach, a potem przedstawmy się jako ci, którzy was obronią.

Pamiętam film Vita Klusáka i Filipa Remundy z 2004 roku pt. „Czeski sen”. O ludziach, którzy po wejściu Czech do Unii Europejskiej pędzą na złamanie karku do fikcyjnego hipermarketu, o dramatycznym pragnieniu dóbr konsumpcyjnych. Teraz Tomio Okamura buduje swoją karierę, obiecując wyprowadzić Czechy z Unii. A swoją książkę też zatytułował „Czeski sen”.

– Postawa Czechów wobec Unii jest dla mnie zdumiewająca. Nie jestem bezkrytyczna wobec Unii, ale nie mogę zrozumieć ludzi, którzy całkowicie ją odrzucają. Rozmawiam na przykład z taksówkarzem, pytam, co sądzi o prezydencie Zemanie. „Zeman jest OK. On nas uratuje przed Unią Europejską” – słyszę w odpowiedzi. Pytam: „A czemu pan chce być uratowany przed Unią Europejską?”. A on: „Bo Bruksela cały czas coś nam narzuca, dyktuje. A ja chcę być niezależny”. Taksówkarze jeżdżą cały dzień, słuchając tabloidowych stacji radiowych, gdzie ciągle się mówi o tym, że Unia jest zła, że czyha na naszą wolność. Media nagłaśniają sprawy błahe. Słyszała pani o skandalu z pomazankowym maslem? To takie tradycyjne czeskie smarowidełko do kanapek. Nazywało się „masło”, choć zgodnie z europejską definicją masłem nie jest. Kazano nam zmienić nazwę. Teraz na pudełeczkach napisane jest „tradicni pomazankove”. Czyli hańba! Zmusili nas do przemianowania naszego narodowego wyrobu! Albo straszliwa afera bananowa. Unia pozwala importować banany tylko o odpowiednim kształcie. To propaganda, którą zaczął Vaclav Klaus, a teraz kontynuuje Milos Zeman. Ja myślę, że za tym stoi Rosja, bo to przecież obraca się przede wszystkim na korzyść Putina, który nie lubi się z Unią. Syn Klausa, Vaclav Klaus młodszy, nowa gwiazda prawicy, sam zresztą oświadczył publicznie, że dla niego bardziej akceptowalna jest Rosja niż niedemokratyczna Unia Europejska.

Czechom nie będzie żal dobrobytu?

– Może myślą, że dobrobyt jest dany raz na zawsze? Traktują go jako coś oczywistego. Zuzana, była żona Stanislava, mówi: „I co z tego, że jesteśmy w Unii, jak znowu mi podnieśli rachunek za gaz”.

Dlaczego ludzie w Czechach czy w Polsce tak łatwo dają się manipulować?

– A dlaczego w Niemczech Alternative für Deutschland ma większe poparcie na terenie byłej NRD niż RFN? To spuścizna komunizmu i komunistycznej edukacji, która nie uczyła krytycznego myślenia, analizowania faktów. U nas ciągle pokutuje ten intelektualny marazm. Zachód rozwijał się w liberalny sposób, Wschód boi się o wiele bardziej. Przyjmujemy bezrefleksyjne stwierdzenia o zagrożeniu imigrantami, których w Czechach jest 12. Okamura straszy muzułmanami, a mamy ich w kraju zaledwie garstkę, zresztą zasymilowaną. Organizuje patriotyczne zrywy w rodzaju: nie jedzmy kebabów.

Co by musiało się stać, żeby uznała pani którąś ze swoich historii za zakończoną? Skoro kręci pani już dzieci swoich bohaterów, za chwilę przyjdzie kolej na wnuki. Nigdy się to pani nie znudzi?

– Mnie się w ogóle nie chce zaczynać nowych tematów. Wolę kontynuować to, co zaczęłam. Jestem już umówiona z moją córką Haną, która też ukończyła szkołę filmową, że po mojej śmierci przejmie rodziny moich bohaterów. Na razie zaczęła własny projekt „Etiudy małżeńskie: nowa generacja” z sześcioma świeżo poślubionymi parami. Widziałam pierwsze nagrania. Pojawiają się nowe tematy rozmów. Kredyty, hipoteki, alternatywne rodzaje przedszkola. U nas bardzo głośno jest ostatnio o idei przedszkola leśnego. Dzieci spędzają cały dzień na dworze bez względu na pogodę. Wiosną stawiają namiot, zimą to jest jurta… To wywołuje zażarte dyskusje. Tematy się zmieniają, ale Czesi pozostają tacy sami.

Czyli ciągle patrzą ciasno wokół siebie?

– Horyzonty trochę się poszerzyły, ale nie bardzo.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl