>>Konkurs o czeskich wzorach na kulturę, spotkanie i jakość.
Pokaż nam swój czeski wzór i wyjedź z Mariuszem Szczygłem do Czech!
Szczegóły na: wyborcza.pl/Czechynieztejziemi

***

Na początku XX wieku nad Pragą latały pierwsze samoloty, a sławny poeta metafizyczny Otokar Brezina wyszedł ze swoim sekretarzem na spacer. Kiedy młody człowiek podniósł głowę i krzyknął: „Mistrzu! Samolot!”, poeta, pochylony nad swoją laską, nawet nie spojrzał w górę. „Potrafię to sobie wyobrazić” – powiedział pod nosem.

Anegdota ta doskonale oddaje czeskiego ducha.

Z jednej strony – nowoczesność i rozwój. W 1924 r. Czechosłowacja była 10. najbogatszym krajem świata. 70 proc. jej mieszkańców mieszkało w miastach, a 30 proc. na wsi, w przedwojennej Polsce było odwrotnie.

Setki zgłoszeń i dziewięciu wyłonionych finalistów. Koniec konkursu na najlepszy fotoreportaż o Czechach

Z drugiej strony – zadowolenie z siebie i miejsca, gdzie się jest. „Świat mógłby być nam ukradziony i nawet tego nie zauważymy” – mawia mój przyjaciel Pavel Trojan z praskiego Žižkova.

Kiedy widzę Czechów pochylonych nad piwem, zawsze myślę, że są szczęśliwi i niczego więcej nie potrzebują. Wystarcza im własna kultura, są jej wielkimi miłośnikami, a wszystkie nowinki ze świata muszą przykroić na własną miarę. KFC nazwą kejefcićko (uwaga: w żadnym przypadku kejefsićko, nazwy anglojęzyczne są czytane po czesku, weekend to wíkend, a nie łykend), a DVD – dívídicko.

„Honey Honey” Abby uchodzi za utwór Hany Zagorovej, „Killing Me Softly with His Song” Roberty Flack – za przebój Heleny Vondráckovej, a „Forever Young” Alphaville – za hit Karela Gotta. To nie Czesi przystosowują się do reszty świata, ale cały świat dostosowują do siebie.

Pragę uważają za matkę miast. Niejakiego Járę Cimrmana – czeskiego Leonarda da Vinci – za geniusza wszech czasów. Ciszę – za stan idealny. A wytwórnię Barrandov za Hollywood Europy. Wśród filmowców mają dokumentalistkę Helenę Treštíkovą, która z kamerą towarzyszy niektórym Czechom przez całe ich życie.

O tym wszystkim opowiemy w najbliższych tygodniach w cyklu „Czechy nie z tej ziemi”.

Mariusz Szczygieł

 

Pragę opisywałem już na tysiąc sposobów, ale – jak się zorientowałem – nigdy tego dość. Ciągle słyszę od znajomych i nieznajomych pytanie: co warto tam zobaczyć? Oto więc mój tysiąc pierwszy alternatywny (do wszystkich poprzednich alternatywnych), osobisty przewodnik, w którym wysokie pomieszałem z niskim, bo tylko wtedy życie ma równowagę, czyli, jak twierdzą Czesi, „život je v pohode”.

Każdy Polak po wyjściu z pociągu na Hlavnim nádraži może dostarczyć sobie małą dawkę niemoralności. Żeby się szybko zdemoralizować, trzeba pójść w lewo od wejścia/wyjścia głównego, jeśli staniemy przodem do budynku dworca. Na końcu alejki prowadzącej do przystanków tramwajowych widać pomnik dwóch pedałów. (Przepraszam za słownictwo, ale od czasu, kiedy tu po wojnie stanął, tak nazywają go prażanie. Jak mówi moja mama Stefania, nie używam brzydkich słów, tylko je cytuję!). Na cokole widzimy dwóch całujących się mężczyzn. W tym miłosnym uścisku niższy niemal chce wspiąć się na wyższego, uwieszony za jego szyję…

Pomnik nazywa się „Braterstwo”, wyrzeźbił go Karel Pokorný – ten sam, który nie chciał wygrać konkursu na największy pomnik Stalina na kuli ziemskiej, w związku z czym zaprojektował Stalina z rozłożonymi rękoma. Wódz przypominał Jezusa, co zdyskwalifikowało projekt. Analizowane w duchu komunizmu „Braterstwo” przedstawia Rosjanina wyzwoliciela, którego Czech w imieniu narodu serdecznie wita. Radziecki żołnierz jest wyższy i dominujący, a czeski partyzant niższy i podległy.

Pomnik 'Braterstwo'Pomnik 'Braterstwo' Fot. BE&W

W duchu LGBT Rosjanin jest partnerem aktywnym, Czech – pasywnym.

Do pomnika pozowali oficer NKWD Wasilij Prużiniew (z zawodu krawiec damski) i robotnik Jožo Vraz. Oryginał znajduje się w Czeskiej Trzebowie, a w Pradze stoi jego wierna kopia.

W 1970 roku rzeźbę przewieziono w trybie pilnym na wystawę Expo w Osace. Otóż czeski rzeźbiarz Vladimir Janoušek, żeby zaprotestować przeciwko okupacji Czechosłowacji przez Sowietów, ustawił przed narodowym pawilonem figury żołnierzy robotów, którzy mierzyli w wejście z karabinów. Kiedy okazało się, że mierzą od strony pawilonu radzieckiego, czechosłowackie władze zdecydowały, że do Osaki na ratunek (ideologiczny) przywiozą w trybie pilnym dwóch pe…, o, przepraszam, czerwonoarmiejca i partyzanta. Na dowód, że oba narody się kochają. Tyle że konserwatywni Japończycy, nienawykli do kontaktów cielesnych w przestrzeni publicznej – nie podają sobie przecież nawet rąk na powitanie – byli nim niezdrowo podnieceni. Pomnik szybko stał się w Osace ulubionym tłem do fotografowania. W Pradze zaś „Braterstwo” tak wpłynęło na okolicę, że aż do ery internetu skwer wokół rzeźb był miejscem męskiej prostytucji.

Upadłe panie

Skoro jesteśmy przy najstarszym zawodzie, to uprawiające go kobiety wystawały w samym centrum miasta, na ulicy Perlovej, zwanej Perlovką. Teraz na kamienicy z numerem 2 znajdziecie pamiątkową tablicę „Padlým ženám” (poległym kobietom). Chodzi o prostytutki zabite przez klientów, alfonsów i koleżanki po fachu. Przymiotnik ma jednak podwójne znaczenie, bo „padla” to też kobieta upadła.

Tablica pamięci poległych prostytutek ma jeszcze jedną linijkę, wyrytą srebrnymi zgłoskami: „Cześć ich p…” – i słowo na „p” nie jest rozwinięte.

Rzeczniczka ratusza Veronika Blažková powiedziała prasie, że zadaniem tablicy jest przypominać historię ulicy Perlovej. Sama widziała, że ktoś przynosi w to miejsce kwiaty i zawiesza je obok, na zabytkowym kinkiecie. Jak mniema, musi to być ktoś, kogo ciągną tu emocje. Panie już Perlovki nie obstawiają, w 2008 roku prawo zakazało nagabywania klientów na ulicach.

Czeska Akademia Nauk przedstawia

Skoro słuchamy rzeczniczki ratusza, nie omińmy jego samego. Autorzy przewodnika „Teplá Praha” („teplý” to ciepły, czyli gej, po czesku także „teplouš”) piszą o „homoseksualnym czytaniu miasta”. Jeśli ktoś akurat w ten sposób chce czytać Pragę, może znaleźć coś w temacie całkiem niedaleko od Perlovki – Nowy Ratusz na Mariánskim namesti 2 – i poczytać sobie ten secesyjny budynek.

Na lewo od głównego wejścia mamy prawdziwe bezeceństwo – relief „Obywatele niosący brzemię”: trzech nagich mężczyzn niby podtrzymuje mur, ale dosłownie wchodzi na siebie. Za nimi starzec ukazuje nagiemu młodzieńcowi, co ci panowie robią, a nawet – można mieć wrażenie – że go zachęca, aby się do nich dołączył.

Gdyby kogoś interesowały w czeskiej stolicy wszystkie nagie rzeźby obu płci i pozostałych orientacji, prace artystów zebrane zostały w przewodniku „Praha erotická”, wydanym przez wydawnictwo Akademii Nauk Republiki Czeskiej. Szczerze mówiąc, nie jestem zaskoczony, że autorzy tej akademickiej publikacji kończą wstęp apelem do czytelników: „Wyjść w teren! Czołem przechadzce!”.

'Obywatele niosący brzemię''Obywatele niosący brzemię' Fot. BE&W

PRZECZYTAJ TAKŻE: Polacy i Czesi, czyli pomnik zapozna gołębia

Paciorki jednej windy

Skoro już stanęliśmy na Mariánskim namesti i patrzymy na bezwstydną płaskorzeźbę, wejdźmy na schody budowli, a nimi do środka, żeby dostarczyć sobie chwili grozy. W ratuszu jeździ winda, do której wskakuje się w biegu. Nie ma drzwi i jeździ bez przerwy z góry na dół i z dołu do góry. Zawsze się boję, że nie zdążę wskoczyć. Wiele osób nigdy nie odważa się na to, obawiając się, że dźwig obetnie im nogi albo głowę.

Winda nazywa się ojczenasz lub paternoster. Nazwa wzięła się stąd, że to winda okrężna, inaczej – paciorkowa. Jej schemat wygląda jak różaniec: kilka kabin jest równomiernie przesuwanych na linie. Odważni albo gapy, jeśli nie wysiądą (trzeba to zrobić zdecydowanie, nie za wcześnie i nie za późno), mogą przejechać przez strych albo piwnicę i zmienić kierunek w trakcie jazdy. Uwaga: radzę nie przyglądać się jej długo z korytarza, bo patrzenie na paternoster może być hipnotyzujące i nas tak skołować, że o własnych siłach już do niej nie wsiądziemy.

Ten właśnie ojczenasz (w czeskim zapisuje się to jak nazwę własną, małą literą) ma sto lat i niedawno został odrestaurowany. Wynalazek brytyjskich inżynierów firmy J & E Hall dla wielu Czechów był jednym z technicznych symboli przedwojennej Czechosłowacji.

(Ten punkt przewodnika dotyczy czytelników spoza Katowic i Opola, bo tam też jeżdżą paternostry).

Nogaś na stronie: Lekcja czeskiego z Mariuszem Szczygłem

Msze w szkole, kancelaria – w kuchni

Skoro tknęliśmy różaniec, a będziecie zwiedzać miasto w weekend, koniecznie pójdźcie do mojego ulubionego kościoła w Pradze. Na mszę w niedzielę o 10.00 rano.

Uwaga: żaden barok! Kościół mieści się w apartamentowcu.

Po 1621 roku, kiedy Czechy przegrały bitwę pod Białą Górą, Habsburgowie wymietli im husytyzm, a jezuici starali się nawrócić protestancki naród na „prawdziwą wiarę”. Zabudowali (choć lepiej brzmi – zalali) Pragę barokowymi świątyniami. Figury, które widzicie choćby na moście Karola, nie stanęły tam, kiedy most w 1357 roku zbudowano. „To posępne wojsko okupantów, które przed trzystu pięćdziesięciu laty wdarło się do Czech, aby z duszy narodu wyrwać jego wiarę i jego język” – pisał Kundera. „Cudownie piękny nagrobek nad mogiłą zabitego narodu” – pisał o baroku inny autor. Dlatego nie do „okupacyjnej” świątyni Was zapraszam, lecz do husyckiej.

Husuv sbor w Holešovicach przy ul. Farského 3 to kościół w budynku mieszkalnym. Z ulicy mamy wejście do modernistycznego apartamentowca z lat 30. XX wieku i do kościoła, którego przedsionek nie zwiastuje wspaniałości w środku. Otóż dopiero gdy wejdziemy do nawy głównej, odsłania się przed nami ołtarz z monumentalnym kamiennym Jezusem na krzyżu, a nad nim – fantastyczna kopuła stworzona z setek szklanych prostokątów – w kolorach turkusowym i białym.

Kiedy mój tata Jerzy, katolik typu radiomaryjnego, znalazł się w środku, na widok tej magicznej kopuły oniemiał. Po chwili wahania powiedział: „Eeee, husyci nie husyci, ale czuję, że tu też jest Bóg” – i uklęknął. Świadkiem była wydawczyni moich książek w Czechach Jaroslava Jiskrová, która nas do tego kościoła zaprowadziła.

Dlaczego husycka świątynia działa w budynku mieszkalnym?

Pierwszy proboszcz tej parafii Josef Seiner był proboszczem rzymskokatolickim, który, jak setki czeskich księży w tym czasie, od katolików uciekł. W 1921 roku husyci w Holešowicach nie mieli swojego budynku, więc mianowanie Seinera na proboszcza husyckiego odbyło się w knajpie Urania. Msze odprawiał w szkole, a kancelarię prowadził w kuchni wynajętego mieszkania. Było jednak tam tak mało miejsca, że swoje rzeczy trzymał w… budynku policji. „W ten sposób ofiarny proboszcz, któremu u katolików niczego nie brakowało, żył trzy lata” – głosi historia parafii. W 1927 roku, gdy miała rozpocząć się budowa kościoła z magiczną kopułą, wciąż nie było na to pieniędzy. Husyci z Holešovic zwrócili się o pomoc do burmistrza Chicago (pochodził z Czech), do przemysłowca Baty i do czechosłowackiego rządu, ale bez efektu. Postanowili zaciągnąć na budowę kredyt hipoteczny. Żeby było z czego go spłacać, nad kościołem zbudowali budynek mieszkalny, a mieszkania sprzedali.

Oto czeski pragmatyzm w służbie religii.

Przypominam: świątynia nie jest otwarta dla zwiedzających, jej wnętrze można zobaczyć tylko podczas mszy w niedzielę o 10.00.

PRZECZYTAJ TAKŻE: I jak się Państwu żyje bez Boga? Ateizm po czesku

Wino dla esbeków

Skoro mówimy o architekturze, to na brzegu Wełtawy (Masarykovo nabreži 1),naprzeciwko Tańczącego Domu, po skosie, stoi pałac Mánes, który wielu turystom przypomina pawilon handlowy z czasów głębokiego socjalizmu. Nic bardziej błędnego – budynkowi należy się szacunek. Wygląda wprawdzie jak prowokacja wobec neogotyckich czy neobarokowych kamienic wokół, ale jest dziełem funkcjonalizmu z lat 20. XX wieku. Był centrum lewicowych artystów i jako budynek niewysoki, prosty, bez ozdób miał zgodnie z intencjami gospodarzy zawiadamiać, że świat, który nadchodzi, może być prosty, przyjazny i na miarę przechodnia. W Pradze całe lata debatowano, który dom jest najobrzydliwszy. Od kiedy zbudowano Mánes, dyskusje ustały.

Warto się tam przejść, bo w Mánesie zawsze jest jakaś ciekawa wystawa sztuki. Do budynku przylega wieża, nazywana Šitkovską. To najstarsza wieża ciśnień w Pradze, pochodzi z XVI wieku i ma 48 metrów wysokości. Ponieważ naprzeciwko mieszkał dysydent Václav Havel, Służba Bezpieczeństwa urządziła w niej, pod kopułą, centrum obserwacyjno-podsłuchowe jego mieszkania z lunetami i radiostacją. Dwóch pracowników tajnej milicji urzędowało w wieży dzień i noc. Gazety donosiły, że jeszcze w 1995 roku walały się tam resztki spalonych dokumentów, maszyna do pisania i łóżko. Havel był znany z tego, że kiedy w knajpie zauważył przy stoliku obok inwigilujących go esbeków, potrafił dla nich zamówić wino. Albo – odwrócić się na ulicy i poprosić: „Panowie, czy możecie iść za mną nie dwa, ale 12 metrów, a ja obiecuję, że nie ucieknę za rogiem”.

Obserwowany przez nich budynek to dom, gdzie Havel spędził większą część życia. Zbudował go w 1904 roku dziadek prezydenta. (Pierwsza kamienica za Tańczącym Domem, Rašinovo nábreži 78).

Pałac Mánes i wieża ŠitkovskáPałac Mánes i wieża Šitkovská Fot. Peter Erik Forsberg/BE&W

Wróg nie śpi na poczcie

Skoro jesteśmy przy opozycji, warto przejść się ulicą, którą w latach 80. XX wieku wykorzystywało Stowarzyszenie dla Weselszej Przyszłości.

Podpisanie najważniejszej opozycyjnej deklaracji Karty 77 groziło więzieniem, ale i dotkliwymi represjami, na przykład dzieciom opozycjonistów zakazywano nauki w szkole średniej i były skazane na zawodówkę; inteligentów wyrzucano z pracy, dając im do wyboru pracę palacza w kotłowni albo pomywacza okien. Ktoś wymyślił więc antyreżimowy ruch, do którego ludzie nie będą bali się przystąpić.

A czego nie boją się nigdy Czesi? Śmiechu.

Stowarzyszenie dla Weselszej Przyszłości zaproponowało „Bieg aleją Więźniów Politycznych o wypuszczenie więźniów politycznych”. Mieli hasło: „Dziś biegamy za was, jutro wy za nas”. Bieg zaczynał się zawsze po pracy o 17.00. Po ulicy Politických veznu biegały także kobiety z siatkami na zakupy i dzieci odebrane z przedszkola. Przez kilka miesięcy pobiegło ponad tysiąc osób. Bieg kończył się zawsze przy Poczcie Głównej na ulicy Jindrišskiej 14 – niektórzy na finał wrzucali do skrzynki pozdrowienia dla uwięzionych.

Kiedyś Václav Havel na pytanie, czym się różniła opozycja antysystemowa w Czechosłowacji od tej w PRL-u, odparł: – Nas było mniej, ale byliśmy dowcipniejsi.

Aha! Jak już zatrzymacie się przy Poczcie Głównej, wejdźcie do środka – to jeden z najpiękniejszych urzędów pocztowych na świecie. Neorenesansowy budynek z 1874 roku ma wielką halę ze szklanym dachem – kiedyś był to dziedziniec dla dyliżansów pocztowych. Niestety, ilekroć chcę w środku zrobić zdjęcie, natychmiast interweniuje ochrona. Zabytek jest ważnym ośrodkiem łączności, a wróg – jak widać i w naszych czasach – nie śpi.

Poczta Główna ze szklanym dachemPoczta Główna ze szklanym dachem Fot. Thierry Tronnel/Corbis via Getty Images

Polska solidność trumienna

Skoro wspomnieliśmy tak lubianego w Polsce Havla, może ktoś zechce pójść na jego grób (arkady kaplicy św. Wacława na cmentarzu Vinohradskim, ul. Vinohradská 212). Kiedy chowano prochy prezydenta w rodzinnym grobowcu, na podręcznym stoliku obok postawiono… trzy urny. Uczestnicy pogrzebu upewniali się między sobą, czy we wszystkich trzech jest Václav.

Niestety, tak. Trumny, których używa się w Czechach przed kremacją, są lekkie, z niezbyt trwałego materiału, aby bez problemu spłonęły. Tyle że dla eksprezydenta Republiki Czech zamówiono trumnę z… Polski. A ta była solidna, bo, jak wiadomo, w pogrzebach jesteśmy mistrzami świata. Po spaleniu okazało się, że popiół nie wejdzie do jednej, potem, że nie wejdzie do dwu… Dagmar Havlová stała więc nad trzema urnami, a naród, który uważa, że humor jest najlepszym przejawem smutku, orzekł: pierwsza urna dla pierwszej żony Olgi, druga dla drugiej – Dagmar, a trzecia dla kochanki Ireny, z którą eksprezydent podobno miał romans przed śmiercią. Cóż, „tragizm i komizm życia to bliźnięta, drogi biorące początek z tego samego miejsca”, pisał serdeczny kolega Havla Bohumil Hrabal.

Z Clintonem u Zlatého tygra

Skoro zacytowaliśmy Hrabala, pisarza, który twierdził, że kocha żyć w gospodach, a jeśli wejdzie do kawiarni czy restauracji, to tylko przez pomyłkę, musimy napić się piwa.

Najważniejszym miejscem Hrabala w Pradze była knajpa U Zlatého tygra (Pod Złotym Tygrysem) na ulicy Husovej 17, gdzie bywał codziennie bez względu na pogodę. Gotycki dom, przebudowany kolejno w renesansie i baroku, stoi tu od XII wieku, ale tygrysa w herbie ma od XVII (wcześniej miał motykę). Lokal U Zlatého tygra dostał jakiś czas temu także przydomek Plzenská pivnice, bo podaje się tu oczywiście pilznera z Pilzna.

Pod Złotym TygrysemPod Złotym Tygrysem Fot. Petr Bonek/ BE&W

Bohumil Hrabal siadywał z tyłu, przy wejściu do kuchni. Nad jego miejscem wisiała fotografia z Klubu Czeskiego w Londynie, na której widać go wśród fury flaszek po pilznerze. Czasem, gdy był wkurzony na towarzyszy od stołu („wychodząc z knajpy, gość cieszy się, że następnego dnia pójdzie tam znowu, albo też przysięga sobie, że już do śmierci nie zada się z tą hołotą”), zaszywał się przy wejściu do toalety.

– Raz przy jego stole wybuchła kłótnia, pisarz się obraził i znów usiadł przy wejściu do kibla – wspomina jego przyjaciel i biograf Tomaš Mazal. – A na stoliku po jakimś gościu został pusty talerzyk spod filiżanki. W swoim piwnym zadumaniu Hrabal stwierdził, że nieznani mu ludzie po skorzystaniu z WC zostawiają na talerzyku monety. Myślą, że ten zarośnięty dziad to męska wersja babki klozetowej. Hrabal trwał na posterunku, jakby rola była dla niego stworzona. Po godzinie wrócił do stołu kolegów i ogłosił: „Wy, dupki, pierniczycie te swoje głupoty, a ja przynajmniej zarobiłem jakieś pieniądze”.

U Zlatého tygra zobaczycie też historyczną fotografię Hrabala, Havla i Clintona. 11 stycznia 1994 roku czeski prezydent przyprowadził tu do Hrabala samego prezydenta USA. (Kiedy Havel był jeszcze kulisowym w pobliskim teatrze, też codziennie w przerwie obiadowej przychodził do Tygra na piwo). Dyplomatyczne wydarzenie zostało uwiecznione przez pisarza w opowiadaniu „Partnerstwo dla Pokoju albo Czekając na Godota” i było o nim głośno, bo zaraz po wyjeździe Billa Clintona wydrukowała je gazeta „Právo” (córka komunistycznego „Rudého práva”).

Bohumil Hrabal, najgenialniejszy dla mnie obok Kafki i Máraia pisarz naszej części Europy, wypuścił z wizyty Clintona powietrze:

„W środę siedziałem u Tygrysa koło ubikacji… A potem przyszła Julcia i zaraz przystawiła się do mnie, i całowała mnie, i płakała, a ja pokazałem jej zdjęcia z tego naszego poniedziałku… Obchody zrównania dnia z nocą… te jej piersi… a ona płakała ze szczęścia, jak żeśmy uhonorowali jej biust… Później ten cykl zdjęć pokazałem tajniakom, nie tylko czeskim, ale też amerykańskim, żeby wiedzieli, jak chcemy tu przywitać pana prezydenta Clintona u Tygrysa pod wielkimi rogami, i żeby nasz pan prezydent zobaczył, jak się tutaj zabawiamy… Julcia elegancko pokaże cycki… No i tajniacy wpadli w zachwyt, jak to zamierzamy powitać pana prezydenta Clintona, i że oni to tu zabezpieczą… Julcia płakała ze szczęścia, że już się cieszy na uroczyste przywitanie prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki i że wypucuje sobie pizdę i przyniesie karpia, którego osobiście przyrządzi w kuchni… a ja pokazywałem cykl zdjęć pana Mazala…”. (Tyle w tłumaczeniu mojego ulubionego tłumacza Hrabala Jana Stachowskiego).

Po tym fragmencie łatwo się zorientujecie, co znaczy czeskie słowo „pábeni” czyli swobodna, nieznająca umiaru paplanina w gospodzie – objaw występujący u „pabitela”. Bo jak pisał pábitel Hrabal, do knajpy chodzi się po to, żeby usłyszeć, co się w niej mówiło wczoraj.

Bohumil Hrabal i piwoBohumil Hrabal i piwo Fot. Vácha Pavel/CTK/PAP

PRZECZYTAJ TAKŻE: Czesi mają pięciu Jezusów

Gdzie na jedno piwo?

Skoro siedzimy w Złotym Tygrysie, chcę Wam podać też listę adresów innych lokali, w których bywał autor „Postrzyżyn”. W wielu z nich stawał tylko przy barze, słuchał, o czym się mówi, wypijał jedno piwo i szedł do następnego. Ale żebym był sprawiedliwy wobec Akademii Nauk, nadmienię: jej szacowne wydawnictwo wydało nie tylko pozycję „Praha erotická”, ale i przewodnik „Cesty s Bohumilem Hrabalem” Tomaša Mazala, skąd biorę teraz poniższy spis:

U Husenských (aktualnie U Kotvy) – ul. Spálená 11

U Pinkasu – Jungmannovo námesti 16

U Kofru (aktualnie Na Staré cihelne)– ul. Chaberská 18

U Lišku (aktualnie U Rokytky) – námesti Dr. V. Holeho 7

U Merkuru – ul. Heydukova 2

U Kohnu (aktualnie U Horkých pivni Sanatorium) – ul. Koželužská 8

U Pavu (aktualnie U Jerabku) – ul. Primátorská 7

U Jarolimku – ul. Primátorská 40

U Karla IV – ul. Zenklova 92

Na Korabe – ul. Zenklova 143

U Krale Jiriho – ul. Novakových 39

To są knajpy w centrum i w ukochanej przez Hrabala dzielnicy Liben. Stamtąd odprowadzał do domu na Žižkov przyjaciela Vladimirka czyli Vladimira Boudnika („Czuły barbarzyńca”). Zatrzymywali się zawsze U Slovanské Lipy – przy Tachovskim námesti 6 na „ostatnie piwo”. Boudnik – robotnik i malarz, jak głosi legenda – do grafik używał wszystkiego, łącznie z najcenniejszymi płynami swojego organizmu i, jak pisał Hrabal, był mistrzem zmysłowej imaginacji.

42 pierścienie i oliwa

Skoro jesteśmy przy zmysłach i sztuce, musicie zobaczyć najnowsze dzieło rzeźbiarza Davida Cernego (o dawnych pracach nie piszę, bo ich listę z adresami zamieściłem w książce „Zrób sobie raj” i w reportażu „Wkurzacz czeski” w „Dużym Formacie” ). Nowość to głowa Franza Kafki.

Na tyłach centrum handlowego Quadrio przy Spálenej 22 stoi błyszcząca artystyczna maszyna. 42 pierścienie czy też piętra głowy nieustannie się obracają. Często w zupełnie różnych kierunkach. Fascynuje mnie ta ruchoma metafora i lubię patrzeć, jak poszczególne piętra głowy nawzajem się szukają, żeby obrócić się choć raz wspólnym ruchem

Mechanizmy – każdy pierścień ma swój silnik – oliwione są raz na dwa tygodnie. Za dzieło zapłacił szwajcarski biznesmen o polskim nazwisku Pawłowski. Pomnik stoi na prywatnym terenie. Kiedy go instalowano, był całkowicie zasłonięty, jak nasz pomnik smoleński, bo niebywale denerwował konserwatywnych wielbicieli Pragi. Stanął w ścisłym historycznym centrum. O dziele napisał „New York Times” przy setnej rocznicy wydania „Przemiany” w 2015 roku, potem zachwyciły się nim inne światowe pisma, a na YouTubie coraz częściej pojawiały się filmiki z głową. I nagle opinie o „Kafce” Cernego stały się bardzo przychylne, głowa kręci się już czwarty rok. David mówi, że to dzieło, które może podpisać własną krwią, co oznacza, że jest z niego bardzo zadowolony.

Dla mnie osobiście to także pomnik głowy podczas migreny.

Głowa Franza KafkiGłowa Franza Kafki Fot. 123RF

PRZECZYTAJ TAKŻE: W Czechach flagi między nogami i na billboardach

De-creazione dla Watykanu

Skoro mówimy o Davidzie Cernym, warto odwiedzić Galerię Narodową, której były dyrektor Milan Knižák postawił sobie za punkt honoru nie pokazać w niej żadnego dzieła Cernego, a Cerny za punkt honoru, że nigdy nie przekroczy jej progu.

Galeria mieści się w Veletržnim palacu (Pałac wystaw) przy ul. Dukelských hrdinu 47. To funkcjonalistyczny budynek z lat 1925-29. Znajdziecie w nim sztukę czeską (łącznie z Vladimirem Boudnikiem), dzieła Picassa, Braque’a, Renoira, van Gogha czy Klimta. Do 23 września trwa tam wystawa najsławniejszego żyjącego czeskiego fotografa Josefa Koudelki pt. „De-creazione”.

Koudelka wyjechał z Czechosłowacji w 1969 roku i przemycił negatywy z inwazji sowieckiej na Pragę. Wydrukował je „The Sunday Times” pod inicjałami P.P. (Prague Photographer). Od 1971 roku współtworzy sławną agencję Magnum. Pięć lat temu Muzea Watykańskie zamówiły u niego zdjęcia na 55. Biennale Sztuki w Wenecji, a mottem były słowa Václava Havla: „Człowiek nie jest wszechmocnym panem ziemi…”. Artysta mógł wybrać jeden z trzech tematów, inspirowanych Księgą Rodzaju: akt tworzenia, akt zniszczenia i akt odrodzenia. Wybrał zniszczenie. Efekt leży (a dlaczego nie wisi, to warto samemu zobaczyć) w Veletržnim palacu. Wysokie na metr, a szerokie na dwa i pół metra fotografie przedstawiają „zbrodnie przeciw naturze”. Degradacja przyrody jest jego zdaniem równoważna zbrodni przeciwko ludzkości.

Pięćset metrów od Pałacu Wystaw zobaczycie Stromovkę – największy park w Pradze. Jego poprzednikiem był królewski zwierzyniec, który król Przemysł Ottokar II założył w 1268 roku.

Dziewczęca wojna

Skoro martwimy się niszczeniem Ziemi, warto wybrać się na wycieczkę do miejsca niezniszczonego i z pietyzmem pielęgnowanego. Jego wiek to 600-700 milionów lat. To jeden z najpiękniejszych zakątków Pragi, wciąż niezbyt oblegany przez turystów.

Cztery minuty tramwajem nr 20 lub 26 od stacji metra Nádraži Veleslavin znajduje się Divoká Šárka – okaz przyrody, jakiego nie ma chyba żadna stolica świata. Góry, doliny, wąwóz i kanion w jednym. Labirynt skalny z krzemienia łupkowego przecięty potokiem. Stromatolity, jakie tu znaleziono, są najstarszymi skamielinami w Czechach. Na prawym brzegu Šáreckiego Potoku odkryto pozostałości po osiedlach ludzkich od neolitu aż po Słowian.

Przyjazd tutaj z centrum pełnego turystów może być bardzo dobroczynny dla organizmu. Prażanie w Divokiej Šárce spacerują, jeżdżą rowerami, witają wiosnę, żegnają lato, wyprawiają się po dziki czosnek, oglądają ule, która założyły władze dzielnicy, albo przychodzą na piwo, bo i w tym pradawnym miejscu można się go napić.

Šárka to imię żeńskie, a divoká znaczy dzika. Nazwana została tak na cześć niewiasty, która wsławiła się w tak zwanej dziewczęcej wojnie między mężczyznami a kobietami po śmierci księżnej Libuszy, założycielki Pragi, która żyła ponoć w VIII wieku, gdy kobiety poczuły, że tracą władzę. Šárka, przywiązana do drzewa i udająca ofiarę swoich towarzyszek, wołała o pomoc. Tak zwabiła do wąwozu władykę Ctirada i jego drużynę. Tu z ukrycia wyszły kobiety i pokonały mężczyzn, a Ctirada zamęczyły na śmierć.

Jak się domyślacie, za to wojownicy z Vyšehradu zemścili się srodze na kobiecym wojsku i zamordowali wszystkie wojowniczki, łącznie z Šárką.

Park Divoká ŠárkaPark Divoká Šárka Fot. Vadym Kharkivskiy/BE&W

Nie mordujcie Šárki!

Skoro jesteśmy przy morderstwie, moja przyjaciółka z Pragi i tłumaczka literatury polskiej, pani Helena Stachová, która odwiedzała Divoką Šárkę jako siedmioletnia dziewczynka i odwiedza ją regularnie 80 lat później, powiedziała ze smutkiem:

– Napiszesz o Šárce i nam ją tłumy turystów zamordują…

Dlatego proszę, żeby ten punkt programu zrealizował tylko co trzeci czytelnik.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl