Miałam szesnaście lat. Takie szesnaście lat, kiedy wszystko odczuwa się mocniej i głębiej niż kiedykolwiek wcześniej czy później. Muzykę, poezję, miłość. Śmierć. Profesor Fudżak miał trzydzieści lat. Takie trzydzieści lat, kiedy kupuje się na kredyt mieszkanie i marzy o biegających po nim dzieciach. I kiedy, z błyszczącymi oczyma podając swojej klasie nowy adres, puszcza się oko i dodaje żartem: „Wiecie, mam blisko do szpitala i na cmentarz”. Miał takie trzydzieści lat, kiedy przecież się nie umiera. Nauczyciel na całe życie? Czy pisałabym właśnie o nim, gdyby wszystko inaczej się potoczyło? Ale wszystko potoczyło się właśnie tak.

Nie chciał być naszym wychowawcą. Bronił się rękami i nogami i w pierwszym roku, kiedy byliśmy „zerówką”, ósmą klasą przy liceum, uczył nas tylko angielskiego. Później dyrektor się uparł, a i my przestaliśmy być strasznym nieznanym. I tak młody anglista i muzykolog, magister Jarosław Fudżak, objął swoje jedyne wychowawstwo, dostając klasę indywidualistów, jak nas nazywał.

Najbardziej pamiętam go w bordowej, polarowej bluzie. W dzień pierwszej wywiadówki, nienawykły do garnituru, poruszał się sztywno i z błagalnym uśmiechem prosił: „Trzymajcie za mnie kciuki”. Trzymaliśmy.

Poprawione zadania z angielskiego podpisywał „Jerry F.”. Jedno z wypracowań trzymał tak długo, aż zaczęliśmy żartować, że nie zdąży oddać przed naszą maturą. Nie zdążył. Kiedy w zerówce na cotygodniowych „listeningach”, ćwiczeniach ze słuchu na ocenę, zastawał tylko pół grupy, śmiał się: „Oho, syndrom poniedziałkowy!”.

W dniu jego urodzin przemycaliśmy – przez pół szkoły, niemal tuż obok pokoju nauczycielskiego – bukiet trzydziestu nadmuchanych balonów. Profesor bez ociągania założył podsuniętą kartonową, urodzinową czapeczkę na gumce, zbierał podpisy na balonach, a potem grał nam na gitarze, bo wypadała lekcja muzyki. Zarumienił się lekko, gdy do sali zajrzała surowa polonistka z prośbą o dziennik. Uniosła brwi i pokręciła głową, ale uśmiechnęła się, bo kto nie lubił Fudżaka? Na muzyce uczył nas, z lekkim bluesowym zaśpiewem: „Jesień idzie, nie ma na to rady”. I jesień przyszła.

Tamten wrzesień zaczął się właśnie od nowiny o przeprowadzce i od żartu o szpitalu. Później był plan – całą grupą z rozszerzonym angielskim przygotowujemy się do certyfikatu językowego. Było jeszcze zdjęcie klasowe na zabytkowych schodach szkoły. A później przyszło zatrucie pokarmowe z ostrym przebiegiem. Kiedy w kilka osób poszliśmy w odwiedziny do szpitala, skierowano nas na neurologię. Neurologia? Skąd nagle neurologia? Profesor był przestraszony, ale dobrej myśli.

Gdy zemdlał przy wypisie, zrobiono dodatkowe badania – guz móżdżku, będą operować. Kolejne odwiedziny to już inny szpital, ten z żartu. Na szafce przy łóżku stało nasze klasowe zdjęcie, a profesor z niezmierzoną czułością patrzył na żonę. Jeszcze rozmawialiśmy, jeszcze żartowaliśmy, obiecywaliśmy trzymać kciuki, a on obiecał wrócić. My byliśmy za młodzi, by wiedzieć. Oni dwoje, być może, przeczuwali. Po operacji zaczęło się czekanie. Mijały kolejne dni, a profesor leżał nieprzytomny pod jakąś pikającą maszynerią. Po półtora tygodnia codziennych modlitw o zdrowie pomyślałam: „A może tu o życie trzeba się modlić?”. „Nie histeryzuj, dziewczyno!”, zganiłam się.

Był poniedziałek, 18 października 1999 roku. Pierwsze, co pamiętam z wtorkowego poranka, to gasnące uśmiechy. Obok szkolnego sklepiku, na schodach, w drzwiach sal. Wszędzie tam, gdzie ktoś z nas po raz pierwszy słyszał: „Fudżak nie żyje”. Trzy słowa przewracające świat do góry nogami. W milczeniu poszliśmy na podwójną lekcję angielskiego. Przyjęta na zastępstwo młodziutka pani Madzia, którą kilka miesięcy później żegnaliśmy z ogromnym żalem do dyrektora, że nie przedłużył jej umowy, tamtego dnia nie udźwignęła sytuacji. Zaczęła nas odpytywać, czego dotąd nie robiła, próbowała prowadzić zajęcia, ale w końcu poddała się i zostawiła nas w spokoju. A my wciąż widzieliśmy na jej miejscu za katedrą Fudżaka pochylonego nad dziennikiem.

Kiedy w szkole zjawiła się druga grupa, przekazywałam wiadomość mojej przyjaciółce. W sercu złudnie spokojna pustka, głos beznamiętny. Niby w zwolnionym tempie obserwowałam, jak te trzy słowa – „Fudżak nie żyje” – w jednej chwili odkręcają kran i łzy w kącikach oczu Estery pęcznieją,

a potem staczają się po policzkach. I te łzy, bardziej niż cokolwiek innego, sprawiły, że pustka zniknęła, a cały ból dotarł wreszcie na swoje miejsce.

Na religii ksiądz zabrał nas do kościoła, ale już fizyka odbywała się jak gdyby nigdy nic. Machinalnie notowałam dyktowane słowa, a w powietrzu kłębiło się poczucie absurdu. Więc tak to jest? Dla kogoś życie się skończyło – skończyło! na zawsze! – a my nadal mamy lekcje, tak po prostu? „Tak. Tak po prostu”, odpowiadał świat, po raz pierwszy zderzając mnie z nikłością i mocą życia jednocześnie.

Cmentarz był inny, nie ten z żartu. Wpatrywałam się w wynoszoną z kaplicy trumnę i myślałam, że za tym kawałkiem jasnego drewna leży nasz kochany Fudżak, pewnie wystrojony w garnitur, którego tak nie znosił. Pamiętam, że było pochmurno, że po policzku dyrektora spływała pojedyncza łza, że stary matematyk stał na uboczu, niby targane wiatrem samotne drzewo, i jestem pewna, że też płakał. Mój głos nie zadrżał, kiedy w imieniu klasy wygłaszałam kilka zdań. Rozpłakałam się później, gdy Fudżak znikał pod kolejnymi warstwami ziemi, a potem kwiatów.

Na koniec nie widać spod nich było nawet krzyża. „Teraz już nie wyjdzie stamtąd, choćby nie wiem, jak chciał”, powiedziała moja przyjaciółka Magda, gdy wracałyśmy z cmentarza, trzymając się za ręce, wspominając i rozmawiając o pani Joasi, która spłakana szła za trumną, a teraz miała zostać sama w nowym, wyczekanym mieszkaniu. Moje małe przemówienie opracowaliśmy w kilka osób, ale to ja uparłam się, że „Śpieszmy się kochać ludzi” jest zbyt wyświechtane i że chcę Jonasza Koftę. Bo choć wtedy, na oficjalnej uroczystości, nie wypadało wymieniać tytułu, Kofta naprawdę napisał wiersz o Fudżaku. „Żył raz frajer / Wierzył w bajer / Potem umarł”. Taka właśnie była ta prosta-nie-prosta historia. Wtedy mogłam zacytować jedynie fragment, słysząc w głowie niski, ciepły głos śpiewający:

Przyjacielu 
Trochę serca nam ubyło 
Ile naprawdę 
Jeszcze nie wiemy 
Pamięć o tobie 
Poniesiemy 
Zrobimy z nią 
Ile umiemy

Dzisiaj mogę sięgnąć po niewypowiedzianą resztę „Epitafium dla frajera”:

Bracia spod jednej anatemy 
Żegnamy cię i dziękujemy 
Że ci się chciało 
Być zakałą 
Gdy wystarczało 
Głośno klaskać 
Że ci się chciało
Widzieć całość
Gdy wystarczała
Biała laska
Że ci się chciało
Być tylko sobą
Zwyczajnie dobro od zła
Odróżniać
Kiedy nikogo
Nie było obok
Tylko służalcza
Szepcząca próżnia 
(...)
Że ci się chciało 

Ciężki frajerze
Przeżyć po ludzku
Swe ludzkie życie
Choć w zmartwychwstanie

Nikt z nas nie wierzył 
Ni w wieczną rzeczy pamięć
W granicie.

Nie mam pojęcia, czy profesor wierzył w zmartwychwstanie. Ale czasem myślę o tym, jak bardzo musiał się bać, gdy na sali operacyjnej podawano mu narkozę, z której już się nie obudził. Ja miałam szesnaście lat i wiedziałam tylko, że rehabilitacja potrwa długo, pewnie do końca roku szkolnego. Śmierć? Nie, nie brałam jej pod uwagę. On miał trzydzieści lat i choć na ostatnim naszym spotkaniu jak dziecko cieszył się przyniesionymi czekoladkami, nie był dzieckiem. Musiał liczyć się z tym, że nie wróci do swojej Joasi. Czy gdyby żył, pisałabym teraz o nim? Nauczyłam się myśleć, że po latach go idealizuję. Ale stary dziennik przypomina, że wysyłałam mu pozdrowienia z wakacji. Ze wszystkich nauczycieli i wychowawców – tylko Fudżakowi. Bo jego zaangażowanie w nas i dla nas było najszczersze i najgłębsze. Jemu naprawdę zależało, tak po prostu. Stary dziennik przypomina też dedykację ze zdjęcia klasowego: „Agnieszko, bądź bardziej spontaniczna (i uśmiechaj się częściej). Nie przejmuj się geografią czy historią – żyj swoim życiem, bo ono nie wróci”.

Niosę pamięć o Tobie, o Twoim życiu, które nie wróci, starsza już od Ciebie o kilka lat, i staram się, panie profesorze.