Jej najbardziej charakterystyczną cechą był totalny brak dystansu między rodzicem a nauczycielem. Tego brakuje dzisiejszej szkole. Nigdy nie stresowała dorosłych na zebraniach z rodzicami, co lepsze, z większością po czasie przechodziła na „ty”. Łatwiej jej wtedy było powiedzieć: „Słuchaj, ta twoja cholera pali fajki w krzakach za szkołą, a wiem to, bo śmierdzi jak cap, kiedy wraca do klasy na lekcję”. Żadnego „ą”, „bą”. Waliła z grubej rury.

Pożyczała rodzicom swoich wychowanków pieniądze, kiedy nie starczało do pierwszego. Rozdawała na prawo i lewo powidła, grzybki w occie i kiszone ogóry w wielkich słojach. Wiedziała o rodzinach uczniów prawie wszystko; że ojcowie piją lub też chleją na umór, że kolejne dziecko urodziło się niepełnosprawne, że najstarsza córka łazi po nocach z jakimś lujem, a matka się boi, że młoda się „puszcza”.

Najbardziej jednak kochała łobuzów i umiała z nimi rozmawiać. Kiedyś jeden z nich powie w furii, że za parę lat powystrzela wszystkich nauczycieli, tylko ją oszczędzi. Zabrzmiało koszmarnie kryminalnie, ale świadczyło o niej. Dziś wiem, że ten chłopak nie miał skrzydeł, które mógłby rozwinąć. Cała jego familia należała do nielotów. Ale Ona mu nie przypominała o tym na każdym kroku. Wierzyła, że może się chociaż odbije od ziemi.

Pamiętam Jej rozkłady nauczania i konspekty. Napisane małym druczkiem w grubaśnych zeszytach o szorstkich okładkach. Co roku je poprawiała, przepisywała. Kto jest w stanie w to dzisiaj uwierzyć? Dziś, w czasach „Kopiuj Wklej”. Kto uwierzy dziś w to, że co parę lat, kiedy Jej wychowankowie kończyli trzecią klasę, dostawała zaproszenie na kilka Pierwszych Komunii jednocześnie? I nie mogła iść na żadną.

Dzisiejszy świat zapomniał, że podstawą chęci do nauki jest więź ucznia z nauczycielem, wspólny front z rodzicami dziecka. Ta niezwykła kobieta w soboty, będąc na zakupach w swoim miasteczku, nadal była nauczycielem. Przystawała tyle razy na chodniku, ilu smutnych rodziców przypadło jej pocieszyć w owym dniu. Do dziś to robi, tylko tematy się zmieniły, a Jej uczniowie sami stali się rodzicami.

Nie była szczególnie szczęśliwa prywatnie. Przez wiele lat zmagała się z alkoholizmem najbliższych jej mężczyzn; ojca, męża, syna. Skrzętnie potrafiła to ukrywać. Sińce pod oczami maskowała pudrem, a uśmiech przyklejała na twarz tuż przed wejściem do szkoły. Nie pamiętam, by kiedykolwiek była na zwolnieniu z powodu swojej choroby czy niedyspozycji. Miała niesamowite pokłady optymizmu, radości życia i siły. Bywała trudna, despotyczna i nieugięta. Jest nadal w dobrej kondycji, często się spieramy, ale kochamy bardzo.

A wiem to wszystko, bo jestem jej córką.