Wśród pól jest chata, w niej stół, przy stole pan i chłopiec. Młody przyszedł bez ciężaru na plecach i siedzi bez ciężaru w sercu, jakby nie był w szkole. Dzwonków nie ma, tylko dzwońce w karmniku, podręczników nie ma, tylko opowieści, nie ma woźnego, hałasu, nauczycieli, tylko dyrekcja jest, robi z uśmiechem herbatę dla męża i dla gościa, i od razu słodzi. Gdy dyrekcja będzie w szpitalu, jej mąż, pseudonim Struga, pogubi się w ceremonii parzenia. Odkryje, że same liście nie starczą, że trzeba cukiernicy, tylko gdzie ona?

Chłopiec zdumiony wypija bez cukru, za to z odkryciem. Ani tysiąc przeczytanych książek, ani milion rozmów, ani lata uprawy ziemi, ani namalowany galop, ani Bóg z lipowego drewna, ani ratowanie dobrych z zagłady, ani w złych rzucanie granatem. Ani, ani. Zawsze Ci coś umknie, nawet jeśli, jak Struga, znasz na pamięć litanię o koniu. Tak! Istnieje litania o tym, co w koniu niewidzialne. Chłopiec kocha te łacińskie słowa. Łączą urok zaklęcia z powagą nauki. Leczą nasz przesąd, że jaki koń jest, to każdy widzi. A konia trzeba dopiero zobaczyć! Jego budowę, pochodzenie, miejsce na Drzewie Życia, na którym i my siedzimy, na gałęzi nie za dalekiej i skrzypiącej, i, nad czym znawca litanii ubolewał, wciąż bezmyślnie piłowanej. Dobry jest czas na litanię, gdy Żaba pasie się pod gruszą.

Pan Struga i chłopiec siedzą na ławce, pół metra między nimi i pół wieku, patrzą, jak żółte owoce znikają z trawy. Struga poprawia czapkę, cmoka i zaczyna odmawianie: Królestwo animalia, gromada mammalia, (te, co ssą mamę, myśli chłopiec), rząd perissodactyla, rodzina equidae, gatunek equus, a rodzaj? Wskazuje na stareńką Żabę i patrzy na chłopca, który tyle razy słyszał, że powinien wiedzieć. Młody wie tylko, jak wybrnąć. Żabcia jest jedyna w swoim rodzaju, proszę pana! Zaliczone z uśmiechem, ale litanię, jak życie, trzeba dokończyć - Equus ferrus caballus. Chłopiec podziwia. Podaje dłoń, poklepuje żabę, bierze gruszki i manewrując rowerem po wertepach drogi, obiecuje sobie, że się nauczy. Jedzie, a powietrze jest cudne, wrześniowe, pełne pogodnych myśli.

Bez przyszłej wiedzy, że złamie tę obietnicę i masę podobnych, że się nie nauczy, a mężczyzna, na którego wyrośnie, jeśli cokolwiek, to będzie mniej bystry i mniej zasłuchany. To nie pokora, raczej rezygnacja, ale nie całkowita, bo tego by mi Struga nie wybaczył. Gdy zabierałem się za pisanie o moim mistrzu, to pomyślałem, że pochwała nauczyciela jest też pochwałą ucznia. Chwalisz, że wykształcił, że życie pokazał, wartości wpoił, więc sam siebie chwalisz, na co nie mam ochoty. Na co ochotę mam, to tamte rozmowy. Gawędy tych dwóch, co ich już nie ma, chłopca, który był mną i starca o pseudonimie Struga.

Struga brzmi mokro, brzmi lekko, to nie rzeka, strugę znajdziesz pod paprocią, albo na październikowych szybach. A przecież Struga i wojnę, i powojnie przeżył, przeżył mocno i silnie. W wojnę był nieco starszy niż chłopiec, który z kolei urodził się na moment przed Czernobylem. Jak te dwie epoki w nich gadały! Jak się poznawały! Ile bym dał za zapis! Powinniśmy się rodzić z czarną skrzynką, a nie z tym drewnianym klockiem, trochę pamięci, a trochę wyobraźni. Stukam teraz w ten klocek i zapisów brak, ale pozostało wrażenie. Dyskusja wartka, bez przerw. Harcują w niej jak okonie w Giełczwi. Tematów niewstrzymany nurt i szeroki, od sadzenia tulipanów po filozofię, nurt, co częściej w przeszłość płynął, niż w przyszłość, no i zawsze w końcu wpadał do Wisły, przez co chcę powiedzieć, że Struga i chłopiec rozmawiali o Polsce. Rozmowy jak Wieprz nieuregulowane. Niezapisane tomy dialogu, opasłe jak kobyła, co się gruszek najadła, tomy cztery, jak pory roku, chłopskie i niecenzurowane. Przez to z kolei chcę powiedzieć, że gdyby wyciekły stenogramy, to by się nam dostało ze wszystkich stron. Pamiętam wypowiedzi, od których rzecznik mojego pracodawcy dostałby drgawek. Lanie od nas brała każda racja, podważyliśmy każdy kawałek publicznej debaty. Często nie było między nami zgody.

Zwłaszcza jesień to był czas ognia. Ciągnęło nas wtedy do historii. Ciepło, choć już listopad, więc jeszcze rower, chłopiec opiera go o brzozę, schyla się po żółty listek i puka, wchodzi. Jeszcze się woda gotuje na  piecu kaflowym, Vis na fotelu mruczy, a chłopiec od razu strzela. Wie pan, że to Rosja zbawi świat? A było to chyba za pierwszego Putina. Struga wie, że skoro chłopiec tak odwraca kota ogonem, to trzeba zrobić to, co Salvador Dali, czyli wystrzelić z armaty kilka swoich. Mówi, że owszem, biorąc to i to pod uwagę, ale przerywa, bo chłopiec się śmieje. Kładzie listek na ceracie. Tego dnia było w gazecie, że Rosja jest jedynym państwem, w którym przybywa lasów. Struga też się śmieje. Ot, paradoks, nawet zapaść cywilizacyjna może się na coś przydać, jak przydaje to, czym ludzie gardzą, a na czym chleb się rodzi. Splatała się historia z biologią, jakby to były nie dwie królowe, a jedna imperatorowa. Mimo różnicy w latach byliśmy równi przed jej podwójnym majestatem. Ta równość aż do dziś jest zbawienna.

Niedawno przyszła do mnie pretensja o tamte rozmowy. Powiedziała, że Struga chwastów nasiał, bo zajmowaliśmy się czasem książkami nic niewartymi, a prócz nauk i sztuk także różdżkarstwem, że zbyt łatwo dzieliliśmy ludzi na narody, że zbyt łatwo wyciągaliśmy wnioski. No i to, że dyskusja ciągle płynęła nam w przeszłość, kierunek tak nienaturalny. Przebąkiwała dalej pretensja winy Strugi, rzekomo sięgające nawet uznania się za autora wierszy, które lubił recytować. Kto nigdy nie zapisał strofy Baczyńskiego lub Bukowskiego jako swojej, niech się schyli po kamień, ale założę się, że nie rzuci, bo gdzież rzucać w dziecko i dziadka, których i tak już nie ma. Ja nie rzucę. Pretensję odprawiłem. Rzecz między tamtą dwójką była ułomna, bo ludzka, ale przy tym rzadka niczym kraska. Bezcenna. Rozmowa ludzi uznających się, mimo różnic, za równych. Dyskusja nieskrępowana i wolna, myśl nieograniczona, nieuznająca tak prawych, jak lewych, i w ogóle żadnych pewników. Owszem, czasem szarżowali, ale byli z tych husarzy, co po dwudziestej nieudanej próbie poszukają w końcu innej drogi.

Chłopiec nie mógł mieć wtedy wiedzieć, co to za cud, ten drugi, starszy umysł, pobudzający do pytań i dociekań. Trzeba było przemierzyć pustynię uczelnianych korytarzy, tyle zdań pustych wymienić, czasem z wszystkowiedzącymi, tyle i tak wiele odbyć dialogów sztucznych i pozorowanych, i nieciekawych niczego, by docenić, co wypływało z umysłu Strugi. Tamta wymiana myśli. Słodka jak sierpniowa śliwka na starej dłoni. Masz, mówi. Otwieram, a tam, w sercu, zaraz przy pestce, wierci się robak. Struga czyta dla mnie z niezapisanej Księgi, że nie ten robak, co ty go zjesz, Piotrek, ale ten, co ciebie zje. Wojny owadów i wojny ludzi zgłębialiśmy, aż nabrałem ochoty na lekcję religii. Ochoty na nadzieję, że po śmierci będziemy ciekawi nie tylko dla robaków.

Pod koniec odkrył ze zdziwieniem, że przyjeżdżam w sutannie. Szanował to bardzo, dlatego musiałem przed nim ciągle bronić kolejnych artykułów wiary lub też tych wielkich zdobyczy Rzymu w rodzaju celibatu, na który mądrość wsi od zawsze miała ustalony pogląd. Bardziej niż moją fascynację katechizmem przeżyłby wysłanie tego tekstu do gazety. Mam ochotę napisać, że byłby zły, ale dumny, bo oto myślę samodzielnie, ale nie jestem pewien, czy przypadkiem nie chciałby mnie za to rozstrzelać. Skończyłoby się jednak na pytaniu, w co wezmę śliwki, lub, w zależności od sezonu, kwiaty dla mamy, bo był Struga gościnny i hojny, był moim przyjacielem, ten dobry człowiek, co chciał, gdyby przyszło już co do czego, by Bóg pozwolił mu paść końskie dusze na niebieskich łąkach.

Struga nie był sam, bo chodzi jeszcze po Ziemi ta para hipisów, która mi to na marginesie genów zapisała, ale tak, jemu też to zawdzięczam, że dziś rozmawiam i że pytam, a czasem nawet pomyśleć mi się udaje i wtedy, tak, napiszę to mimo patosu, jestem wolnym człowiekiem.