Lista

Pamiętam dzień, w którym przy drzwiach wejściowych naszej szkoły muzycznej zawisła lista osób przyjętych do gimnazjum. Emocje sięgały zenitu; dla wielu to była sprawa życia i śmierci. Odetchnęłam z ulgą, widząc moje nazwisko na liście, ale szybko uśmiech spełzł z mojej twarzy. Przez sześć lat grałam na fortepianie. Przeniesiono mnie na obój. Czułam, że to jest kara za bycie niemuzykalną, leniwą i do niczego.

Dziwni ludzie to ludzie fascynujący

1 września 2006 r., dzień moich trzynastych urodzin. Na parking szkoły muzycznej na warszawskiej Woli zajeżdża z piskiem opon żółty motocykl Victory Hammer, z którego zsiada mężczyzna na oko czterdziestoletni, zdejmuje kask i podaje mi śliską od potu rękę. - Przepraszam za doznania węchowe – mówi, otwierając wyciągniętego zza pazuchy Tigera. - Z piłki wracam.

Przyzwyczajona do widoku okrąglutkich pań od muzyki człapiących po korytarzach z porcelanowymi filiżankami z kawą, nie tak wyobrażałam sobie nowego nauczyciela.

- Nie no, nie musi pan przepraszać – mówię cicho.

- Jaki pan, Marek jestem. Chyba że ustalimy, że ja do ciebie też będę mówił „pani Olu”. No, idziemy na górę, do sali? Pokażę ci stroiki, coś może zagram…

Wchodzimy do szkoły i w milczeniu kroczymy po schodach na czwarte piętro. Niewiele o nim wiem. Mówią, że grał w orkiestrze Krystiana Zimermana, że jest buddystą, że zjeździł na motocyklu pół Europy, i że czasami odwołuje zajęcia, bo – jak twierdzi – jest wolnym człowiekiem. Mimo wszystko pozostaję nieufna. Wspomnienia z lekcji fortepianu ciągle wracają do mnie w nocnych koszmarach. Śni mi się, że moja bardzo wysoka i bardzo nieprzyjemna nauczycielka odkrywa, że nie nauczyłam się na pamięć utworu i wyrzuca mnie z sali. Albo że dostaję tróję na egzaminie semestralnym i płaczę w toalecie. Albo że dostaję krwotoku z nosa po audycji klasowej…

– Oglądałaś, Olu, „Misję”? – pyta Marek po wejściu do klasy. Kręcę przecząco głową. W odpowiedzi wyciąga z pudełka trzy czarne rurki, spośród których każda okuta jest konstrukcją srebrnych klap, składa je w całość, wtyka w otwór trzcinowy stroik i gra słynne solo z „Misji”. Z pewnego rodzaju ulgą stwierdzam, że obój brzmi dużo ładniej niż jego nazwa; jego barwa ma w sobie coś chwytającego za serce. Następnie nowy nauczyciel demonstruje mi stroik, część instrumentu, w którą wdmuchuje się powietrze. Próbuję wydobyć dźwięk, ale bezskutecznie.

– Na wszystko przyjdzie czas – uspokaja mnie. Uzgadniamy szczegóły techniczne – w jakie dni i w jakiej sali będziemy się spotykać, u kogo najlepiej zamówić stroiki, gdzie powinnam wypożyczyć instrument, po czym się żegnamy. Już chwytam za klamkę, kiedy nagle coś wpada mi do głowy.

– Muszę pana ostrzec – mówię. – Jestem dziwna.

– To świetnie – odpowiada. – Dziwni ludzie to ludzie fascynujący. Mają w sobie jakąś tajemnicę do odkrycia.

I jak gdyby nigdy nic, wraca do pakowania instrumentu. A ja stoję jak wryta. Takich słów nigdy od nikogo nie usłyszałam.

Zamknij oczy, skup się na muzyce

Początkowy etap gry na oboju nie należy do najłatwiejszych. Wtłoczenie powietrza w stroik wymaga wiele siły, efekt jest jeszcze gorszy – instrument brzmi trochę jak muczenie krowy na pastwisku. Marek jest spokojny i cierpliwy, nie denerwuje się, kiedy niedostatecznie długo poćwiczę w domu. Wreszcie po jakimś czasie bierzemy się na poważnie za muzykę. Okazuje się, że mam potężne bariery. Gdy gram na instrumencie, cała się napinam: ramiona idą mi w górę, usztywniają się wszystkie mięśnie, denerwuję się tak, jakby za każdy nietrafiony dźwięk miała mnie spotkać kara. To pozostałość po moich pierwszych latach gry na fortepianie. Wspomnienie wiecznie obrażonej nauczycielki i narastającego poczucia własnej beznadziejności paraliżuje mnie, gdy gram.

- Jesteś taka muzykalna, Olu – zapewnia mnie Marek. – Tylko odpuść. Baw się muzyką.

Wymyśla różne ćwiczenia, żeby mnie rozluźnić. Na przykład zachęca, żebym grając – tańczyła; żebym swobodnie się poruszała. Na moich egzaminach przełamuje sztywną, szkolną konwencję i udaje konferansjera, wychodząc przed komisję i w humorystyczny sposób zapowiadając mój występ. Mimo to, stojąc na scenie i patrząc na widownię, czuję się oceniana; ten dyskomfort całkowicie mnie blokuje. - To nie patrz na nich, jak grasz. Zamknij oczy albo patrz gdzieś w kąt. Skup się na muzyce.

Metamorfoza trwa latami – wreszcie moje napięcie: muzyczne i życiowe pęka. Członkowie szkolnej komisji egzaminacyjnej kwestionują pomysły Marka, mówiąc, że to wszystko trochę śmieszne. Ale już jest za późno. Właśnie zaczynam czuć muzykę i odkrywać swoje życiowe powołanie.

Transatlantyk

Któregoś dnia, będąc już w liceum, wpadam do klasy z rozwianym włosem i wykrzykuję: - Marek, skomponowałam utwór na obój i smyczki! Musisz koniecznie posłuchać. Powiedz mi, co o tym sądzisz! Słuchamy wspólnie symulacji brzmieniowej „Zaklinacza węży”, którą stworzyłam w moim programie do edycji nut.

- Olu, jaka to jest piękna muzyka! – mówi Marek, gdy utwór dobiega końca. – Zagrałabyś to może na egzaminie?

To sytuacja bezprecedensowa w naszej szkole muzycznej. Nikt przede mną nie komponował swojej muzyki, a tym bardziej nie prezentował jej na dość sztywnych egzaminach. Ale pomysł Marka okazuje się strzałem w dziesiątkę. Wykonując własną muzykę, czuję się wreszcie, jakbym mówiła swoim głosem, a nie recytowała cudze wiersze. Komisja jest zachwycona.

Przez kolejne lata Marek motywuje mnie, żebym nie przestawała komponować. - Koniecznie pisz muzykę, bo w tym, co tworzysz, jest coś szczerego. Więc piszę, wysyłam swoje prace na konkursy, a wkrótce dostaję się na studia kompozytorskie na warszawskim Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina.

Marek nie jest już moim nauczycielem, ale pozostaje serdecznym przyjacielem i przychodzi na moje koncerty. Kiedy orkiestra symfoniczna wykonuje mój utwór, przeżywam te same wielkie emocje, co dawniej: usztywniam się, robi mi się zimno, drżę. Marek zawsze siedzi obok mnie i trzyma mnie za rękę. I daje to ciepło, które może dać jedynie ktoś, kto głęboko wierzy w drugiego człowieka.

Pewnego dnia postanawiam spróbować swoich sił w międzynarodowym konkursie dla młodych kompozytorów organizowanym przez Jana A. P. Kaczmarka w ramach festiwalu „Transatlantyk”. Konkurs polega na tworzeniu muzyki na fortepianie ad hoc do krótkiego filmu – wszystko odbywa się na scenie, na oczach publiczności. Jurorami są muzycy i producenci filmowi z Hollywood. To duże wyzwanie – ciągle mam na sobie stygmat fatalnej pianistki – ale wysokość nagród i prestiż konkursu motywują mnie, żeby spróbować. W pierwszym etapie improwizuję do krótkiej animacji o dwójce ludzi, których dłonie nierozerwalnie splotły się podczas uścisku. Początek idzie mi świetnie, ale w połowie zaczynam tracić kontrolę – uświadamiam sobie, że patrzy na tłum ludzi i znowu czuję ten paraliż, co dawniej. Przestaję śledzić akcję, sekundy ciągną się w nieskończoność, mam wrażenie, że uderzam bezmyślnie w klawiaturę. Mimo to – cud. Jestem w finałowej dziesiątce.

Czekając na rundę finałową, nie śpię po nocach. To dla mnie „być albo nie być”; emocje całkowicie mnie zjadają. Przed wyjściem na scenę świat pływa mi przed oczami. Tym razem nie ma ze mną Marka, który podałby mi swoją ciepłą dłoń. Co by powiedział? Co by wymyślił, żeby mnie rozluźnić? Za późno, żeby się zastanawiać – zapraszają na scenę. Siadam przy instrumencie… i nagle spływa na mnie dziwny spokój; do dziś nie wiem do końca, gdzie jest jego źródło. I mam poczucie, że tworzę coś bardzo dobrego, że jestem u szczytu moich możliwości muzycznych. Wygrywam ten konkurs. Podczas gali finałowej mam przemówić, transmisja telewizyjna idzie na całą Polskę.

Znów się denerwuję, znów nie wiem, co powiedzieć. I nagle przypominam sobie dzień, w którym przy drzwiach naszej szkoły muzycznej zawisła lista osób przyjętych do gimnazjum. Jak potoczyłyby się moje losy, gdyby przy moim nazwisku zostało pianino? I nagle wiem, co powiedzieć. Zaczynam od słów: - Chciałabym ci podziękować, Marek.