Ten, którego do dziś wspominam, czyli przez ponad 50lat, prawie niczego mnie nie nauczył. On mnie wychował. Ale dlaczego tak się stało, dowiedziałem się dopiero po wielu latach, kiedy przypadkiem natknąłem się na jego grób i zatrzymałem na chwilę. Obok siedziała siwiuteńka staruszka w okularach i chustce na głowie, z kulami opartymi o ławkę. Kiedy już miałem odejść, odezwała się słabym, zmęczonym głosem. - Wiem, kim ty jesteś.

Nie mówię, że to ty, ale...

- Jak się przebierzesz, przyjdź do mnie do pokoju.

Ki diabeł? – pomyślałem – przecież nie ja jeden przegrałem swój pojedynek, więc porażka drużyny to nie tylko moja wina.

- Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał, gdy siadłem przed jego biurkiem.

- No, że rzuciłeś rakietą i zszedłeś z kortu. I nie udawaj, że cię zabolała ręka.

- Bo nie lubię przegrywać, a zawsze z nim wygrywałem.

- To znaczy, że on zawsze przegrywał, nie? Czy kiedyś zrobił tak samo jak ty?

Myślałem o tym pytaniu podczas drogi do domu. No fakt, przegrywał, ale się tak nie zachowywał. Głupio mi się zrobiło. W końcu bym został sam, gdyby wszyscy przegrani się obrażali i więcej nie chcieli ze mną grać.

Nasza następna rozmowa dotyczyła zupełnie innej sprawy. Wezwał mnie jak przedtem, posadził przed biurkiem i powiedział: - Słyszałem, że ktoś ukradł koledze klaser ze znaczkami. Wiesz coś o tym? Nie mówię, że to ty, ale całkiem przypadkiem widziałem, jak niedawno odwiedziłeś ten sklepik filatelistyczny. A potem widzę nowe adidasy… Od nas nie dostałeś. I jak się czujesz wobec kolegów?

Spuściłem głowę, bo nie było sensu udawać.

- Ale nikt o tym nie wie… – spróbowałem.

- Jeden wie.

- Kto?

- Stań w domu przed lustrem, to go zobaczysz.

Wygramy kiedy indziej

Dwadzieścia lat później. A, chrzanię to, najwyżej mnie wywalą. Siedziałem wtedy spięty, zaciskając zęby i słuchając tego całego gówna. W końcu podniosłem rękę i wstałem.

- Coś tu chyba się nie zgadza, panie dyrektorze. Ci projektanci mają opóźnienia i teoretycznie zasługują na karę umowną, ale jak już, to nie tylko oni. A tak się składa, że największe opóźnienie ma kierownik wydziału, pan inżynier Robecki, który tu wygłasza te wzniosłe słowa o należytym wykonywaniu obowiązków. Nie wyślę tych wezwań do zapłaty, jeżeli inżynier Robecki też nie zapłaci.

Od sekretarki później dowiedziałem się, że zapadła decyzja o zwolnieniu mnie z końcem miesiąca, tyle że się nieco spóźnili. Kilka dni wcześniej na zebraniu zostałem przez pracowników wybrany na związkowego męża zaufania. I tyle mi mogli zrobić!

Przypomniał mi się ważny mecz, w którym zbierałem straszne cięgi, a miał on zadecydować o końcowej wygranej naszej szkoły. Byłem tak spięty i zestresowany odpowiedzialnością, że dosłownie mnie unieruchomiło. Kląłem w duchu jak szewc. A tak nie chciałem go zawieść. Kiedy podczas przerwy podszedł do mnie, spodziewałem się, że mnie zruga jak cholera. A usłyszałem: - Daj już spokój i odpuść, najwyżej przegrasz. Jezu, świat się nie zawali! Wygramy kiedy indziej. Popykaj jeszcze sobie dla przyjemności. No i przestało mi zależeć. Wygrałem.

Cement i znaczki

Nadarzyła się okazja zarobić. Ładowałem wapno i cement do betoniarki cały weekend, wiał wiatr, uświniłem się tak, że musiałem ściąć włosy, żeby się domyć. Potem udałem się do filusia na Sienkiewicza, kupiłem nowy klaser, udało się odkupić sporo znaczków i dodatkowo jeszcze kilka.

- Mam prośbę. Chciałbym oddać te znaczki, ale mi głupio. Mógłby pan to załatwić?

- Jak to? - No, że niby pan znalazł czy coś…

Pomyślał chwilę i pokręcił głową: - Nie, kolego, tak się nie da. Idź sam.

Ja, szkolny top sportowiec, dopiero co wybrany na klasowego wójta, mam się…

W domu było duże lustro i długo się gapiłem. Następnego ranka poszedłem przed dom Wieśka i razem szliśmy do budy. W końcu przestało mi zależeć, co o mnie pomyśli, przyznałem się i dałem mu znaczki. Nie powiedział ani słowa. Jak się później okazało, nikomu mnie nie zdradził.

Gość, który sprawiał wrażenie, że mu nie zależy

Trzydzieści lat później. Prowadzę dużą lokalną inwestycję jako dyrektor budowy dużej galerii handlowej i potrzebuję jeszcze kogoś do biura. Cały dzień siedzę i przyjmuję kandydatów. Nie mam czasu, żeby zbierać i czytać CV, więc w ogłoszeniu tylko data zaproszenia na rozmowę. Koło południa on staje w drzwiach. Bym go nie poznał, gdyby nie ten uśmiech.

- Nie, ja nie do pracy – powiedział po przywitaniu. – Ot, chciałem tylko ciebie…, pana dyrektora, odwiedzić.

Poszliśmy na pół godziny na kawę. Mocno się postarzał i był przygaszony. Gdy poprosiłem, żeby mówił mi po imieniu, uśmiechnął się i pokiwał głową: – Widzę, że sobie radzisz, czyli nie myliłem się. No, muszę iść, moja staruszka czeka.

Zapomniałem go spytać, jak mnie w ogóle znalazł, bo w ogłoszeniu nazwiska przecież nie podałem. Wtedy widziałem go ostatni raz, ale wrócił w moich myślach jeszcze tego samego dnia. Kilka godzin później przyjąłem do pracy gościa, który sprawiał wrażenie, że wpadł przy okazji i mu aż tak nie zależy. Potem ciągnąłem go ze sobą na kilka innych budów.

Naburmuszona mina wnuka

Mój wnuk nie znosi przegrywać. Czy to karty, czy bingo musi być pierwszy i już. Jak nie, to naburmuszona mina, ręce skrzyżowane na piersi i w tył zwrot. Pytam go: - Jak następnym razem przegram, to też mam tak zrobić? OK, no problem, ciekawe tylko, z kim będziesz wtedy grał. Dwie wizyty później uśmiechałem się w duchu.

Zbyszek i ja

- Jak to? Skąd?

- Gdybym nie była na pogrzebie, tobym myślała, że widzę naszego syna. Taki pan podobny. Zresztą zawsze tak było, jak byście byli bliźniakami.

- To znaczy ja i kto?

- No, pan i Zbyszek – wskazała chudziutką ręką na nagrobek. Teraz dopiero zauważyłem, że grób jest podwójny i że pochowany został obok 13-letniego chłopca. To musiał być jego syn. Spojrzałem na jej twarz i w myślach dodałem: - No i tej kobiety. Ale nigdy jej nie spotkałem, więc skąd mnie znała?

Chyba czytała w myślach, bo powiedziała: - Mąż ciągle o panu opowiadał, nawet pokazywał zdjęcia ze szkolnej gazetki. Siadywaliśmy sobie i czuliśmy, jakby nasz synek ciągle był z nami. Potem przeczytał gdzieś o panu i od tej pory czasem starał się bywać tam, gdzie mógł pana zobaczyć. Ja ledwie powłóczyłam nogami, ale raz mnie zabrał do tej hali na mecz siatkówki, bo wiedział, że pan zawsze tam chodzi. I widzieliśmy z daleka.

Odwiozłem ją do domu i przyjąłem zaproszenie na herbatę. Ale pod warunkiem, że będzie się do mnie zwracać po imieniu. Na odchodne zgodziłem się wpaść kiedyś z wnuczkiem.