AKADEMIA OPOWIEŚCI

Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla Was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.
Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:
za pierwsze miejsce – 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto

***

Profesor naprawdę świetny. Być może natomiast najważniejsza jest w życiu formacja ideowa, religijna. W takim razie najbardziej mnie ukształtowała „Więź”. W tym piśmie katolickim przepracowałem 31 lat. Dojrzewałem tam przede wszystkim religijnie, jako „katolik otwarty”, nienastroszony wobec innych wyznań, religii, wobec ludzi obywających się bez wiary religijnej.

Pierwszym jednak i dlatego może najważniejszym moim nauczycielem była rodzona matka. Nauczyła mnie niejednego. Podawała mi jakąś elementarną wiedzę o świecie. Było jak w licznych domach ziemiańskich, że dzieci szkołę zwaną w on czas powszechną miały w domu. Uczyły „we dworach” panie do tego zapraszane. Nas uczyła pewna zawodowa nauczycielka z Warszawy i właśnie mamusia.

Uczyła nas sama polskiego, historii, francuskiego i religii. Nasza matka była osobą systematyczną do szpiku kości, wszystko musiało być uregulowane, „przewidziane przez Dawida”, jak dowcipkował mój brat, stale tak samo, stąd dotąd, bardzo dużo na pamięć. Czyli styl dydaktyczny mocno staroświecki, ale coraz lepiej widzę, ile miał dobrych stron. Ile się dzięki niemu po prostu dowiedziałem! Jeżeli na przykład robię mało błędów ortograficznych, to na pewno zasługa tamtego mnie „piłowania.” Dzięki mamusi umiem niemal bez omyłki wyliczyć wszystkich królów polskich, ze szkole średniej, już PRL-owskiej, tej tematyki zupełnie nie pamiętam. Parędziesiąt lat później matka moja uczyła trochę naszych dziejów z kolei moje dzieci i na te swoiste korepetycje przychodził synek naszych sąsiadów: późniejszy student historii twierdzi uparcie, że tamtym opowieściom zawdzięcza podstawy „odnośnej” wiedzy.

Podobnie było u mnie z językiem francuskim oraz z nauką o tym, co w niebie, czyśćcu, piekle... Przedstawiała podobne sprawy oczywiście po dawnemu, ale bez żadnego na przykład straszenia piekłem i innych kościelnych wariactw. Rozmawiałem z nią o tym, co mnie pasjonuje od lat, to znaczy o różnych „innych”. Wyraźnie wolała Rosjan niż Niemców, więc prawosławnych niż protestantów, o jednych i drugich wiedziała jednak niewiele i nie za bardzo się nimi interesowała, choć też nie była nastawiona „anty”. Bardzo dobrze przyjęła rewolucję liturgiczną polegającą na „delatynizacji”. Łaciny się nie uczyła, więc może trochę dlatego, ale poza tym chciała wiedzieć, co mówi podczas mszy ksiądz. Ważny był dla niej nie tyle jakiś nastrój duchowy, piękno trydenckiej mszy, które tak wielbią tradycjonaliści, ile sama jej „narracja”. Z rozmów z nią o nowościach posoborowych zapamiętałem też coś niepasującego do jej ogólnego konserwatyzmu: dobrze przyjęła tekst ks. Wacława Hryniewicza o Judaszu, mimo że jego tendencja jakoś rehabilitacyjna powinna była nie podobać się jej jako nowatorska.

A w ogóle jej stosunek do Pisma Świętego? Chyba miała do Biblii stosunek wówczas nietypowy, mianowicie ją czytała! Czytała porządnie, uczyła jej nas elementarnie, ja do studiów teologicznych czytałem tylko wyrywkowo. Tak, czytała i zaznaczała krzyżykiem, dokąd dojechała. Ksiądz któryś powiedział jej, żeby czytała nie po rozdziale dziennie, tylko kwadrans, i chyba go posłuchała, bo w ogóle traktowała najpoważniej wszystkie instrukcje kościelne; na przykład, że po komunii trzeba klęczeć cały kwadrans. Acz nie była bynajmniej wobec „kleru” bezkrytyczna. Wracam wspomnieniem do czasów wcześniejszego dzieciństwa: zapamiętałem, co powiedziała kiedyś o zaprzyjaźnionym z moimi rodzicami księdzu Śmiechowskim: że przestrzega celibatu (użyła jakiegoś innego wyrażenia, jednak na to wyszło), co innym duchownym nie zawsze się zdarza. I nigdy nie przedstawiała mi Kościoła apologetycznie: mam to najpierw po niej, potem dopiero po „Więzi”!

Wszystkiego po niej oczywiście nie mam, choć na starość robię się do niej coraz bardziej podobny. Wiele nas różni, nie wszystko odziedziczyłem w genach, nie wszystkiego się od niej nauczyłem. Uważam dalej Sienkiewicza za arcymistrza narracji powieściowej, ale nie historycznej.

Owszem, przytrafiły mi się z czasem inne gusta literackie, ale nie tak bardzo inne: literackich eksperymentów raczej nie lubię. Broniłem przed matką poezji współczesnej, tej bezrymowej, lecz z kolei dzisiejsza też zgoła mnie nie zachwyca. A poza tym zawdzięczam mojej rodzicielce w ogóle samo zainteresowanie literaturą. Także właśnie poezją! Dzięki mamusi mogę recytować tyle tekstów! Bardzo lubiła Asnyka, ja również go dzięki niej polubiłem, i to mi nie minęło. Nauczyła mnie na pamięć także wiersza Or Ota pod tytułem „Trzech ułanów”: „Pójdź za mną, synku, w pole, hen...”. Dotąd mnie to ogromnie wzrusza. Tak jak rozśmiesza Boy-Żeleński, a przecież to najpierw od niej usłyszałem o nim i parę jego genialnych rymów. Bo choć sama nie błyszczała dowcipem, poczucie humoru miała. Nie gorszyła się wszystkim, przekazała mi nawet parę „gier półsłówek”, niezbyt eleganckich.

Do mojego pisania zawodowego odnosiła się niezwykle życzliwie. Po przeczytaniu w druku nieraz dyskutowała, normalna rzecz, jajko chce być zawsze mądrzejsze od kury, nienormalne jednak było to, że wszystko, co mi wydrukowano, przepisywała ręcznie do kolejnych zeszytów, których się uzbierało sporo. Mam po niej pamiątkę, jak żaden syn po swojej matce.