AKADEMIA OPOWIEŚCI

Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla Was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.
Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:
za pierwsze miejsce – 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.

***

Spotykam ich codziennie. Mijam na ulicy, rozmawiam, czasami tylko słucham albo obserwuję. Niektórych znam od lat. Nie wiedzą o sobie nawzajem, nie wiedzą też, że są moimi nauczycielami, od których czerpię bezcenną wiedzę. Nie sadzają mnie w ławce, nie proszą o zapisywanie tematu w zeszycie, nie wiedzą nawet, że pełnią funkcję moich mentorów, ale nimi są.

Kolekcjonera

Katarzyna była kolekcjonerką. Jak mało kto zbierała do szuflady dyplomy. Dyplomy były jak sprawności małej harcerki, im więcej ich miała, tym bardziej czuła, że coś znaczy. Dyplomy oprócz kurzenia się w szufladzie posiadały jedną zasadniczą funkcję - miały utorować jej drogę ku większemu poczuciu własnej wartości. Każdy dyplom był jak szczebel drabiny, po którym skrupulatnie wspinała się na szczyt, swojego wyimaginowanego bycia KIMŚ. Dyplomy były dla Katarzyny ważniejsze niż ludzie i ich cechy. Najpierw widziała dyplom i na jego podstawie wyrabiała sobie opinię o człowieku, a następnie wkładała go do odpowiedniej szufladki z napisem inteligentny, idiota, wart uwagi itp.

Kiedy zadałam sobie pytanie, dlaczego Katarzyna wywołuje we mnie tak ogromnie, nieprzyjemne uczucia - olśniło mnie. Okazało się bowiem, że też jestem kolekcjonerką, a poczucie własnej wartości upatruję w liczbie zdobytych dyplomów. Wiedza, którą nieświadomie dała mi Katarzyna, bo przecież nie próbowała być moją nauczycielką, sprawiła, że odpuściłam zarówno jej, jak i sobie. Teraz nie kolekcjonuję już dyplomów.

Siostra

Gdy tylko ją zobaczyłam, nie mogłam powstrzymać się od krytyki. Nie podobał mi się jej nos, piegi i to, że zamiast rower mówi lowel. Moje przytyki miały pokazać światu, a mi samej w szczególności, że jestem lepsza albo że w ogóle jeszcze jestem, gdyby przypadkiem komuś umknęło. Bycie jedynaczką przez cztery lata bardzo mnie rozpieściło. Teraz jest mi wstyd, bo mimo że mieszkałyśmy pod jednym dachem przez 18 lat, nigdy jej nie wspierałam.

Młodsza siostra, jak na ironię, ostatecznie stała się oparciem dla starszej, stała się moją podporą. Do tej pory podziwiam, jak świetnie sobie radzi, jak realizuje kolejne cele, jak nie zważa na strach i wewnętrzne hamulce. Osiąga to, co chce, bo wie, czego chce, i nie zraża się niepowodzeniami. Niepowodzenia jakoby ma wpisane w swój roczny harmonogram. Spodziewa się ich i nie czuje zaskoczenia, kiedy się pojawiają na horyzoncie.

Siostra jest jednością przeciwieństw, a to pozwala jej być zaradną i zorganizowaną, kiedy potrzeba, oraz wrażliwą i wspierającą, kiedy jej starsza siostra tego potrzebuje. Cały czas uczę się od niej wykraczania poza schemat i tego, że jedynym hamulcem, który trzyma mnie w miejscu, jest głos wewnętrznego krytyka, diabolicznie skutecznego, choć omylnego.

Nauczyciel z przypadku

Artur nigdy nie był mi bliski, choć zawsze ceniłam jego inteligencję, pewność siebie, ciętą ripostę i swobodę w byciu sobą. Dzięki niemu dostrzegłam, że im bardziej chcę wywrzeć na kimś wrażenie i staram się pokazać, że nie jestem pospolita, tym bardziej mi to nie wychodzi. Cała energia skierowana jest na wykreowanie jakiegoś wizerunku, zamiast na bycie po prostu, prawdziwą sobą. Artur nigdy nie udzielił mi żadnej rady, nie powiedział, jaka mam być i co mam robić, zresztą nigdy go o to nie pytałam. Nie musiałam, pokazał mi wszystko swoją postawą, własną autentycznością i odwagą do bycia sobą. Nawet jeśli wiązało się z to z byciem nielubianym, uczciwość wobec siebie samego dla Artura zawsze była ważniejsza.

Specjalistka od różnic

Łatwo jest przyjaźnić się z kimś, kto jest do Ciebie podobny i z kim masz wiele wspólnego, ale jak być przyjacielem kogoś, kto we wszystkim się od Ciebie różni? Jak to zrobić, nauczyłam się od Judyty. Znamy się trzy lata i oprócz płci w niczym nie jesteśmy do siebie podobne. Ona lubi, kiedy się coś dzieje, ja też, owszem, ale już niekoniecznie z moim udziałem, wolę kanapowy tryb życia. Ona 23-letnia młoda kobieta, a ja tyle wiosen mam już dawno za sobą. Ona pałaszuje tyle, co koliberek hawański, a ja potrzebuje porcji dla strusia afrykańskiego. Mamy odmienne poglądy na wiele spraw, wierzymy w coś zupełnie innego i coś innego jest dla nas ważne. Lubimy inną muzykę, potrawy, a wolny czas spędzamy w zupełnie odmienny sposób.

Właśnie dlatego Judyta stała się moją specjalistką od różnic. Różnic, które wcale nie dzielą, różnic, które w niczym nie przeszkadzają, i różnic, które pozwalają widzieć więcej. Dzięki niej jestem teraz wyposażona w sito, przez które przesiewam owe różnice i pozostaje mi jedynie człowiek, a może właśnie aż człowiek.

Każda osoba, którą spotykasz na swojej drodze, może być Twoim nauczycielem. Nie musi mieć dyplomu, który będzie dowodem na posiadane kwalifikacje, wiedzę i kompetencje. Nie musi być Twoim bliskim przyjacielem, nie musi nawet chcieć być Twoim mentorem. Jeśli uważnie się przyjrzysz, każdego dnia możesz spotkać kogoś, kto da Ci darmową lekcję, taką, której nie wykładają w szkołach, taką, która uczyni Twoje życie bardziej świadome, wartościowe i pełne.