AKADEMIA OPOWIEŚCI

Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.
 
ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:
 
za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.

****

W pamięć zapadł mi taki obrazek. Miałem siedem lat. Na korytarzu stała pani Łucja Ząbek, która mnie − uczniowi szkoły podstawowej nr 3 im. Feliksa Matusiaka w Sochaczewie − przypięła na rękaw tarczę. Potem przytuliła. Nie wiem, czy taki był zwyczaj, czy tak po prostu wyglądałem, że trzeba było mnie przytulić. To moje pierwsze zetknięcie z nauczycielem. Pani Łucja była moją wychowawczynią przez całą podstawówkę. 

Cisza do liczenia much

Ale zazwyczaj tak jest, że pamięta się tych nauczycieli, którzy w szkole sieją postrach. 

Na fizyce w podstawówce u pani Ewy Cieślak, liczyło się muchy, które latają, bo było tak cicho. A o ciszę w klasie było naprawdę ciężko. Na innych lekcjach potrafiliśmy grać w piłkę, kiedy biedny nauczyciel sobie z nami nie radził. Pani Cieślak uczyła nas też później w liceum: matematyki i fizyki. Klasa biologiczno-chemiczna, więc biologia i chemia luz, ale matematyka to już postrach.

Przy końcu pisania matury z matematyki pani Cieślak przeszła się po klasie i zobaczyła, że jest źle, że niewiele mamy, bo takimi byliśmy wybitnymi matematykami. Powiedziała: macie 15 minut i wyszła. Teraz to nie do wyobrażenia, bo przecież jest cała komisja i w ogóle ściąganie nie jest w modzie. Wtedy podczas matury wyszła nasza podwórkowa solidarność. Wszyscy wychowaliśmy się na jednym podwórku i potem całą bandą z podwórka poszliśmy do jednej szkoły. Po lekcjach znów ze sobą spędzaliśmy czas, co przechodziło na nasze relacje szkolne. Kiedy ktoś kulał, trzeba mu było pomóc, tym bardziej w tak poważnej sytuacji jak matura. Dziś już nie ma takich podwórek. Swoją pracę zasłania się łokciem i pracuje na siebie. 

Cisza do słuchania oddechu za plecami

Cisza była też na geografii w liceum. Pan Wąs − tak go przezywaliśmy − zawsze pięknie nas wywoływał do odpowiedzi. Pełnym brzmieniem, z imienia i nazwiska: "Uczeń Robert Janowski proszony jest do tablicy do odpowiedzi". Do każdego stosował tę samą formułkę. Kiedy zbyt wolno szło się do odpowiedzi, pan Wąs mówił: "Przepraszam bardzo. Ja nie mam tyle czasu. Proszę siadać, dwa". Kiedy następna osoba szła do odpowiedzi zbyt szybko, mówił: "Przepraszam, to nie wyścigi. Proszę siadać". Trudno więc było wyczuć, czy do odpowiedzi iść wolnym czy szybkim krokiem, bo i tak, i tak może być dwa.

Do dzisiaj znam wszystkie stolice świata. Mapę fizyczną świata, mapę fizyczną Polski, mapę gospodarczą. Szybko się zorientowaliśmy, że my to wszystko musimy umieć nawet o czwartej rano. Słynne polecenie pana Wąsa: "pokaż granice Czechosłowacji". Podchodziło się do mapy, brało wskaźnik no i zataczało koło mniej więcej wzdłuż granicy, jak to się zwykle robi. A chodziło o to, by tym wskaźnikiem pojechać po linii bardzo dokładnie. Pan Wąs stał za uczniem i patrzył, czy ten wskaźnik gdzieś tam trochę nie zjedzie. A on mógł nieraz zjechać z nerwów, kiedy czuło się za plecami oddech nauczyciela. To było dziwne z jego strony, może nas nie lubił. Ale jak trzeba było nauczyć się stolic Afryki, to wszyscy znali je śpiewająco. Z naszej szkoły wiele osób albo wygrywało, albo dostawało się do ogólnopolskich olimpiad geograficznych.

Cisza zupełnie inna

Na języku polskim u pani Marii Gołkowskiej też była cisza, ale wynikała zupełnie z czego innego, nie z tego, że nas dyscyplinowała. To były takie lekcje, kiedy robiło się nam szkoda, jak zadzwonił dzwonek na przerwę. Polski mógł trwać i trwać. Nikt nie chciał stracić ani sekundy z tego, co pani Gołkowska mówiła. Była rozmiłowana w literaturze i w języku polskim. Lekcje prowadziła z ogromnym zaangażowaniem, nie używała formułek: "Dziś otwieramy książki na stronie takiej a takiej", nigdy nie zadała pytania: „Co poeta chciał przez to powiedzieć?". 

Opowiadała nam o kontekście politycznym, gospodarczym, socjologicznym, w jakim powstała książka, skąd wzięła się jakaś grupa poetycka, co się wtedy działo na świecie. My otwieraliśmy szeroko usta, że język polski to nie jakiś jeden, wyabstrahowany przedmiot, tylko wiedza jest systemem naczyń połączonych. Polski w liceum był przyczynkiem naszego dojrzałego myślenia o świecie. W dodatku pani Gołkowska mówiła przepięknie i przepięknie recytowała poezję. Do dziś mam ciarki, kiedy wspominam, jakie to były piękne momenty.

Też chciałem pięknie mówić, tak jak ona. Powiedziała mi, co bardzo utkwiło mi w głowie, że język wzbogaci mi się dzięki książkom. Wziąłem to sobie mocno do serca i czytałem bardzo dużo. W Sochaczewie mieszkałem na osiedlu wojskowym, no i jak wielu młodym chłopcom, groziło mi, że pójdę do wojska. Wtedy to nie była nobilitacja społeczna i bycie w wojsku oznaczało coś innego niż bycie w wojsku dzisiaj, z wyboru. Miałem więc taki wewnętrzny przymus, że jak się będę uczył i dużo czytał, to stanę się mądry i dostanę na studia. Naiwne to było myślenie, ale czytałem dużo.  

Wystarczyłoby dwóch takich pasjonatów

Pamiętam, że nasze dyskusje na polskim były partnerskie. Pani Gołkowska rozmawiała z nami jak równy z równym, słuchaliśmy swoich argumentów, do których dawała nam prawo. Jak ktoś nie przeczytał książki, to wiadomo, dostawał dwóję, ale przez szacunek dla niej, to zdarzało się sporadycznie, nikt nie chciał jej tego robić. Mieliśmy przez to jakieś takie poczucie wstydu. Dziś, jak sobie o tym myślę, to wydaje mi się, że to jest duża umiejętność być takim nauczycielem, aby to uczniowie sami od siebie wymagali.

To była wspaniała pedagog, z prawdziwego zdarzenia, która chciała nauczyć przedmiotu i jednocześnie przekazać nam miłość do literatury, do języka. Myślę, że gdyby dzieci spotkały w szkołach przez całą swoją edukację przynajmniej dwóch takich pasjonatów, to mogłoby ich to ukierunkować i zdrowo ustawić do świata.

Ja w końcu nie poszedłem na żaden humanistyczny kierunek. Skończyłem weterynarię, pracowałem jako weterynarz. Ale humanistą zostałem. W dużej mierze dzięki pani Gołkowskiej. Miłość do literatury i poezji została. Sam piszę wiersze. Ostatnio o aniołach, bo zawsze chciałem porozmawiać z aniołami.  

 * Robert Janowski (rocznik 1961) , kiedy był zatrudniony jako weterynarz w lecznicy w Piasecznie, wziął udział w castingu do musicalu "Metro" w reżyserii Janusza Józefowicza. Było to w 1989 r. “Metro” miało premierę w Polsce w 1991 r. Rok później na Broadwayu.