AKADEMIA OPOWIEŚCI

Czekamy na wasze opowieści nie tylko o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.
 
ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:
 
za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.

Nie wiem, czy On dzisiaj uczy. Nie wiem nawet, czy żyje. Mam nadzieję na pozytywną odpowiedź w obu przypadkach. Oczywiście, gdybym pytał, ale nie zrobię tego. Niech zostanie tak, jak jest. Niech pozostanie w mojej (naszej) pamięci takim, jakim wtedy był.

Groteska

Mam 35 lat, pochodzę z niewielkiej dolnośląskiej wsi, gdzie do dzisiaj chłopak czy mężczyzna wracający z książką z biblioteki to „pedał”, „cwel” itd. Chociaż ludzi na ulicy już dużo mniej. Lepiej było schować książkę pod kurtkę, niż narazić się na szykany czy też na możliwość obrzucenia kamieniami. Tak było. Wychowałem się tam i wiem, co mówię. Czasami szedłem z książką, a czasami sam rzucałem... A dzisiaj? Prawdopodobnie jest jeszcze gorzej. Doszły dragi i dopalacze. Nie dziwię się, że młodym poprzewracało się w głowach. Nie dziwię się, że nauczyciele uczyć ich nie chcą. A jeśli już, to w przyzwoitych warunkach i za godną pensję.

Dziś mieszkam i pracuję we Wrocławiu. Bywałem tu i tam, mieszkałem tu i tam, uczyłem się tu i tam. Łącznie mam za sobą 19 lat kontaktu z polskim systemem edukacji. Osiem lat podstawówki, cztery liceum, rok policealnej, pięć lat studiów magisterskich, rok podyplomówki. Dużo tego, a w ostatecznym rozrachunku na niewiele się zdało. Nieważne, nie mam do nikogo żalu. Daję radę. To zresztą nie o mnie, ale o nauczycielach miało być.

W całym swoim dotychczasowym życiu spotkałem dwie osoby, o których z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że stanowiły dla mnie autorytet. Dorosły Europejczyk, który na swojej drodze spotkał dwie osoby mogące dla niego stanowić autorytet – groteska, nie? Cóż poradzić. Dziadkowie pili, ojcowie pili i bili, wujkowie pili i gardzili, bracia i koledzy z reguły poszli w ich ślady… Może biją mniej, bo dziś łatwiej dostać za to wyrok. Ale piją pewnie tak samo.

Klasa jak rodzina

A więc dwa autorytety. Dwaj mężczyźni. Z nich dwóch bardziej cenię sobie tego, z którym moje losy splotły się najpierw - mojego pierwszego nauczyciela i wychowawcę ze szkoły podstawowej. Mój nauczyciel - postawny, wysportowany mężczyzna z wąsem. Poważny, a jednocześnie dowcipny. Niezwykle inteligentny, czujny i żywy. Przez cztery pierwsze lata mojej edukacji prowadził z moją klasą wszystkie lekcje, od języka polskiego po środowisko. I we wszystkim się sprawdzał. Absolutnie nie miał problemu z tym, by mówić do swoich uczniów, trzymając jedno czy dwoje z nas na kolanach. My też nie mieliśmy z tym problemu. Ani nasi rodzice. Nikt nie miał. Była to z jego strony oznaka troski, szacunku i sympatii. Z naszej strony zaufania. Powtarzam – nikt nie miał z tym problemu i nic nadzwyczajnego nie widzę w tym do dzisiaj. Tym i podobnymi zachowaniami budował atmosferę rodziny. Czuliśmy się w klasie jak w rodzinie.

W trakcie przerw między lekcjami ustawialiśmy się w kolejce pod jego wysłużonym biurkiem, by choć chwilę zająć go swoimi dziecinnymi opowieściami. W godzinach szkolnych zastępował nam rodziców. Niektórym z moich kolegów, wbrew swojej woli, wprost zastępował ojców leżących w kałużach poalkoholowych wymiocin. Bo dzieciństwo wielu z nas w małej dolnośląskiej wsi tak wtedy wyglądało. Rzeczywistość końca lat 80. i początku 90. doświadczyła nas surowo. Mój ojciec również leczył alkoholem rany na dłoniach od palnika i spawarki, a matka całymi dniami stała za ladą sklepu.

Wyrzuty sumienia

Mój nauczyciel z pedagogicznych obowiązków wywiązywał się doskonale. Całymi godzinami wsłuchiwaliśmy się w jego opowieści. Mówił długo, mądrze i bardzo przekonująco, czym mocno poszerzył nam horyzonty. Uczył nas zadawać mądre pytania. Szukać mądrych odpowiedzi. To dzięki niemu jako dziecko dowiedziałem się między innymi tego, co to są freony. I co to takiego ta dziura ozonowa. I z czego i jak zbudowana jest puszka dezodorantu. Nie było pytania, które mu przez nas zadane pozostałoby bez odpowiedzi. Mądrej i logicznej. W dniu, w którym nam o tym opowiedział, wyrzuciłem dezodoranty mamy do śmietnika. Mocno mnie za to zrugała.

Cenił sobie dyscyplinę. Był sprawiedliwy w ocenach. Jeśli ktoś zasłużył, wpisywał mu do dzienniczka uwagę. Opowiadał nam przy tym kolejną historię nawiązującą do szacunku, wolnej woli i ludzkiego sumienia, po której nikomu z nas już nie przychodziło do głowy, by drugi raz popełnić tę samą głupotę. Ja swoją pierwszą uwagę wpisaną przez niego pamiętam do dziś: „Piotrek podłożył nogę koledze, który niebezpiecznie upadł”. Kilka dni źle przez to spałem. Być może nawet płakałem. Ale nie z powodu wyrzutów, że mój kolega, upadając na ścianę, mógł zrobić sobie krzywdę. Miałem wyrzuty sumienia, że swoim zachowaniem zawiodłem mojego Nauczyciela. Mój autorytet.

Uczył nas szacunku do flagi, do hymnu, do rodziców, do pracy, do szkoły, do zrobionych przez mamę kanapek, do wszystkiego. Uczył nas szacunku do koleżanek i kolegów bez względu na ich wygląd, pochodzenie, religię. Rozwijał w nas chęć poznawania świata, wolę walki, dążenie do poszerzania wiedzy. Widział w nas talenty. Sprawił, że dużo czytałem, lubiłem pisać, liczyć, biegać. Sam miał duszę sportowca i kondycję żołnierza Legii Cudzoziemskiej. Podczas gdy inne klasy odbywały lekcje WF-u w sali gimnastycznej, on prowadził nas na położone za wsią pola. Bez względu na porę roku. Tam mogliśmy śmiać się i bawić do woli. Inne dzieci zazdrościły nam, patrząc przez szkolne okna, jak wychodzimy na lekcje w teren, ciągnąc za sobą sanki. Dzięki zimowym przebieżkom po pokrytych śniegiem zaoranych polach się hartowaliśmy. Gdy inne dzieci zostawały w domach i leczyły się na grypę, my gęsto zapełnialiśmy szkolne ławki. Dzięki takim doświadczeniom nikt nie jest w stanie dziś mnie przekonać, że lepienie bałwana, rzucanie się śnieżkami, skakanie do rowów wypełnionych śniegiem lub brodzenie po pas w zaspach szkodzi zdrowiu. „Chcesz skoczyć do półtorametrowej zaspy? To załóż kaptur, żeby śnieg nie naleciał ci pod kurtkę. I niczym się nie przejmuj. Ja cię wyciągnę”.

Moje podziękowanie

A regularne jesienne wycieczki piesze i rowerowe? Pieczone w ognisku kiełbaski? Rozmowy o florze i faunie? Jasne, że tak. W terenie. Bez podręcznika. Taka szkoła, takie dzieciństwo. Czuliśmy się przy nim pewnie i bezpiecznie. Był wyluzowanym człowiekiem o żelaznych zasadach. Tak, to możliwe. Miał świeży, otwarty umysł. Gdy zrobiła się afera po tym, jak zapaliłem pod szkolną ławką zapałkę w trakcie lekcji i pani dyrektor na wieść o tym zrobiła się wręcz sina ze złości, on skwitował to słowami: „Zuch jesteś, skoro zapaliłeś zapałkę i nic się nie stało”. Dało mi to do myślenia bardziej niż nagana.

Nauczył nas analizować, szukać rozwiązań, być otwartymi na to, co nowe i nieznane. Nie marnować czasu na błahostki, nie rozwodzić się nad sobą, nie użalać. Sam nigdy się nie użalał, mimo że lekko na pewno nie miał. Przez cały rok rowerem do pracy. Rozumiał nas i nasze problemy. Z naszymi rodzicami dogadywał się doskonale. Nauczył nas szacunku do procesu edukacji i wytrwałości. Dzięki niemu w tamtych latach odczuwałem pasję do nauki. Nie twierdzę, że nie sprawiłem w swoim życiu komuś kłopotów. Ale żyję, pracuję, jestem szczęśliwy w związku, podróżuję nieco, spełniam marzenia. I uważam, że w dużej mierze mogę to zawdzięczać właśnie jemu. Bardzo dużo mnie nauczył. Mój chłonny, dziecięcy umysł wypełnił mądrymi słowami. Czy dzięki niemu stałem się lepszy, bardziej wartościowy? Nie mnie oceniać moje wartości.

Dziś nie wiem, jak toczą się jego losy. Ale jestem o niego spokojny. Dzięki takim ludziom jak On/Oni, dzięki Jego/Ich ciężkiej pracy świat staje się lepszy. To moje podziękowanie.