AKADEMIA OPOWIEŚCI

Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.
 
ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:
 
za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.

***

Jest na emeryturze od jakiegoś czasu, ale krzepy jej nie brakuje. Ojciec, który ma aptekę, mówi, że jak wychodzi, to potrafi tak trzasnąć drzwiami, że cały nasz dom przez chwilę drży w posadach. Przed wywiadówkami mama stresowała się prawie tak jak ja. Nie bez powodu. Nasza klasa była zbieraniną trudnych charakterów. Ktoś nie mógł przestać gadać, ktoś był dobry z matematyki, a nie znosił polskiego (którego ona uczyła), ktoś inny już w podstawówce lubił alkohol, a ktoś wolał śpiewać, niż się uczyć…

Szybko traciła cierpliwość. Byłam kujonicą niestandardową, zawsze lubiłam eksperymentować z wizerunkiem. Pudrowałam twarz alantanem, miałam 13 kolczyków w uszach i malowałam paznokcie bezbarwnym lakierem (nie wolno było). Na szkolny bal przebierańców krawcowa uszyła mi z żorżety czarną sukienkę – syrenkę (jak Morticia Addams). Mama przyszła z wywiadówki i zrzuciła bombę: Kasia nienawidzi chodzić do szkoły. Trochę mi było wstyd. Średnia powyżej pięciu, kangury, olimpiady, wszelkie konkursy, a tu coś takiego. Do dziś nie wiem, jak to wyszło i poszło dalej.

To była połowa lat 90., szkoła na wsi, więc żadne ekstrawagancje nie były mile widziane. Pani Wala zaczęła być naszą wychowawczynią w 1994 roku. Po nauczycielce z klas młodszych, która traktowała nas jak niemowlęta, to było jak skok na główkę do wody. Lubiła zadać pytanie i czekać na odpowiedź. Była ostra, ale nie z gatunku tych nauczycieli, na których lekcjach się prawie mdlało ze strachu. W szkole średniej miałam takich i nawet nie pamiętam dziś ich nazwisk, odeszli jak koszmary rano. To też nie był typ nauczycielki kumpeli. Była dla nas chłodna, przy tym łatwo się wkurzała, wtedy szła zapalić i wracała w miarę wyluzowana.

Dzięki niej polubiłam pisanie, bo doceniała moje wypracowania. Kazała mi je czytać przed całą klasą, co dla dziewczynki o usposobieniu introwertycznym (czyli dla mnie) było kłopotliwe. Ale czytałam.

Lubiła garsonki z dopasowanymi spódnicami do kolan. Miała je w różnych kolorach. Kiedyś zadała pytanie i odpowiedziała jej cisza. Powiedziała, żebyśmy nie gapili się na nią, jakby była zielona. Jako że miała zielony komplet, wydało się nam to bardzo śmieszne. A ona? Pewnie jak zwykle się na nas zdenerwowała. Dość szybko zauważyła, że nie tylko piszę niezłe opowiadania, ale też jako tako łapię gramatykę. Kiedyś kazała mi zrobić rozbiór zdania. Wtedy już zaczynałam obrastać w piórka: pisałam innym uczniom wypracowania na przerwie, prowadziłam z kumpelą gazetkę. Ale wtedy akurat nie umiałam. Miała intuicję – potrafiła mnie wyrwać, gdy byłam nieprzygotowana. Pokory we mnie nie było za grosz. Pamiętam, że miałam satynową spódnicę w jasne kwiaty, robiłam głupie miny i całą sytuację uważałam za bardzo zabawną. Powiedziała: „Przestań się mizdrzyć i weź się za robotę”. Wróciłam do ławki mała i poniżona. Ale nauczyłam się tego cholernego rozbioru. Raz też dostałam jedynkę za „Pana Tadeusza”. Kazała nam przeczytać jakiś obszerny fragment, a ja jedyne, co wiedziałam, to to, że „młody panek zawrócił przed ganek”. Szybko połapała się, że jestem totalnie zielona w tym temacie. Dostałam jedynkę, a nad epopeją, której do dziś nie lubię, siedziałam kilka wieczorów. Zawzięłam się i dobrze się przygotowałam.

Była sprawiedliwa. Jeśli ja – kujonka - nie umiałam, dostawałam pałę, a nierzadko łączył się z tym dosadny komentarz. Nie miałam taryfy ulgowej, może nawet wymagała ode mnie więcej. Z samym Adamem Mickiewiczem mój związek był lepszy niż z „Panem Tadeuszem”. Czytałam „Cięższą podajcie mi zbroję” i wzdychałam nad losem Adama i Maryli. Pani Wala przygotowywała mnie do konkursu. Spotykałyśmy się każdej niedzieli. Któregoś mroźnego dnia poszłam do niej bez szalika (o czapce w ogóle nie było wtedy mowy, ot nastoletnia logika). Jako że mieszkała na drugim końcu wsi, gdy dotarłam na miejsce, byłam sina z zimna. Ratowała mnie wtedy gorącą herbatą i ciastkami. Gdy miałam już wyruszyć do domu, okręciła mnie swoim wielkim szalikiem.

Kiedyś się na nas wkurzyła i nie stanęła z nami do klasowego zdjęcia, jesteśmy tam sami jak sieroty. Zawsze miała temperament, kiedyś nawet powiedziała, że czas, który mi poświęciła, był stracony. Nie był, do dziś czytanie i pisanie jest dla mnie niezbędne do funkcjonowania. Podobno czasem wsiada do swojego autka i jedzie przed siebie. Pewnie to jej pomaga się uspokoić.