Akademia Opowieści

Czekamy na Wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla Was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.
 
ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:
za pierwsze miejsce – 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.

***

Licea ogólnokształcące obrastają legendami i samo bycie ich absolwentem staje się powodem do dumy. O łódzkim Technikum Energetycznym mało kto słyszał. Nawet nazwa, często zmieniana, odchodzi w zapomnienie. W 1957 r., kiedy zaczynałem naukę, szkoła była jeszcze na Kilińskiego 172. Po roku przenosiliśmy ją do nowego budynku na Skrzywana 11.

Nowa szkoła miała duże widne sale, szerokie korytarze i wielką salę gimnastyczną, którą podzielono na pół sceną. Zyskaliśmy wspaniałą salę, w której oprócz akademii odbywały się zabawy taneczne, spotkania z zapraszanymi gośćmi ze świata kultury, próby i występy naszej orkiestry i naszego kabaretu. W zwykłe dni sala była zastawiona stolikami, przy których można było usiąść w czasie przerw, zjeść kanapkę i porozmawiać lub zagrać w brydża. Część sal lekcyjnych to były audytoria z ławkami opadającymi amfiteatralnie w kierunku katedry. Pracownie specjalistyczne (miernictwa elektrycznego, urządzeń elektrycznych) miały wyposażenie podobne do tego, które spotkałem kilka lat później na Politechnice.

Raz w miesiącu poddawano nas ,,umuzykalnieniu” - pojawiali się u nas muzycy i śpiewacy operowi. Od tamtej pory wiem, co to jest „rondo”, demonstrował je nam skrzypek Zenon Płoszaj (później profesor i rektor PWSM w Łodzi). Śpiewała młoda śpiewaczka Delfina Ambroziak. Energetykom po coś potrzebne są orkiestry dęte. W ramach przygotowania do zawodu i u nas w szkole założono w 1958 r. taką orkiestrę. Założył ją i prowadził wspaniały dyrygent i pedagog Mikołaj Stanisławski. Jej członkowie mogli brać instrumenty do domu i wkrótce mieliśmy nie tylko orkiestrę, ale również znakomity zespół grający przeboje muzyki tanecznej. Zespół grał na szkolnych potańcówkach.

Podczas odpoczynków zespołu muzycznego wystawialiśmy fragmenty przedstawień naszego szkolnego kabaretu. Tak, mieliśmy w szkole własny kabaret! Samodzielny, bez czapy nauczycieli i bez ich kontroli. Był to kabaret literacki, z tekstami Gałczyńskiego, Tuwima i Jurandota. Tego ostatniego „Plim” kończący się: „Ale życie przeważnie tak obchodzi się z nim, że gdy zbiera się zagrzmieć, to wychodzi mu: - Plim!”.

Samorząd uczniowski nie był dekoracją, z jego inicjatywy urządzono w szkole palarnię dla starszych uczniów, wprowadzono zasady współpracy nauczycieli i uczniów, np. reguły odpytywania (pytanie uczniów nie powinno przekraczać jednej trzeciej lekcji). Samorząd wymógł na dyrekcji zwolnienie nauczyciela, który nagminnie pytał przez całą lekcję, a nowy temat próbował wykładać na przerwie.

Gazetka szkolna nie podlegała cenzurze. Buntownicze manifesty nie były podpisywane, raz dyrekcja chciała zmusić nauczycieli polonistów, by na podstawie charakteru pisma wykryli autora. I wtedy nasza polonistka pani profesor Krystyna Tesławska, cudowny człowiek i wspaniały pedagog, głośno się zbuntowała i powiedziała, że nie będzie kapusiem. Dzięki Pani Profesor do dziś kocham dobrą literaturę i mogę czytać ze zrozumieniem publicystykę odwołującą się do kanonu literackiego wykształconego człowieka. Często chodziliśmy ze szkołą do teatru i to nie były przedstawienia dla szkół. Byliśmy między innymi na „Nie-Boskiej komedii”, „Historyi o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim” i na „Obronie Sokratesa” z Sewerynem Butrymem.

Do nauczycieli humanistów mieliśmy w ogóle duże szczęście. Pani profesor od historii Regina Kołomecka może nie nauczyła nas miłości do tego przedmiotu, ale jej nauczanie i konsekwentne pilnowanie, by coś z wiedzy historycznej zostało w naszych głowach, pozwala mi jeszcze dzisiaj sprawdzać wiedzę wnuka bez zaglądania do podręcznika. Przed odpowiedzią u Pani Profesor nie broniły żadne wykręty.

Ważną sferą naszej uczniowskiej działalności był radiowęzeł z profesjonalną konsolą, wzmacniaczami, magnetofonami i gramofonem. Nasi radiowcy nadawali szkolne komunikaty, obsługiwali orędzia dyrektora. Jednak najważniejsza była muzyka puszczana na przerwach – zdobywano w przeróżny sposób płyty, mogliśmy słuchać światowych standardów bluesa i jazzu. Tak jak radiowęzeł skupił maniaków radiotechniki, tak kółko fotograficzne skupiło fotografów – mieliśmy dostęp do najwyższej klasy sprzętu i Opiekuna, który nie szczędził czasu, by zapoznać nas z zasadami kompozycji i tajnikami warsztatu. Spędzaliśmy godziny w ciemni i niewiele mniej przy ocenie uzyskanych efektów.

Pamiętam prawie trzydziestu nauczycieli, którzy w ciągu pięciu lat uczyli naszą klasę – trochę pozacierały się w pamięci ich twarze, czasem brakuje imion, zniknęły niektóre nazwiska. Nasza pierwsza wychowawczyni, chemiczka, pani profesor Zofia Domagała, która matkowała nam, przerażonym pierwszakom. „Kowboj”, nauczyciel geografii – jego przezwisko przejęliśmy od poprzedników i chyba nigdy nie pamiętaliśmy Jego nazwiska. To On zabrał nas pierwszy raz w Tatry, na kilkudniową wycieczkę do Zakopanego. Najpierw pokazał nam dolinki i oprowadził nas po cmentarzu na Pęksowym Brzyzku. Ostatniego dnia zaprowadził nas nad Czarny Staw Gąsienicowy do „Kamienia Karłowicza”. Wuefiści, profesorowie Barański i Chojnacki wędrowali z nami na rajdy PTTK po Górach Świętokrzyskich i organizowali sportowe obozy letnie.

Dyrektor Jan Wroński był dobrym nauczycielem miernictwa elektrycznego, ale przede wszystkim  znakomitym organizatorem. Rozbudowywał i rozwijał szkołę, grono nauczycielskie powiększył o „młode wilki”, świeżych absolwentów politechniki (potem, gdy został zastępcą kuratora, szkoła nasza okazała się kuźnią dyrektorów). W duecie ze swoim zastępcą inż. Cezarym Przybyszem tworzyli idealne kierownictwo. Dyrektor Przybysz dbał o dyscyplinę formalną - to on ganiał nas za niekompletne mundurki, najczęściej za chodzenie bez czapek, pilnował, by włosy nie były zbyt długie. Czuliśmy przed nim respekt, by nie powiedzieć strach. Jednak pozory czasem mylą. Grupka uczniów po jednej z imprez szkolnych zakończonych wypiciem po cichu paru butelek „patykiem pisanego" tęgo narozrabiała - rozbiła kilka latarni ulicznych i urwała samochodom parę lusterek. Dyrekcja z hukiem wyrzuciła ze szkoły wszystkich ośmiu winowajców (oczywiście najpierw rodzice pokryli straty, a winni przeprosili poszkodowanych). Następnego dnia, już po cichu, wszyscy zostali przeniesieni do innego technikum, do klasy o podobnym profilu. Młodzieńcza głupota została ukarana, ale nikomu życia nie próbowano rujnować.

Niewiele do tej pory wspominałem o przedmiotach zawodowych, stanowiły one równie ważną część naszej nauki. Maszyn elektrycznych uczył nas inż. Skibiński, główny konstruktor zakładów ELTA. W czasie przerwy przed lekcją wyczarowywał na tablicy za pomocą kred o różnych kolorach najbardziej skomplikowane schematy uzwojeń silników elektrycznych. Jego rysunki to były prawdziwe arcydzieła. Sieci elektrycznych uczył nas inż. Jerzy Gara i to, czego nauczyłem się w Technikum, wystarczyło do spokojnego zdania egzaminu z sieci na Politechnice.

Mówimy: szkoła to, szkoła tamto – za tym uproszczeniem kryją się jednak działania indywidualne poszczególnych nauczycieli. Moi koledzy i ja mieliśmy to szczęście, że trafiliśmy na Ludzi, którzy mieli wiedzę i chęci, by ją nam przekazać. Nie prowadzili nas za rączkę, lecz traktowali jak partnerów w procesie edukacji i wychowania. Egzamin maturalny zdaliśmy 57 lat temu, większość z nas ukończyła studia na Politechnice. Pracowaliśmy w przemyśle, w energetyce, w biurach projektów lub na uczelniach – niektórzy jeszcze dzisiaj są wciąż czynni zawodowo. Matura z technikum nie narzucała wyboru studiów: Janek K. poszedł do szkoły teatralnej i został aktorem, Jacek P. skończył ekonomię na UŁ i przez ponad 30 lat był dyrektorem dużego oddziału banku.

To wspomnienie o Szkole, do której przyszliśmy, by zdobyć zawód, a nie zdawaliśmy sobie sprawy, że da nam ona znacznie więcej – wszechstronną wiedzę, porządne wychowanie i przygotowanie do godnego dorosłego życia. Dziś prawdopodobnie takich szkół już nie ma. Pół wieku temu też były wielką rzadkością. Wielkie dzięki naszym Nauczycielom (wymienionym z nazwiska i niewymienionym), że mogliśmy być w takiej Szkole.