AKADEMIA OPOWIEŚCI

Do 15 września czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o waszych mistrzach życia. Może nim być wasz szef, kolega, wychowawca. Ktoś, kto był dla was inspiracją na całe życie. Zachęcamy, byście nam o nich napisali.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Opowieści pod hasłem „Nauczyciel na całe życie” o objętości nie większej niż 8 tys. znaków można przysyłać za pośrednictwem FORMATKI.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCOM PRZYZNANE ZOSTANĄ NAGRODY:

* za pierwsze miejsce w wysokości – 5556 zł brutto
* za drugie miejsce w wysokości – 3333 zł brutto
* za trzecie miejsce w wysokości – 2000 zł brutto

W latach 50. zacząłem naukę w Szkole Podstawowej nr 15. Była to biedna szkoła, uczniowie uczyli się w warunkach spartańskich. Jako uczeń drugiej klasy zostałem namówiony do wzięcia udziału w przedstawieniu o królewnie i krasnoludkach. Uczyliśmy się tekstów, gorliwie uczęszczaliśmy na próby. Wszyscy biorący udział w przedstawieniu byli uczniami Piętnastki. Pomysłodawcą i organizatorem przedstawienia była Pani Janina Stanik, nauczycielka matematyki. Część kostiumów mamy uszyły w domu, resztę gdzieś „załatwiła” niezastąpiona Pani Stanik. Myśleliśmy, że to przedstawienie odbędzie się w szkole, a tu sala ZZK. Po pierwszym spektaklu okazało się, że jesteśmy super. Nie pamiętam, ile mieliśmy występów, ale za każdym razem były gromkie brawa. Po ostatnim przedstawieniu na scenę weszły osoby z oświaty i gratulowały Pani Stanik, a jakiś pan powiedział do nas: „Nie spodziewałem się, że tak zagracie”. Nie zapomnę łez szczęścia w oczach tej wspaniałej kobiety. My dostaliśmy po paczce ze słodyczami, które ufundował zięć Pani Stanik.

Gdy byłem w piątej klasie, zacząłem uczęszczać, jako najmłodszy, na kółko matematyczne, które po godzinach lekcyjnych prowadziła Pani Stanik. Robiąc kilkuminutowe przerwy w zajęciach, opowiadała nam o swoim nauczaniu na tajnych kompletach. Słuchaliśmy z zapartym tchem o tajnym pukaniu do drzwi, o sposobach powiadamiania, zmianie miejsca nauczania i nauczycielach, którzy zginęli w obozach koncentracyjnych. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że zorganizowanie takiego przedstawienia to były jej marzenia z okresu wojny. Kilkakrotnie zanosiłem Pani zeszyty do sprawdzenia do domu na ul. 1 Maja nad rzeczkę.

Jako uczeń siódmej klasy byłem na zabawie karnawałowej zorganizowanej w szkole przez Panią Stanik. Zabawa była super mimo ciasnoty. By mieć przestrzeń na taką imprezę, rozbierano drewnianą ścianę między dwoma salami lekcyjnymi. Wspaniały nastrój zakłóciło niespodziewane zdarzenie. Kilku łobuziaków wrzuciło do sali przez wcześniej uchylone okno świece dymne. Dzieciaki zaczęły się dusić, bo dym poszedł również na korytarz. Pani Stanik, zanim któryś z chłopaków zareagował, dusząc się, otworzyła okno i odważnie, biorąc w ręce płonące zwitki, wyrzuciła je na zewnątrz. Po tym zdarzeniu była kilka dni na zwolnieniu lekarskim, miała poparzone dłonie, ale po powrocie przeprowadziła śledztwo i dotarła do nazwisk sprawców.

To był prawdziwy nauczyciel. Nie biła uczniów, była jednak surowa i wymagająca. Uczniowie mieli dla niej dużo szacunku i na jej lekcjach był zawsze spokój. Pewnie wiele osób, które uczęszczały w latach 50.-60. do Piętnastki, pamięta Panią Janinę Stanik.