AKADEMIA OPOWIEŚCI

Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.

Grzegorz Giedrys: Pochodzisz z nauczycielskiej rodziny. Podejrzewam, że w takich warunkach naturalnym odruchem jest bunt wobec tego świata.

Michał Supcziński: To nie świat nauczycieli był przedmiotem mojego młodzieńczego buntu. Dosyć wcześnie zrozumiałem, że to system jest niewłaściwy, a nauczyciele są jego ofiarami – podobnie jak uczniowie. Poza tym miałem tak jak tysiące innych dzieciaków – byli ulubieni oraz znienawidzeni belfrowie, czasem brak empatii, a czasem fascynacja.

Doświadczenie podpowiada mi, że dzieciaki z nauczycielskich domów zawsze były nieco pokomplikowane. Albo były rozpieszczone i wykorzystywały wszystkie swoje szkolne przywileje, albo całkowicie podważały rolę nauczyciela.

– Dzieciaki są ogólnie pokomplikowane, choć te nauczycieli mają trochę trudniej, z różnych względów. Może pojawić się motyw zazdrości – w momencie, gdy tata albo mama cały dzień spędzają z cudzymi dziećmi, a po powrocie z pracy nie mają dla ciebie czasu. To może być frustrujące. Rodzice nauczyciele często nie zdają sobie sprawy z tego, jaki stres wśród ich dzieci powoduje ich pozycja. Bywa również tak, że wymagają o wiele więcej niż od innych, co również prowadzi do zachowań, które nazywasz buntem.

Ty nie skończyłeś szkoły średniej. Więc jednak bunt przeważył? Poszukiwanie wolności? Sprzeciw wobec szkoły jako instytucji i nauczycieli?

– Przypadek relacji między mną a moją mamą, wybitną pedagożką, fascynuje mnie do dzisiaj, chociaż pewnie w jakimś stopniu również jest, łagodnie mówiąc, ekscentryczny. Dzięki niej od początku miałem świadomość tego, że w szkołach pracują ludzie, w których bardzo mało jest powołania i pasji, zwykli ludzie z problemami, którzy często nie mają najmniejszej ochoty tam być. Zacząłem zwracać uwagę na „mechanizmy wewnętrzne” i zrozumiałem, że poza szkołą mogę nauczyć się o życiu więcej, szczególnie że taki po prostu miałem charakter, żeby skakać na główkę zamiast wkuwać nieistotną wiedzę niczym pacierz. Poza tym, jak mówiłem – system edukacji, który blokował kreatywność, był dość uwierający.

Jak zareagowała twoja mama na decyzję o porzuceniu szkoły? Elżbieta Supczińska to w końcu zasłużona historyczka, wychowawczyni dziesiątków roczników toruńskiej młodzieży.

– Zareagowała jak najlepszy przyjaciel na świecie. Bo jak mogła zareagować osoba o tak otwartej głowie, odważna historyczka, filozofka i marzycielka? Stwierdziła, że ona nigdy nie miała okazji decydować o swoim życiu, więc była szczęśliwa, że może mi pomóc, bym mógł decydować o moim. I między innymi dlatego uważam ją za najważniejszego nauczyciela, jakiego miałem. Bo nauczyła mnie życia bez strachu, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało.

Czy trzeba się z rodzicami zaprzyjaźnić, aby ten stan osiągnąć?

– Tak naprawdę to nie jest rola dziecka, by zaprzyjaźnić się z rodzicem. To rodzic powinien umieć zaprzyjaźnić się ze swoim dzieckiem, rozumieć jego świat, dać wiedzę i doświadczenie, ale i autonomię. Wydaje mi się, że jest to cecha naprawdę dobrych nauczycieli. Dzisiejszy świat polega na wpajaniu dzieciom wzorców i zachowań, które dorosłym wydają się jedynymi słusznymi. Nie widzą przez to, że tworzą ludzi pełnych strachu przed niespełnieniem oczekiwań, a co za tym idzie – przed odkrywaniem samych siebie.

W jaki sposób ona myślała o twoich kolejnych posunięciach życiowych? Jesteś muzykiem, zajmujesz się teatrem, piszesz.

– Myślę, że po prostu wierzyła, że mi się jakoś ułoży. Co więcej, chyba nawet wiedziała. Mogłem przecież być teraz zupełnie gdzie indziej. Wiadomo, były wzloty i upadki, ale ostatecznie człowieka tworzy coś więcej niż tylko zdana matura na piątkę i studia medyczne. I z pewnością nie zajmowałbym się tym, co robię, gdyby nie jej wychowanie i wiara w istotność kreatywności.

Zastanawiam się, czy kiedy ci nasi przewodnicy się starzeją, powinniśmy wejść w ich buty i też nauczać ich świata. Co o tym myślisz?

– Każdego nachodzi zwątpienie i brak siły – to jest niezależne od doświadczenia i wiedzy. Czasem świat, który pokazywali i tłumaczyli nam nasi nauczyciele, dla nich samych może okazać się przeszkodą, może być trudny i brutalny. I zwykle taki jest. Jeśli mentorstwo to rodzaj przyjaźni, to powinniśmy być przygotowani na to, by oddać wsparcie, które od nich dostaliśmy. I to się tyczy tak wiedzy, jak i umiejętności oddania im pola do rozwoju oraz możliwości rozwinięcia skrzydeł. Najważniejsze to nie blokować siebie nawzajem, bo przecież gdy się od nich uczyliśmy, to wymagaliśmy tego samego, prawda?

Michał Supcziński – muzyk, aktor, animator kultury. Współtwórca wielu wydarzeń i projektów kulturalnych, m.in. zespołów Jesień oraz Święto Zmarłych, jak również teatru Pomarańczowy Cylinder. Jego mama Elżbieta Supczińska jest zaś nauczycielką dyplomowaną, animatorką kultury, instruktorką i praktykiem dramy. To aktorka, reżyserka i scenarzystka.