Byłem mimowolnym uczestnikiem eksperymentu pedagogicznego. Nieco podobnego do tego, który jest udziałem podwójnego rocznika nastolatków ubiegających się w tym roku o miejsca w szkołach średnich. Zostałem przyjęty do ogólniaka, uważanego za najlepszą w okolicy trampolinę na studia. Zamiast do wymarzonej klasy o profilu humanistycznym trafiłem jednak do biologiczno-chemicznej. Dowiedziałem się tego z kartki wywieszonej na korytarzu.

Niepotrzebny eksponat w kapciach

W połowie lat 80. Ostrów Mazowiecka ciągle była miasteczkiem, jak pisał poeta-straceniec Ryszard Bruno-Milczewski, „pełnym drewnianych domów, poustawianych jak sen”. Życie towarzyskie i kulturalne wyglądało tak, jak w emitowanej wtedy w radiu piosence Zbigniewa Hołdysa „Co się stało z Magdą K.?” – „co dzień piwo, co pół roku cyrk”.

Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Kopernika było i do dziś jest jedną z najbardziej okazałych budowli w mieście. Absolwenta podstawówki gmach z międzywojnia, przypominający zabytkowy pałac, onieśmielał. Terakotowymi mozaikami, skrzypiącymi podłogami w salach umeblowanych ławkami pamiętającymi czasy stalówek i atramentu. W celu ochrony parkietów uczniom wolno było poruszać się tylko w kapciach. Było jak w muzeum.

Przez pierwszy rok czułem się jak niepotrzebny eksponat. Nasz wychowawca, fizyk, zapowiedział, że potańcówki, wyjazdy i wycieczki do teatru będą dopiero w trzeciej klasie. Łacinnik szykanował za spodnie rurki oraz punkowe fryzury, a ja usiłowałem wtedy pozować na Billy’ego Idola. Kiedy zapowiedział, że „kudłaja” nie wpuści na zajęcia, ściąłem włosy.

Przez pierwszą klasę przebrnąłem dzięki korepetycjom. Jako pierwszy i jedyny w historii szkoły otrzymałem roczną ocenę niedostateczną z przysposobienia obronnego. A po wakacjach zostałem przeniesiony do klasy humanistycznej.

Kiczowata zagrywka z ogonkiem

Kumple pośpieszyli z gratulacjami: „Będziecie mieli fajną polonistkę”. Myślałem, że zazdroszczą nam spotkań z najładniejszą i najbardziej elegancką nauczycielką w szkole. Szybko się przekonałem, że chodzi o to coś, co wymyka się systemowi i praktyce edukacji, której hołdowała większość naszych pedagogów. Do dziś bywa, że budzę się w nocy przerażony tym, iż czeka mnie sprawdzian z chemii czy fizyki. Klasówek ani wywoływania pod tablicę przez Marię Mielnikiewicz prawie nie pamiętam.

Weryfikowała stan naszych postępów w przyswajaniu literatury, gramatyki i posługiwania się językiem ojczystym, ale robiła to w sposób, który nie wywoływał stresu, mimo że nie stosowała taryfy ulgowej.

Kiedyś wytypowała mnie do odczytania wypracowania przed całą klasą. Byłem wówczas po lekturze tomu wierszy Gałczyńskiego opatrzonego reprodukcją autografu poety. Autor „Teatrzyku Zielona Gęś” podpisywał się literą „zet” z ogonkiem. Małpowałem to, bo uważałem, że przydaje moim sztubackim wynurzeniom literackości. Pani Maria była impregnowana na tego rodzaju kiczowate zagrywki. Pochwaliła rozprawkę, po czym obniżyła ocenę za pisownię.

Traktowała nas z życzliwością i ciepłą ironią, nie słyszałem, żeby kiedykolwiek kogoś zbeształa. Przeciągała nas na swoją stronę charyzmą i wiedzą, podawaną często dygresyjnie, mimochodem. „Czujemy to?” – tym pytaniem często puentowała odczytany fragment lektury.

Karuzela płyt i książek

To na lekcjach polskiego po raz pierwszy czytałem „Przekrój”. Pożółkłe egzemplarze, jeszcze z czasów, gdy tygodnikowi szefował Marian Eile, rozdawała nam pod pozorem wynajdowania jakichś cytatów. Idę o zakład, że chodziło jej także o to, żebyśmy się przekonali, że o kulturze, obyczajowości, stylu życia można pisać mądrze i z polotem.

To dzięki „Mańce”, jak przezywaliśmy polonistkę, zainfekowałem się Kabaretem Starszych Panów, Markiem Grechutą, Piwnicą pod Baranami i Mironem Białoszewskim. Paradoksalnie, tym ostatnim nie dzięki lekcji z jego poezją, ale płycie Ewy Demarczyk. Od pani Marii wypożyczyłem krążek z „Karuzelą z madonnami”. Podobnie było z Edwardem Stachurą. To ona podsunęła mi „Mszę wędrującego” w wykonaniu Anny Chodakowskiej.

Maria MielnikiewiczMaria Mielnikiewicz 

Oba winyle okazały się niemiłosiernie porysowane. Zapewne nie byłem pierwszym ani ostatnim uczniem, którego w ten sposób zainfekowała literaturą. Przegrałem płyty na kasety magnetofonowe i przesłuchałem setki razy. Potem rzuciłem się na książki. W bibliotece najtrudniej było dopchać się do Stachury – „Dżinsowy” pięcioksiąg Steda ciągle był w czytaniu. Obowiązywała kolejka i zapisy. Echa tamtych seansów lekturowych i fonicznych zostały ze mną do dziś.

Z pomocą pod stołem

Po raz ostatni na szkolnej niwie spotkałem panią Marię podczas egzaminu maturalnego. Oprócz niej w komisji zasiadała nauczycielka, z którą miałem do czynienia w pierwszej klasie, czyli w okresie eksperymentu pedagogicznego. I chyba wspomnienie tamtej traumy spowodowało, że zaniemówiłem. Nie potrafiłem wykrztusić odpowiedzi na zadane pytania.

„Mańka”, widząc, co się święci, z całej siły kopnęła mnie pod ławką. Stupor ustąpił. Odpowiedziałem i zdałem. Potem zostałem polonistą. Myślę, że to ogromna zasługa Marii Mielnikiewicz, najlepszej nauczycielki z mojego ogólniaka. Dzisiejszym nastolatkom, którzy cierpią z powodu reformy systemu edukacji, życzę, żeby spotkali na drodze swoją „Mańkę”.

AKADEMIA OPOWIEŚCI

Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.
 
Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

za pierwsze miejsce – 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.