To nie było liceum pierwszego wyboru. Do wymarzonego zabrakło zaledwie kilku punktów. Dostałem się do szkoły wówczas uważanej za „średniaka”. Idąc na rozpoczęcie roku szkolnego, miałem w sobie poczucie porażki. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że IV Liceum Ogólnokształcące im. Marynarzy Wojsk Ochrony Pogranicza w Nowym Porcie będzie miejscem, do którego tak chętnie będę wracać we wspomnieniach, że poznam tam wspaniałych ludzi, z którymi utrzymuję kontakt do dziś, wreszcie, że trafię na bardzo dobrych i wyrozumiałych pedagogów. Jedną z nauczycielek zapamiętałem w sposób szczególny. Niech to będzie forma podziękowania za jej ciężką pracę.

Po akademicku

Dość dobrze pamiętam pierwszą lekcję języka polskiego. Przedmiot ważny, bo na moim profilu wiodący. Już na samym wejściu okazało się, że język polski w IV LO nie będzie zwykłą lekcją. Ławki połączone w kwadraty, poustawiane jak stoliki w restauracji, panujący w sali półmrok.

Oczywiście podczas pierwszej lekcji, tak jak na innych przedmiotach omawia się kryterium oceniania i wymagania. Lektur do przeczytania więcej niż w gimnazjum – wiadomo, w końcu to szkoła średnia. Ale nadeszło kolejne zaskoczenie – do języka polskiego nie będzie standardowych zeszytów w linię, a duże, akademickie A4 w kratkę. Wtedy pomyślałem, że to fanaberia polonistki, bo który nauczyciel w liceum zawraca sobie głowę zeszytami uczniów. „Notatki będą bardziej przejrzyste. Z takiego zeszytu wygodniej jest się uczyć” – stwierdziła polonistka.

Miała rację, a zapisane zeszyty do polskiego wciąż leżą w kartonie w piwnicy mojego rodzinnego domu. Tą polonistką jest profesor Jolanta Pietreniuk.

Nieszablonowo

Elegancka, pewna siebie, z zawsze idealnie wystylizowaną fryzurą i przenikliwym spojrzeniem, a na jej biurku stał nieodłączny atrybut – gigantyczny kubek na herbatę z dyndającą etykietą.

Bycie wychowawcą w klasie o profilu „aktywności twórczej” na pewno nie było zadaniem prostym, jednak pani Pietreniuk potrafiła zachować spokój nawet w najbardziej abstrakcyjnych sytuacjach. Lekcje polskiego prowadziła dynamicznie, a środki dydaktyczne, które stosowała wówczas, mogły uchodzić za nowoczesne. Na każdych zajęciach rzutnik (w 2005 roku nie było to takie oczywiste jak teraz), a na ekranie zdjęcia antycznych rzeźb, średniowieczne malarstwo sakralne oraz najważniejsze pojęcia z lekcji: archetyp, topos, deus ex machina kopiowane skrzętnie do wielkiego zeszytu, który ledwo mieścił się w moim zmaltretowanym, stylizowanym na wojskowy, plecaku.

Jolanta Pietreniuk uczyła nas nieszablonowo, wyciskała z nas głęboko ukryte pokłady kreatywności, ale nie wymagała rzeczy niemożliwych. Starała się zabierać nas w miejsca, gdzie możemy dyskutować, budować opinie, poznawać zwyczaje i kulturę odmienną od naszej, a także angażować się w życie lokalnej społeczności.

To dzięki mojej polonistce miałem swój pierwszy kontakt z dziennikarstwem. Jednym z naszych zadań, które mocno utkwiło mi w pamięci, było napisanie relacji z Gdańskich Dni Sąsiadów organizowanych m.in. przez Stowarzyszenie „Stara Oliwa”. Nagrodą była nie tylko szóstka z polskiego. Przed rozpoczęciem wydarzenia otrzymaliśmy identyfikatory z napisem „media”. Robiliśmy zdjęcia, przeprowadzaliśmy wywiady, i w ten sposób powstała nasza pierwsza publikacja w drukowanej gazecie, co dla grupy 17-latków było ogromnym wyróżnieniem.

Lekcja na całe życie

Jolanta Pietreniuk jest nie tylko świetną polonistką, ale też pedagogiem i wychowawcą. Nikt tak jak ona nie potrafił dostrzec naszych możliwości i skutecznie wymagać od nas rozwijania ich. My, dzieci z blokowisk, bardziej i mniej zdolni, nie rzadko pochodzący z trudnych środowisk, dla niej, byliśmy po prostu materiałem na dorosłych podejmujących mądre decyzje. Z uporem uczyła nas samodzielnego myślenia, obrony własnego zdania, zasad społecznego współżycia.

Pani Jola jest przykładem nauczycielki, która wyłamuje się z szablonu, i kształtuje nie tylko absolwentów, ale przede wszystkim świadomych i wrażliwych ludzi. Bo taka właśnie jest – uparta w swej postawie, z ogromną wrażliwością literacką, społeczną i pedagogiczną. Pedagog z misją, który nikogo nie faworyzuje, a za odmienne poglądy potrafi docenić.

Lekcja od pani Pietreniuk, którą zapamiętam na całe życie, to ta o przyjaźni. Na jednej z godzin wychowawczych mówiła, że musimy pielęgnować relacje, które zawiązaliśmy w liceum, bo wiele z nich będzie na całe życie. Po 11 latach od matury mogę potwierdzić z całym przekonaniem słowa mojej polonistki, i jakoś mam przekonanie, że za kolejne 10, 20 czy 30 lat nie stracą one na znaczeniu. W końcu wypowiedziała je „nauczycielka na całe życie”. Ja jej wierzę.

Współpraca Patrycja Dombrowska

AKADEMIA OPOWIEŚCI

Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.
 
Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

za pierwsze miejsce – 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.