Rozpoczęcie liceum było dla mnie bardzo ważnym wydarzeniem, w końcu miałam poznać ten „dorosły” etap życia. Jeszcze nikt mi wtedy nie powiedział, że do dorosłości mam jeszcze długą drogę, więc upadek na ziemię był całkiem nieprzyjemny. Jedyne, co zdążyłam w tym czasie rozpocząć, to niekończąca się ilość kartkówek, sprawdzianów i przypomnień o nadchodzącej maturze. Nowe ściany, sale, ławki, nowi koledzy i przede wszystkim oni – nowi nauczyciele. Świeżość tego miejsca była aż przytłaczająca. Na zmianę przeplatały się we mnie radość z przerażeniem, ekscytacją i rezygnacją.

„O, ta Pani da wam popalić”, „Tamta jest spoko, chyba że ją wkurzycie”, „Z tym można pożartować, ale z tamtą to lepiej w ogóle nie zaczynać” – instrukcje „obsługi” nauczycieli dochodziły do nas z każdej strony, uczulały i nastawiały wobec ludzi, których jeszcze nawet nie zdążyliśmy poznać.

Surowa, ale was przygotuje

Każda kolejna lekcja wiązała się ze spotkaniem nowej osoby, która miała nas przygotować do „egzaminu dojrzałości”. Historia - „Dzień dobry”, Informatyka - „Każdy z was dostanie login do komputerów, nie jemy nad stanowiskami!”, matematyka - „Witam wszystkich bardzo serdecznie”.

W końcu musiał nadejść czas nauki języka ojczystego. Polski. Do sali weszła blondynka w średnim wieku, uśmiechnięta. „Witam państwa” - powiedziała donośnym i pewnym siebie głosem. Zdziwiłam się. „Państwa”? Jakie ze mnie „państwo”? Przecież trzy miesiące temu byłam wytworem gimnazjum, tzw. gimbusem, ale widocznie tego dnia stałam się prawie poważna. Słyszałam o tej kobiecie od starszych klas - „Surowa, ale was przygotuje”, „Bardzo wymagająca, ale ja ją uwielbiam”.

Nauczycielka od polskiego nie ukrywała swojej dyscypliny - od razu wyłożyła swoje oczekiwania, które wcale małe nie były. Spojrzałam na kartkę i przeżegnałam się w duchu – wojna. I dosłownie i w przenośni. „Zaczniemy od literatury wojennej, zmieniłam trochę kolejność, to powinno być w trzeciej klasie, ale z doświadczenia wiem, że działa również w pierwszej”. A więc wojna. „Pożegnanie z Marią” – przyszły tydzień. Wspaniale.

„Musicie prowadzić swoje zeszyty tak pięknie, żebym nie mogła się przyczepić. Prowadzicie brudnopisy, przepisujecie notatki w domu, podkreślacie pięknie, pisaczkami” - jeszcze lepiej. Jako dumny niechluj i w piśmie i w mowie nie do końca mi się to spodobało. No nie wiem. Czy będzie tak super, jak mówią drugie klasy...

„A i jeszcze pytam co lekcję” – w tym momencie poczułam, że to będą ciekawe trzy lata.

Poród pośladkowy

Pani od polskiego była słowna. Sumiennie co lekcje wzywała na „katedrę” - podwyższenie tuż przy jej biurku. Trafiłam tam druga, jako ochotnik – stwierdziłam, że jak trafić na rzeź, to z własnej woli. Pierwsze pytanie – wiem, odpowiadam dobrze. Drugie pytanie – tak, pamiętam, dobrze. Trzecie - nie wiem. „No co ty Gośka. Wiesz. U mnie nie ma, że nie wiesz, nie ma takiego tego w moim słowniku. No przypomnij sobie, skojarz z...”. Miała rację, wiedziałam. Wtedy po raz pierwszy zauważyłam, że Ona wierzy w uczniów i ich wiedzę, a nie w słupki na maturze. Z katedry zeszłam z pierwszym 5- w dzienniku.

Pamiętam również pierwszy test. Tego nie można było zbyć streszczeniem przeczytanym podczas przerwy i szybkim podsumowaniem epok z Youtube'a. Kiedy rozdawała sprawdziany, mruknęłam do koleżanki: „Ciekawe, czy będzie straszny?”. Pani to usłyszała i szybko zbyła moje wątpliwości – „Dziecko, straszny to jest poród pośladkowy, a nie to”.

Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, dlaczego zaczęłam darzyć Panią Profesor tak wielką sympatią i szacunkiem. W momencie, gdy trafiliśmy do jej klasy, staliśmy się „jej” dziećmi. A jak wiadomo, każdy rodzic chce wychować swoje dziecko jak najlepiej. Nie mogliśmy więc liczyć na pobłażanie za zaniedbany zeszyt, jedynkę ze sprawdzianu czy nieodrobione zadanie. Zeszyt ma być piękny i „wypieszczony”, jedynka ma być poprawiona, a zadanie odrobione. „Ja jestem taka wasza Ciocia. Ja kocham swoje dzieci, ale lenistwa nie toleruję. Patryczek, nie śpij!” A Patryczek często spał.

Zdecydowanie największą bolączką okazały się dla mnie zeszyty. Kiedy jedynka otrząsnęła mnie z lenistwa, wtedy trzeba było przepisać blisko dwadzieścia tematów w ciągu dwóch dni. Zdrętwiała ręka i przepisywanie do trzeciej w nocy skutecznie oduczyły mnie przekładania rzeczy na później. Od tamtego wydarzenia, codziennie po szkole, grzecznie siadałam do biurka i przepisywałam starannie (a przynajmniej czytelnie) wszystkie tematy, pojęcia, wątki. Wszystko, co zawieraliśmy w brudnopisach w czasie lekcji, a było tego bardzo dużo. Pod czujnym okiem Cioci przelewaliśmy jej słowa na papier („Patryczek, pisz!”), żeby potem odpowiadać z tego na katedrze.

Pasja i praca

Któregoś razu, jak po raz kolejny usiadłam do biurka, zauważyłam, że polski sprawia mi przyjemność. Pomijając całe to pisanie, „wyciągnęłam” z lekcji całkiem sporo. Nie musiałam się uczyć w domu, ja to po prostu wiedziałam. Sposób, w jaki Ciocia (oczywiście mówiliśmy per Pani Profesor) opowiadała, wtrącała swoje przemyślenia, to wszystko działało na moją wyobraźnię, sprawiało, że chciało mi się posiadać tę wiedzę, nawet jeśli, pozornie, skrajnie nudną lub niepotrzebną – Pani tłumaczyła nam język polski na język polski.

Oprócz tego, że Ciocia była nauczycielem z powołania, pomagała nam również rozwiązać problemy, które nie do końca dotyczyły naszego pięknego, a jakże trudnego języka. Konsekwentnie przypominała nam naszą wartość, rozmawiała z nami i równo „myła nam głowy” za każdy głupi pomysł, który wcześniej wydawał się genialny. To jej klasa mogła się bez obaw wyżalić na najgłupsze i te ważniejsze sprawy. I to Ona, nie bojąc się opinii innych, walczyła o nasze prawa, mówiła w naszym imieniu.

Pod „obcasem” Cioci było dużo pracy. Była nauka łacińskich zwrotów i cytatów z lektur. Było przepisywanie zeszytu do trzeciej w nocy i odpowiadanie na katedrze. Były rozmowy, czytanie „Pana Tadeusza” do skutku, aż cała klasa napisze test na przynajmniej czwórkę (mnie na szczęście ta przyjemność ominęła). To wszystko nauczyło dyscypliny. Jednak oprócz dyscypliny i ciężkiej pracy Ciocia sprawiła, że chciało mi się uczyć. Pani Profesor „Ciocia” inspirowała i udowodniła mi, że jeśli się coś kocha, można to przekazać dalej. Uczyła szacunku i konsekwencji w działaniu, sprawiała, że uczciwość naprawdę stała się cnotą. Pod jej "obcasem", oprócz pracy, była również pasja.

Akademia Opowieści: "Nauczyciel na całe życie"

III edycja Akademii Opowieści. Do 15 września czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.