Ale po kolei. Pierwszym Wielkim, którego poznałem osobiście, był Karol Borsuk. Byłem wtedy uczniem 11 klasy (ówczesna szkoła była 11-letnia w układzie 7+4) i wybrałem się na publiczny wykład Borsuka dla młodzieży szkolnej, zorganizowany w ramach działalności Polskiego Towarzystwa Matematycznego i bodajże Instytutu Matematycznego PAN.

Nic nie jest takie, jak się nam zdaje

Borsuk – nienaganny dżentelmen w angielskim stylu. W wytwornym szarym garniturze (poznałem go potem bliżej; mam wrażenie, że ten sam garnitur nosił zawsze), z jakby nieśmiałym uśmiechem na ustach, mówił o rzeczach fascynujących. O tym, że suma kątów w trójkącie niekoniecznie musi być równa 180 stopni, że proste równoległe mogą się niekiedy przeciąć, że nasza przestrzeń nie musi być taka, jak się nam wydaje...

Czyli był to genialny wykład o geometrii nieeuklidesowej. Jego główna teza: nic nie jest takie, jak się państwu zdaje, przynajmniej w matematyce – przesądziła o mojej przyszłości. Od tego wykładu poczynając, wiedziałem, że będę studiował matematykę.

Tak się też stało, ale nie bez przygód. Do egzaminu wstępnego przystąpiło nas 50. Miejsc wolnych było też 50, więc teoretycznie nie powinno być problemów; byłem przygotowany więcej niż dobrze i z egzaminu wyszedłem absolutnie pewien swego.

Mina mi zrzedła, gdy w stosownym czasie stanąłem przed tablicą z listą przyjętych. Okazało się, że egzamin zdali wszyscy, ale jednej osoby nie przyjęto z... braku miejsc: mnie mianowicie.

Unikał wszystkiego, co mogło się kojarzyć ze stryczkiem

Co spowodowało, że poznałem osobiście następnego matematyka wielkiego formatu: Stanisława Turskiego, który by wówczas rektorem UW i do którego złożyłem odwołanie od decyzji komisji rekrutacyjnej. Przyjął mnie bez problemu.

Dość dziwnie wyglądało to spotkanie. Turski miał już moje papiery na biurku i pilnie je studiował, o czym mi bardzo dokładnie powiedział w pierwszej minucie naszej rozmowy. Był to niewysoki, potężnie zbudowany pan, ubrany niezwykle charakterystycznie: szeroko rozłożony kołnierz koszuli rzucał się w oczy. Dużo później dowiedziałem się, że uczony po okrutnych przeżyciach wojennych unikał wszystkiego, co mogło się kojarzyć ze stryczkiem.

W drugiej minucie rozmowy zasępił się okrutnie i przeprosił, że musi na dokładnie 10 minut wyjść z gabinetu; poprosił, żebym na niego zaczekał. A teczkę z moimi dokumentami demonstracyjnie zostawił otwartą na biurku.

Jasne, przeczytałem. A tam na samym wierzchu leżało pismo z mojej miejskiej organizacji ZMP, stwierdzające, że jako osoba gruntownie obca klasowo nie mam prawa w Polsce Ludowej do studiowania czegokolwiek.

W wiele lat później dowiedziałem się, że chodziło nie tylko o to, że mój ojciec nie powrócił z tułaczki wojennej do Polski i otrzymał obywatelstwo USA. Już to by wówczas wystarczyło - był rok 1953, Wielki Językoznawca dosłownie kilka miesięcy wcześniej opuścił nasz padół i nie wszyscy się jeszcze zorientowali, że stalinizm się kończy. Ale było dużo gorzej - ojciec był współpracownikiem (czy może nawet wręcz pracownikiem – nie mam pojęcia do dziś i nic mnie to nie obchodzi) przedwojennego polskiego wywiadu.

Najważniejszy matematyk nazywa się Kuratowski

A kiedy wychodziłem z gabinetu Turskiego, który przy pożegnalnym uścisku dłoni puścił do mnie porozumiewawcze oko, przyjąwszy do wiadomości, że sprawę trzeba załatwiać „gdzie indziej” — siedzący w przedpokoju wytworny pan (nie miałem pojęcia, kto to – potem dowiedziałem się, że to była rzeczywiście ważna osoba, mianowicie pedel uniwersytecki, coś w rodzaju Najgłówniejszego Woźnego) powiedział – „jeśli był pan u rektora w sprawie związanej z matematyką, to to jest zły adres. Najważniejszy matematyk w Polsce nazywa się Kazimierz Kuratowski i jest dyrektorem instytutu Akademii. On może wszystko”.

Nie skorzystałem z tej informacji, ale tak poznałem trzecie „wielkie” nazwisko. Będzie o „Kuracie” później, soczyściej.

Rok zajęło mi odkręcanie werdyktu komisji. Był to rok wędrówek po rozmaitych instancjach ZMP, wysłuchiwania uwag o nielojalnych eks-obywatelach Polski (czyli o ojcu) i o niewłaściwości noszenia jaskrawych krawatów i wąskich spodni (to o mnie) i różnych takich. Jednocześnie w kraju postępowała odwilż polityczna – i koniec końców zezwolono mi w następnym roku ponownie przystąpić do egzaminu.

Teraz już obyło się bez żadnych problemów i w październiku 1954 roku przestąpiłem próg Obserwatorium Astronomicznego w warszawskim Ogrodzie Botanicznym. Tam właśnie wówczas mieścili się kątem matematycy. Na wszystkich pięciu latach studiów było nas – o ile dobrze pamiętam – 132. Jak się dowiaduję, ilu studentów przyjmuje się dziś na pierwszy rok – śmiać mi się chce.

Oczekując na pierwsze zajęcia, stałem w hallu i studiowałem tablicę ogłoszeń. Dziwna ona jakaś była. Rzucało się w oczy ogłoszenie, że na rozstrzygnięcie oczekuje konkurs otwarty na... rym do nazwiska Ehrenfeucht. Ki diabeł – pomyślałem. To nazwisko kojarzyło mi się tylko z panią Alicją, autorką świetnych podręczników dla liceów.

Zaczynały się zajęcia. Ćwiczenia z Algebry Wyższej. Na moment przed ich początkiem po poręczy schodów na parter zjechał wysoki, czarnowłosy chłopak w trampkach na bose nogi, który, zapędziwszy nas gestem do sali zajęć, przedstawił się: - Nazywam się Andrzej Ehrenfeucht, jestem asystentem i będę z wami w tym semestrze pracował. A przy okazji: jestem od was straszy tylko cztery lata, więc mówimy sobie po imieniu.

Okazało się, że to niemal powszechny obyczaj. Jak to się dzisiaj mówi, luzik był na tym wydziale maksymalny. Przy okazji: Andrzej, który konsekwentnie przestrzegał przez wiele lat poruszania się w swoich podróżach naukowych (a wykładał na całym świecie) wyłącznie na wschód – osiadł w końcu jak wielu w USA i jest dziś emerytowanym profesorem. Wielką sławą.

Jeden z największych logików na świecie, cymbale

W jakiś czas potem byłem na posiedzeniu Polskiego Towarzystwa Matematycznego, na którym nasza delegacja na międzynarodowy kongres matematyków miała składać sprawozdanie. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem na własne oczy wspomnianego wyżej Kurata. W swoim granatowym londyńskim garniturze i w złotych okularach robił wrażenie. Siedzący koło mnie kolega mruknął półgłosem „jadą dwa auta akurat; w jednym teczka, w drugim Kurat”. Dostojeństwo z niego po prostu emanowało. Jeszcze o nim będzie.

Po Kuracie mówił Borsuk, potem jeszcze ktoś; wszyscy bardzo mądrze i dla mnie mało zrozumiale – i wreszcie z końca sali doszedł do prezydium zgromadzenia jakiś pan w średnim wieku, dość dziwnie – jak na tę okoliczność – ubrany, a mianowicie w koszulkę z krótkimi rękawami, krótkie spodenki i sandały na bose nogi. Wszedł na mównicę i zaczął w te słowa: - Ja, w odróżnieniu od moich szanownych przedmówców, będę mówił wyłącznie prawdę. Ten cały kongres to były okropne nudy, a jedynym ciekawym referatem był mój własny...

Sala zatrzęsła się homeryckim rykiem śmiechu. Siedzący przy mnie chłopak powiedział: „cały Most, on jest niemożliwy”. Widząc, że niespecjalnie kojarzę, dodał: „profesor Andrzej Mostowski, jeden z największych logików na świecie, cymbale”.

Tak poznałem kolejną gwiazdę polskiej matematyki. Człowieka o potężnym umyśle, wielkim sercu i niezwykłym poczuciu humoru.

W kilka lat później siedzieliśmy obok siebie na jakimś – dzisiaj byśmy powiedzieli pewnie cocktailu, ale to była po prostu herbata z pączkami w dość obskurnej kawiarni – i słuchaliśmy jakiegoś referatu o zastosowaniach, czym się akurat pasjonowała grupa młodych matematyków. W pewnym momencie Most nachylił się do mnie i powiedział szeptem na tyle głośnym, by usłyszało go pół sali: „panie Bogdanie, czy nie sądzi pan, że świat się kończy, jeśli porządny matematyk zajmuje się modelowaniem przepływu enzymów przez tylną nogę kota?”.

Wracam do pierwszego roku. Geometrię wykładał nam sam Karol Borsuk. Był to wykład cudowny, ściśle według jego autorstwa monografii „Geometria Analityczna w n wymiarach”. Było to – o czym wtedy nie wiedziałem, bo i skąd – ujęcie całkowicie nowatorskie. Polegało na dwóch pomysłach: by mówić od razu o tworach w abstrakcyjnej przestrzeni n-wymiarowej, zamiast bawić się w szczegóły geometrii płaskiej i trójwymiarowej; drugi pomysł polegał na dokładnej realizacji tzw. programu z Erlangen, czyli badaniu właściwości brył i figur, które się nie zmieniają przy rozmaitych przekształceniach. W tym ujęciu geometria zwykła zajmuje się tym, co pozostaje niezmienne przy przekształceniach niezmieniających długości, geometria podobieństw – to to, co się nie zmienia, gdy przekształcenie nie zmienia kątów. A jest jeszcze geometria afiniczna i geometria rzutowa...

Tajemnica Ehrenfeucht

O tym wszystkim dwa semestry opowiadał Borsuk. Od czasu do czasu wkładał okulary. Nie byliśmy w stanie ustalić w tym geście żadnej prawidłowości, dopóki nie wyjaśnił nam tajemnicy Ehrenfeucht. - Widzicie – powiedział – Borsuk bez okularów widzi przestrzeń tylko do siedemnastego wymiaru, jak wkłada okulary, to sięga wyobraźnią od razu do wymiaru 32.

Algebrę Wyższą na pierwszym roku wykładała pani docent (wówczas; wkrótce profesor) Helena Rasiowa. Była to młoda jeszcze – przed czterdziestką – kobieta ogromnej urody i niesamowitego wdzięku. Wykładała świetnie. Miała zwyczaj wybierać sobie jedną osobę na sali i cały wykład mówiła – pozornie – wyłącznie do tego wybrańca, którego reakcja była dla niej szalenie ważna. Miała też ogromną wrażliwość. W kilka lat później egzaminowała studentów i nagle wybiegła z gabinetu, chwyciła się za serce i padła na ziemię; podbiegliśmy do niej w kilku asystentów i zaczęliśmy cucić. Otworzyła swoje piękne oczy, załopotała rzęsami i wyszeptała: „Boże mój, co za kretynka u mnie zdawała; pytam ją o definicję liczb przestępnych, a ona mi na to, że to są liczby podzielne przez 4! Z latami przestępnymi jej się pomieszało! Kto dziś przychodzi na te studia!”

Wyjaśniam: liczby przestępne to są takie, które nie są pierwiastkami wielomianów o współczynnikach wymiernych, jeśli to państwo chcą koniecznie wiedzieć. A Rasiowa została potem pionierką w skali światowej informatyki teoretycznej.

Trzecim przedmiotem, którego słuchaliśmy na pierwszym roku, była Analiza. Wykładała – „Baba”. Też docent wtedy, Hanna Szmuszkowicz. Prywatnie – partnerka życiowa Stanisława Mazura, przyjaciela samego Stefana Banacha, jednego z twórców Analizy Funkcjonalnej. Organizacyjnie była bezbłędna. To ona trzęsła wydziałem i kierowała nim (jak to mówią „z tylnego siedzenia”) żelazną ręką. Jej zasługi dla matematyki polskiej są w związku z tym doprawdy przeogromne, nic nie przesadzam. Dla tej kobiety nie istniały sprawy nie do załatwienia. Rzeczy niemożliwe załatwiała z dnia na dzień, na cuda trzeba było poczekać nieco dłużej.

Była osobą wielce oryginalną. Przede wszystkim z powodu stroju. Nic u niej do niczego nie pasowało – ani kolorem, ani krojem. A wszystko było ozdobione jakimiś potwornymi pętlami korali i bransolet; doprawdy, można było dostać oczopląsu. „Baba” nie miała jednak zbyt wielkiego dorobku naukowego.

Kilka lat później uczestniczyłem na IX piętrze Pałacu Kultury, dokąd przenieśliśmy się z Obserwatorium, w seminarium Mazura z Analizy Funkcjonalnej, przeznaczonym dla asystentów. Wśród uczestników był – chyba wówczas adiunkt – dr Aleksander Pełczyński, potem czołowa postać tej dyscypliny w skali świata. Mazur zaczął zajęcia od stwierdzenia, że „myśmy z panią profesor Szmuszkowicz znaleźli dowód takiego ciekawego twierdzenia...”  Tu przerwał mu Pełczyński. „Uściślijmy sprawę – powiedział – to znaczy pan profesor udowodnił, a pani profesor znalazła dowód w szufladzie?”.

Mazur się zaśmiał i zrobił do nas oko.

Wróćmy do Obserwatorium

W owych czasach mieszkali tam prywatnie niektórzy uczeni. Między nimi – Ersik, czyli prof. Roman Sikorski (wieloletni prezes Polskiego Towarzystwa Matematycznego). Zajmował się właściwie wszystkim dziedzinami matematyki i w każdej był co najmniej dobry. W niektórych – jak w Teorii Zmiennej Rzeczywistej – wybitny. Świetna i do dziś używana jest także jego monografia o Algebrach Boole’a i napisana wspólnie z Rasiową „Mathematics of Metamathematics”.

Prywatnie był to uroczy, pełen poczucia humoru pan. Luzak kompletny. Pamiętam, jak czekaliśmy w kilku na jego wykład z Funkcji Rzeczywistych przed salą. Ersik idąc, zatrzymał się i wręczając nam dwie wyjęte z kieszeni talie kart i powiedział — „panowie, zagrajcie sobie w brydża, dzisiaj będę strasznie nudził.”

Kusi mnie, żeby opowiedzieć o Ersiku jeszcze jedną anegdotkę, ale uprzedzam, że jest nieco soczysta. Otóż cieszył się on zasłużoną sławą łamacza serc niewieścich, w związku z czym nazywaliśmy go między sobą Naczelnym Samcem, o czym on zresztą doskonale wiedział i trochę się tym puszył. Któregoś dnia przyszedł na jakieś zebranie, w którym uczestniczyli sami mężczyźni. Od progu wykrzyknął – „panowie, oddaję berło! Wyobraźcie sobie, że wracałem z Chin z doktorem X. No i w czasie międzylądowania w Irkucku pan doktor bardzo gruntownie zaprzyjaźnił się na pokładzie samolotu z pewną stewardesą radziecką. To jest rekord nie do pobicia!”

W tym czasie założyliśmy na Wydziale kabaret. Nazywał się „Zbiór” i dał chyba trzy publiczne spektakle, wszystkie odbyły się w pięknej sali im. Kopernika w Obserwatorium. Pierwsze spotkanie poświęcone było sprawom pozamatematycznym: akurat popularny dziennik „Express Wieczorny” ogłosił konkurs na wierszyki, popularyzujące zbiórkę złomu. Wygrało niewinne hasło „Od podwórka do podwórka – niech brzmi hasło: złomu zbiórka”. I zaczęło się u nas piekło. „Złomki” – bo tak te wierszyki nazwaliśmy – po prostu fruwały w powietrzu; wszyscy je pisali.

Niestety, mogę – też z pewnym wahaniem – zacytować tylko jeden, pozostałe są mocno niecenzuralne (ale na spektaklu były wygłoszone). Ten jeden brzmi „Kraj nasz złomu potrzebuje, kto nie zbiera, ten jest ch… orążym pokoju”. Że nie ma rymu? Przypominam: to połowa lat pięćdziesiątych, a Chorążym Pokoju nazywano Józefa Wissarionowicza.

Ale to już była odwilż, więc nikogo to specjalnie nie poruszyło.

Poza „złomkami” były epitafia. Na przykład abstrakcyjno-łacińskie:

Tu spoczywa
Pewna krzywa.

Łagodne, prawda?

Mój nagrobek brzmiał „Tu leży Miś Bogdan/ ostatniego robra/ mimo najszczerszych chęci/ biedak już nie dograł”. Delikatnie.

Pani docent Wanda Szmielew

Ale najpiękniejsza historia była z nagrobkiem pewnej wydziałowej damy. Mianowicie – doc. dr Wandy Szmielew, autorki znakomitego dzieła „Podstawy geometrii”, bliskiej współpracowniczki Karola Borsuka; prywatnie – partnerki życiowej wielkiego polsko-amerykańskiego logika Alfreda Tarskiego. Otóż była to pani dużej urody i wdzięku, ale z pewnym defektem kształtu nóg. No i kiedy odczytany został na naszym spektaklu jej nagrobek -

Tutaj znajdziesz kości wiele
Pani docent Wandy Szmielew

- wspomniany wyżej Ersik wstał i ryknął na całą salę: „Czemu koledzy kłamią? Oryginał wszak brzmi: Tu leżą krzywe piszczele...”

Ostatni spektakl „Zbioru” był parodią posiedzenia Polskiego Towarzystwa Matematycznego. Przypominam: wprawdzie już w kraju była polityczna odwilż, ale pewne żarty były wciąż mocno ryzykowne. I to na udekorowanej czerwonym suknem mównicy pojawia się — wówczas jeszcze tylko asystent, potem profesor i jeden z najbardziej znanych w świecie polskich matematyków, wspominany już Aleksander Pełczyński, odzywając się w te słowa:

- Towarzysze!

Już samo to słowo, używane wówczas i potem jeszcze długo wyłącznie w kontaktach rządzącej partii, budzi pewien szmerek na sali. Już wiadomo, że Olek za chwilę strzeli z grubej rury. I rzeczywiście, Olek kontynuuje w tym samym stylu:

 - Niektórzy towarzysze twierdzą, że matematyka nie ma nic wspólnego z poezją. Tym towarzyszom odpowiem słowami towarzysza Józefa Wissarionowicza Stalina, cytuję, „Ekonomiczne problemy socjalizmu”, strona 8, wiersz 3 od góry: ci towarzysze mylą się głęboko, koniec cytatu.

Sala zawyła ze szczęścia. Śmiała się nawet docent Szmielew, wówczas szefowa wydziałowej organizacji partyjnej.

Takie to były czasy. Można powiedzieć: sielanka. Kompletny brak dystansu nie tylko między asystentami a profesorami, ale także między pracownikami nauki a studentami. Powszechne mówienie sobie po imieniu, wspólne kartograjstwo czy – nazwijmy rzecz delikatnie – biesiadowanie. Powszechne wydziałowe małżeństwa, niekoniecznie wiecznotrwałe.

Zaczęło się psuć w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, a już zupełnie źle się zrobiło w roku 1967. W kraju — jak powiedział pewien znany satyryk (to powiedzenie staje się dziś niebezpiecznie aktualne) – dało się coraz mocniej czuć „zapach Rzeszki”.

Z tamtych czasów pamiętam pewnego studenta o „niewłaściwym” pochodzeniu etnicznym, który był po prostu niewiarygodnym leniem. Udało mu się nie zaliczyć na koniec semestru żadnego przedmiotu. Uznał to za przejaw wydziałowego antysemityzmu i udał się na skargę do rządzącego wówczas Wydziałem Kuratowskiego. Profesor go przyjął (w mojej obecności, byłem opiekunem tej grupy studenckiej, stąd to wiem) i wysłuchał, Potem stanął profilem do okna i powiedział „niech pan się dobrze mi przyjrzy z profilu, młody kolego. A potem proszę wyjść na korytarz i splunąć; jest duże prawdopodobieństwo, że trafi pan osobę niewłaściwego pochodzenia. Oddalam pańskie pretensje. Gdzie jak gdzie, ale na tym wydziale takie zarzuty – to absurd”.

Nawiasem mówiąc w wiele lat później natrafiłem przypadkiem w prasie na nazwisko tego studenta. Został jakimś ważnym politykiem w Izraelu.

„Marcowym docentem” nie był nikt

A potem był Marzec 1968 i Wydział został na jakiś czas zamknięty. Kilku zaufanym z pozoru osobom zaproponowano szybki awans na wyższe stanowiska. „Marcowym docentem” nie został jednak u nas absolutnie nikt. Rozpadły się za to liczne przyjaźni i znajomości: wielu wybrało emigrację.

Kilkanaście lat temu odnalazłem w Internecie jednego z ówczesnych kumpli. Włodek Kuperberg (bo to o nim mowa) był wówczas profesorem w Teksasie. W jednym z pierwszych maili, jakie wymieniliśmy, zapytałem go, czy jego dzieci – wiedziałem, że miał dwójkę – już są na studiach. Odpowiedział: „chyba zwariowałeś. Moja córka jest jedną z najbardziej znanych w USA fotograficzek, a syn – pełnym profesorem matematyki na tutejszym uniwersytecie. Czy ty zdajesz sobie sprawę, ile to lat upłynęło?”

Rzeczywiście. Nie bardzo sobie zdawałem. I do dziś nie mam zamiaru zdawać sobie sprawy.

Akademia Opowieści: "Nauczyciel na całe życie"

III edycja Akademii Opowieści. Do 15 września czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.