Jerzmanowa, wieś na Dolnym Śląsku koło Głogowa, w Zagłębiu Miedziowym. Kiedy zacząłem chodzić do szkoły, mieszkało tam może 600 osób. Wszyscy się znali, a dzieci z jednego rocznika znały się od najmłodszych lat. 13 chłopców i dziewczyn na początku razem chodziło do przedszkola, które wtedy zajmowało parter jednego ze skrzydeł poniemieckiego pałacu z XIX w. Bawiliśmy się i leżakowaliśmy w komnatach wysokich na kilka metrów, a bal karnawałowy nasze przedszkolanki organizowały w byłej sali bankietowej z pięknymi stiukami z mitologicznymi scenami na suficie. Naszą ukochaną przedszkolanką była pani Misia, która wychowała kilka pokoleń jerzmanowskich dzieci. Potem dołączyła do niej pani Teresa Skowronek, której nazwisko rozweselało nas każdego dnia. To ona pokazała nam litery i nauczyła liczyć, to ona w końcu uczyła zasad współodpowiedzialności i szacunku. Całą grupą poszliśmy do podstawówki i dotrwaliśmy aż do gimnazjum.

Wiejskie szkoły zwykle są małe. W mojej podstawówce uczyła się nieco ponad setka dzieci. Na korytarzach nie było tłoku, w klasach siedzieliśmy też dosyć luźno, co sprzyjało nauce i zabawie. Potem zrobiło się na chwilę ciasno, kiedy powstały gimnazja, ale kilka lat później obok wyrósł nowy budynek dla starszych roczników.

Moją pierwszą wychowawczynią była mieszkająca po sąsiedzku Leokadia Mostowska. Spędzała z nami kilka godzin dziennie, czytała z nami pierwsze lektury, uczyła dodawać i odejmować. Pochylała się nad słabszymi uczniami i wymyślała kolejne zadania tym, którzy radzili sobie lepiej. Co ciekawe, kilku przedmiotów uczyli nas już wtedy inni nauczyciele. Np. na plastykę chodziliśmy do pani Alicji Winnickiej, niezwykłej damy, zawsze pięknie ubranej, znanej z wyszukanych kapeluszy. Uczyliśmy się u niej nie tylko malować, ale też wyszywać, co do dziś przydaje mi się podczas cerowania ubrań. Od początku mieliśmy też lekcje muzyki i rytmiki z niezastąpionym i ekscentrycznym Bogusławem Falem, który w późniejszych latach (uczył mnie muzyki aż dziewięć lat!) ujawnił się jako trębacz.

Potem pojawiali się kolejni nauczyciele. Polonistka Czesława Badowska, dama literatury polskiej, wielka nauczycielka, recytująca „Pana Tadeusza” z pamięci, nauczyła mnie interpunkcji i dbałości o język. Twierdziła, że każdy Polak powinien nie tylko znać dobrze narodową epopeję, ale także mieć jej egzemplarz w domu. Sama, jak opowiadała, miała po jednym w każdym pokoju. Chyba w szóstej klasie bibliotekarka, pani Mariola Tuz, zorganizowała konkurs czytelniczy. Miał wygrać ten, kto w specjalnym zeszycie napisał najwięcej recenzji przeczytanych książek. Wtedy chciałem być we wszystkim najlepszy, więc ten konkurs wygrałem (potem ta cecha na szczęście mi minęła!). Ale od tamtej pory nie mam wyjścia: czytam mnóstwo książek. Dzięki szkole!

W gimnazjum miałem niecodzienny zestaw nauczycieli, którzy kochali swoją pracę. Dystyngowany Stanisław Miniach, matematyk, codziennie ubrany w marynarkę i eleganckie buty, opowiadał, że kilkakrotnie spalił czajnik, sprawdzając nasze testy. Prowadził dodatkowe zajęcia pozalekcyjne, na których poznawaliśmy złoty podział odcinka czy skomplikowane zasady algebry. Nieco szalona Alicja Lisiecka, fizyczka i chemiczka, potrafiła przekonać do tych przedmiotów każdego, oddana Barbara Francug, moja wychowawczyni i nauczycielka wuefu. Krystyna Markiewicz, pani od historii i wiedzy o społeczeństwie, co roku pracowała z każdą klasą nad projektem specjalnym badającym lokalną historię. Na mikrowystawę i wykład w całości przygotowany przez uczniów przychodzili: cała szkoła, rodzice i wójt. A podobno w polskiej szkole nie uczy się współpracy! Na niektórych lekcjach siedzieliśmy w półokręgu, twarzami do siebie, a nie, jak to bywa dziś, twarzą do ściany z tablicą. W drugim semestrze trzeciej klasy gimnazjum pojawiła się u nas na zastępstwie dr Sławomira Lisewska. Na ostatniej prostej przygotowała nas solidnie do egzaminu gimnazjalnego, ale widząc, że wszystko już umiemy, wyciągnęła literaturę spoza kanonu. Czytaliśmy wiersze Władysława Broniewskiego, z którego się doktoryzowała, czy Tadeusza Różewicza. Rozkładaliśmy je na czynniki pierwsze, uczyliśmy się zadawać bardzo krytyczne pytania i szukać niejednoznacznych odpowiedzi.

I tu dochodzimy do nauczyciela herosa, belfra kochającego swój zawód całym sercem, poświęcającego mu każdą część życia. O Krzysztofie Majsaku dowiedziałem się chyba drugiego dnia w podstawówce. Wszyscy o nim mówili, niektórzy się go bali, inni podziwiali, a nieliczni z niego drwili. Nikt nie był wobec niego obojętny.

Pan Majsak uczył niemieckiego i historii. Był młody, miał wtedy nieco ponad 30 lat. Jego lekcje nigdy nie były podobne do innych. Na niemieckim puszczał nam nagrania (to czasy sprzed tablic multimedialnych i wyspecjalizowanych technologicznie klas językowych!), kazał rysować, śpiewać, tańczyć, wycinać coś z papieru. Obecności sprawdzał po niemiecku, z lekcji na lekcje zaczynaliśmy mówić w tym języku coraz lepiej. Majsak nie tylko uczył języka, ale także opowiadał o kulturze krajów niemieckojęzycznych, co na ziemiach, które jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej leżały na terenie Rzeszy, było trudnym wyzwaniem. Podobnie było na lekcjach historii. Czy trafiał do wszystkich? Jasne, że nie. Jego metody wychowawcze, luźniejsze prowadzenie lekcji, choć z wymagającymi kartkówkami i odpowiedziami przy tablicy, nie odpowiadały wszystkim. Ale ja byłem w grupie, którą fascynował, poszerzał horyzonty dzieci.

Inną sprawą były prowadzone przez niego konkursy wiedzy o Unii Europejskiej i Klub Europejski, chyba pierwsza tego typu inicjatywa w tej części kraju, którą z dzisiejszej perspektywy wspominam jako ważną lekcję odpowiedzialności obywatelskiej. Chodziłem do szkoły tuż przed wstąpieniem Polski do UE. Żeby wytłumaczyć najmłodszym, z czym ta wyczekiwana Europa się wiąże, siedzieliśmy po lekcjach i wkuwaliśmy zapisy traktatów rzymskich, uczyliśmy się konstrukcji prawnej organów europejskich i wczytywaliśmy się w biografie ojców założycieli Wspólnoty Węgla i Stali. Pan Krzysztof nas odpytywał, opowiadał i mobilizował. W szkole wisiały wtedy flagi krajów UE. Wydaje się, że uczniowie z tej grupy nigdy nie zwątpią w sens naszej obecności w Unii.

Majsak wierzył w ideę dobrego polsko-niemieckiego sąsiedztwa. Jerzmanowa od początku pierwszej dekady XXI wieku przyjaźni się z niemiecką gminą Glienicke/Rietz-Neuendorf w Brandenburgii. Wymiana uczniów, wspólne zawody strażackie czy bale dla seniorów odbywają się w partnerskich gminach do dziś, a przy narodzinach tej idei brał udział Krzysztof Majsak, pracując tam w ważnej roli tłumacza. Ta międzynarodowa współpraca praktycznie zakopywała uprzedzenia, mimo pamięci o traumatycznych doświadczeniach przesiedlenia Niemców i lęku Polaków przed ponownym wysiedleniem.

W którymś roku uczennice zorganizowały plebiscyt na najbardziej przystojnego chłopaka i nauczyciela. Majsak wygrał w tej drugiej kategorii. W nagrodę dostał dwa litry soku z jabłek. Aby oddać głos, trzeba było wpłacić 50 groszy. Z uzbieranej kwoty ufundowano nagrodę.

Mój nauczyciel od historii, jak się okazało po latach, jest też obrońcą ładu konstytucyjnego w Polsce. Kiedy rząd PiS majstrował przy Sądzie Najwyższym, Majsak sfotografował się na tle tablicy lekcyjnej, na której napisał słowo "konstytucja". Zdjęcie było masowo szerowane w sieci. Brał też udział w wielu demonstracjach w obronie praworządności.

Jerzmanowskie szkoły miały też oczywiście wady, które jednak nikną w dobrych wspomnieniach. Wydaje mi się niezwykłe, że moje wiejskie szkoły były wolne od antysemityzmu, nacjonalistycznych narracji czy kultu II wojny. Co więcej, do dziś nie wiem, jakie poglądy polityczne mieli moi nauczyciele! Uczyli nas współpracy, przekazali mi ważną lekcję troski o dobro wspólne, współodpowiedzialności za kraj, w którym żyję, szacunku do ludzi o innym kolorze skóry, mówiących w innych językach. I co ważne, by zawsze z dumą opowiadać o wiejskiej szkole, do której chciało się chodzić.

Akademia Opowieści: "Nauczyciel na całe życie"

Rozpoczęła się III edycja Akademii Opowieści. Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także na opowieści o waszych mistrzach życia. Może nim być wasz szef, kolega, wychowawca. Ktoś, kto był dla was inspiracją na całe życie. Zachęcamy, byście nam o nich napisali.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Opowieści można przysyłać za pośrednictwem FORMATKI.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach ogólnopolskiej "Gazety Wyborczej" oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCOM PRZYZNANE ZOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

• za pierwsze miejsce w wysokości – 5556 zł brutto
• za drugie miejsce w wysokości – 3333 zł brutto
• za trzecie miejsce w wysokości – 2000 zł brutto