Od dziecka byłam dobra z matematyki. Mam słabość do liczb – widzę w nich zagadki, szukam ukrytych za nimi ludźmi, wynajduję ciągłe wyzwania. Kiedy w 2003 r. wybierałam się do liceum, byłam przekonana, że to z matematyką zwiążę swoją przyszłość, i wtedy poznałam Waldemara Szymczaka, który odkrył przede mną inny, uniwersalny język wszechświata – literaturę.

Ale zacznijmy od początku. II Liceum Ogólnokształcące w Gorzowie Wlkp. to nie była i nadal nie jest typowa szkoła. Wiem, wiem, mówi tak każdy, kto był zadowolony ze swojej edukacji. Rzecz w tym, że u nas (wciąż czuję się częścią tej społeczności) jest to wpisane w system i zasady kierujące życiem liceum. To szkoła eksperyment. Rok szkolny podzielony jest na trymestry, przez trzy miesiące codziennie uczysz się tych samych przedmiotów. Sam wybierasz kolejność ich realizowania, ale i nauczycieli, którzy będą cię uczyć. To niesamowita lekcja samodzielności, a na nastolatkach ciąży wielka odpowiedzialność, z której w tym czasie człowiek jeszcze nie do końca zdaje sobie sprawę. Za to po latach uważa za najlepszą – jakkolwiek patetycznie to brzmi – szkołę życia.

Przed prof. Szymczakiem ostrzegali starsi koledzy i koleżanki: „wariat”, „nie idzie go zrozumieć”, „nie słyszałem, żeby ktoś miał u niego piątkę”, „nikt nie zadaje tak dziwnych pytań jak on”. Słuchałam jednym uchem. Nie byłam wtedy specjalnie zainteresowana, kto będzie mnie uczył języka polskiego. W pierwszych miesiącach szkoły nadal byłam pewna, że jedyny język, którym chcę się porozumiewać, to matematyka. Na jego zajęcia zapisałam się przypadkiem. Najpewniej próbowałam uciec przed wymagającym historykiem czy anglistą. Uznałam: niech już będzie ten wariat, czytam szkolne lektury, jakoś sobie poradzę. Nie muszę mieć piątki.

Dziś modlę się (tu słyszę śmiech profesora), by każda polska szkoła była pełna takich „wariatów”! W jego klasie działał „rezerwat krzeseł” – za bujanie się na nich wrzucaliśmy pieniądze do słoika („Gdy będziemy mieli konkretną sumę, to kupimy sobie za nie cukierki, więc huśtaj się, Bartek, huśtaj” – nam to pasowało). Nie dyktował notatek (nigdy!), więc też nie wymagał od nas prowadzenia zeszytów. Na tablicy zamiast słów notował litery i cyfry (przed sobą mam właśnie notatki i próbuję rozszyfrować, co kryło się za „DPWNDS” na lekcji o Kochanowskim i co w jego przypadku znaczyła „lambda”). „Nie musicie tego znać, właściwie dobrze, że nie znacie” – mówił o definicji eseju. Gdy interpretowaliśmy „Pieśń XXV”, szczerze przyznawał: „On nie myślał, czy jak tak chlapnie, to wasz kurs 500 lat później będzie wiedział, o co mu chodziło”. I często dworował sobie – na kanwie opracowań maturalnych – że „już starożytna Antygona”, nieważne o jakiej lekturze mówiliśmy. Gdy „baliśmy się” określać dominantę w tekście, pytał, co jest dominantą w spaghetti po bolońsku. I pomagało. Mam wrażenie, że chciał tylko jednego: żebyśmy mieli otwarte głowy.

Odkąd poznałam profesora Szymczaka, cały plan lekcji układałam już pod lekcje z nim. Połączenie rozszerzonego polskiego z matematyką nie było możliwe, więc żeby tylko mieć więcej polskiego, dobrałam do niego historię i wiedzę o społeczeństwie. Nagle i zupełnie niespodziewanie dla mnie samej i moich najbliższych zostałam humanistką!

Jak on to zrobił, zastanawiacie się może. No, nie samym poczuciem humoru i cierpliwością. Właściwie przez lata nie próbowałam znaleźć na to pytanie odpowiedzi. Lekcje z nim potraktowałam po prostu w kategorii jednego z tych objawień, które odmieniają życie, i nie należy się specjalnie zastanawiać, dlaczego były tak przełomowe i magiczne.

Teraz, kiedy tyle piszę o nauczycielach (zajmuję się w „Wyborczej” edukacją od ok. 2011 r.), zaczynam to jednak lepiej rozumieć. Przede wszystkim zadawał nam dobre pytania. Od banalnego: „podobało się, nie podobało, fajne, niefajne?” po każdym przeczytanym tekście (nawet na sprawdzianie można było dostać punkt za odpowiedź na to pytanie). Po najważniejsze: „ale dlaczego?”. Nie straszył maturą, co najwyżej dorosłym życiem, ale to rzadko. Bo straszenie przecież nie pomaga.

Na całe życie zapamiętam lekcje o Adamie Mickiewiczu – o tym, czy na pewno bez problemu można go zaszufladkować jako wieszcza narodowego. I czy nie wyrządzamy mu krzywdy, przyklejając taką gębę. Bo niby „wielka i szlachetna”, ale zawsze to gęba, a może to tylko wyraz naszej bezradności, bo zawsze łatwiej „ględzić” wieszczem, niż dowiadywać się czegoś prawdziwego o nim. I o sobie. A może zwłaszcza o sobie.

W jednym trymestrze byłam tak zmotywowana, że zapisałam się na dwa kursy prof. Szymczaka równocześnie. W efekcie miałam wtedy trzy godziny języka polskiego dziennie, 15 w tygodniu – bo dołożyłam sobie jeszcze kurs dziennikarski z nie mniej wspaniałym profesorem Andrzejem Czają (ukłony również dla Tomasza Pluty, dzięki któremu obejrzałam ukochane „Cinema Paradiso”, i dla Agnieszki Regulskiej, która jako jedyna wystawiła mi czwórkę, a nie piątkę z polskiego i bardzo jestem jej za to wdzięczna). To były najlepsze trzy miesiące w szkole, ba, w całej mojej edukacji. Na rano czytałam obowiązkowe lektury, z których musieliśmy przygotowywać się do matury (nie omawialiśmy ich epokami, tylko tematami np. „ja a ja”, „ja a Bóg”, „ja a natura”), a po długiej przerwie spotykałam się z kilkunastoosobową grupą pod hasłem „ja a arcydzieło literatury”. To wtedy dzięki niemu przeczytałam książki, które do dziś uważam za jedne z najważniejszych: „Jesień patriarchy” Márqueza, „Paragraf 22” Hellera czy „Panią Bovary” Flauberta. I „przeczytałam” to w sumie dopiero początek mojej przygody z nimi. Ja mogłam o tych książkach naprawdę porozmawiać! Pospierać się o nie. I nikt nie mówił mi, że jest jakiś klucz do ich interpretacji, a Szymczak pozwalał podważać ich arcygenialność.

Kiedy powiedziałam, że na maturze ustnej chciałabym opowiadać o Emily Dickinson, włączył do programu jej wiersze, choć nie ma jej w podstawie programowej i pewnie pozostałych uczniów jej utwory nie interesowały. A gdy mieliśmy trenować prezentacje maturalne, zachęcał, byśmy po prostu opowiedzieli o książce, którą uznajemy za arcydzieło. 18-letnia ja z wielką pasją mówiłam więc o „Wilku stepowym” Hessego, z takim zaangażowaniem jakbym zachwalała znajomym najnowszy album Łony albo nowo odkrytą kawiarnię. Żyłam tym, co czytałam, dzięki niemu.

Gdy po maturze nagle zmieniłam plany i powiedziałam, że chcę studiować ekonomię i zamierzam się nauczyć całek i macierzy, nie powiedział, że oszalałam. Albo inaczej: czułam, że lekcja, którą od niego odebrałam, była zachętą do takich właśnie szaleństw. Mierzenia się z wyzwaniami, odkrywania nowych rzeczy, próbowania i – co dziś uznaję za najważniejsze – nie zgadzania się na żaden narzucony z góry klucz.

Dziś nadal kocham czytać, rozmawiać o książkach, zwłaszcza spierać się o nie („podobało się” – to tak łatwo powiedzieć). Myślę, że to dzięki prof. Szymczakowi mogę dziś pracować w redakcji „Książek. Magazynu do Czytania”, prowadzić spotkania autorskie z pisarzami i pisarkami (i być naprawdę ciekawą ich odpowiedzi na pytania). Że to te jego lekcje stoją u podstaw „Krótkiej Przerwy”, czyli kanału o literaturze, który na YouTubie prowadzę z Natalią Szostak (ona też miała szczęście do pedagogów, niech wam kiedyś opowie o swoim licealnym teatrze!).

Nie znosił patosu (a przynajmniej tak to zapamiętałam), więc jeśli to czyta, może się właśnie zżyma na to, co właśnie napisałam. Ale zawsze pozwalał nam być sobą, więc pewnie przymknąłby oko na te moje wielkie słowa (mnie „patos robi dobrze” – jak czytałam niedawno u Zyty Rudzkiej w „Krótkiej wymianie ognia”). Mam nadzieję, że profesor powiedziałby po tym tekście, jak mawiał przed laty: „Justyna już tak ma, ale możecie się z nią o to pokłócić, pytanie, czy warto”.

Akademia Opowieści: "Nauczyciel na całe życie"

Rozpoczęła się III edycja Akademii Opowieści. Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także na opowieści o waszych mistrzach życia. Może nim być wasz szef, kolega, wychowawca. Ktoś, kto był dla was inspiracją na całe życie. Zachęcamy, byście nam o nich napisali.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Opowieści można przysyłać za pośrednictwem FORMATKI.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach ogólnopolskiej "Gazety Wyborczej" oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCOM PRZYZNANE ZOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

• za pierwsze miejsce w wysokości – 5556 zł brutto
• za drugie miejsce w wysokości – 3333 zł brutto
• za trzecie miejsce w wysokości – 2000 zł brutto