Dla mojej mamy, jej rodziców i jej rodzeństwa stary, dobry świat skończył się w 1944 roku.

Cała rodzina Wróblów z płaczem opuściła dom pod miasteczkiem Busk pod Lwowem. W ostatniej chwili dziadek Władysław zakopał garnek ze srebrnymi monetami.

Urodził się i wychował w Galicji, pod berłem Habsburgów. Gdy wybuchła I wojna światowa, zmobilizowano go do cesarskiej armii. Włoski pocisk karabinowy został mu w lewym łokciu. Na zawsze.

Jako austro-węgierski wojenny inwalida otrzymał w odrodzonej Rzeczypospolitej przydział ziemi na przedmieściach miasta Busk. Było to miasteczko niewielkie, położone malowniczo u zbiegu Bugu i Pełtwi. Nadanie mu ziemi było okruszkiem strategicznego planu polskich władz – spolonizowania Kresów Wschodnich. Osadnicy byli faworyzowani przez lokalną administrację. Gdy w latach 30. pożar zniszczył dom dziadka, Władysławowi z góry wypłacono za 10 lat rentę, by mógł się odbudować.

Ukraińcy o takim traktowaniu przez urzędy mogli tylko pomarzyć.

Na przednówku wielu biednych Ukraińców przychodziło po jaja, mleko i mięso. Władysław nigdy nie odmawiał pomocy. Potem przychodzili honorowo, by w gospodarstwie dziadka odrobić podarunek. Przy tej okazji zapraszał ich do stołu i pił wódkę jak z najlepszymi, polskimi sąsiadami. Ukraińscy wieśniacy bardzo dziadka za to szanowali i lubili, tym bardziej że między nimi a innymi polskimi rolnikami w rejonie Buska stosunki były zdecydowanie sztywne.

Kozak z polowego szpitala

Ojciec mojego taty Józef Kalicki także pochodził z Galicji, z Glin Małych pod Mielcem; na przełomie XIX i XX wieku także był poddanym cesarza Franciszka Józefa i żołnierzem jego armii. Do 1914 roku był ordynansem dowódcy szwadronu dragonów kapitana Grafa von Halpena. W dniu, w którym miał wyjść z wojska, wybuchła I wojna światowa i kolejne cztery lata walczył w cesarskim mundurze, który wyglądał, w wersji paradnej, całkiem pięknie: buty kawaleryjskie z cholewkami pod kolana, jasnoniebieskie spodnie, czerwone, obcisłe bluzy. Mój tato zapamiętał opowieści dziadka o szarżach pod Jampolem, Lachowcami i Sądową Wisznią. Józef awansował ze stopnia prostego dragona do najwyższego stopnia podoficerskiego – c.k. oberfeldwebla, czyli austro-węgierskiego sierżanta.

Tuż po zakończeniu wojny światowej dziadek, już w cywilu, ożenił się z moją babcią Katarzyną. Po wybuchu wojny polsko-bolszewickiej, nie bacząc na to, że Katarzyna była w zaawansowanej ciąży, zgłosił się na ochotnika do polskiej armii. Jako świetny kawalerzysta bił się z czerwoną kawalerią Siemiona Budionnego w okolicach Lwowa, potem na dalekich Kresach Wschodnich. Wtedy właśnie odniósł swoją jedyną, niezbyt groźną ranę – w kawaleryjskim starciu czerwony kozak od Budionnego ciął go szablą w lewą, trzymającą cugle, rękę, między kciukiem i palcem wskazującym. Dziadek w rewanżu ciął go przez plecy. Kozak przeżył i Józef odwiedził go po starciu w polskim szpitalu polowym. Po latach opowiadał swoim synom, że ledwie żywy, obandażowany jak mumia kozak żalił się mu ze szpitalnej pryczy, że gdyby nie złożył się do cięcia za wcześnie, toby Józefowi rozpłatał na pół głowę.

„Kto pożarł mięso...”

Po wojnie dziadek wrócił zdrowy do domu, wziął posag żony i ruszył na północ w poszukiwaniu nowego miejsca do życia. Wraz z żoną i synem, moim wujkiem Franciszkiem, przeprowadził się na polskie Pomorze. W 1922 roku został kolejarzem na stacji Kornatowo.

W czasie wojny najstarszego mojego wujka Franciszka Niemcy wywieźli do pracy w majątku ziemskim w Prusach Wschodnich. Dziadka i troje jego nastoletnich dzieci Arbeitsamt, niemiecki urząd pracy, skierował do niewolniczej harówki w majątku ziemskim w Pniewitem. Mój tato dziwił się, że dziadek Józef, nawet prowadząc konia z krańca do krańca bardzo rozległego majątku, nigdy nie siadł na jego grzbiecie i tych dwóch kilometrów nie podjechał. Z dziadkowych min i półsłówek tato wywnioskował, że prawdziwy kawalerzysta nigdy, przenigdy nie siądzie na konia na oklep.

W 1942 roku niemiecki sołtys wezwał dziadka i zażądał, by podpisał folkslistę. Niemcy nie ukrywali, że kawalerzysta po ośmiu latach służby w austriackiej armii, w dodatku oberfeldwebel, nie może nie być Niemcem. Dziadek odmówił. Niemcy go pobili, ale w końcu dali spokój. Gdyby podpisał, jego nastoletni synowie – mój tato i wujek Wacław – formalnie także staliby się Niemcami i niebawem dostaliby powołanie do Wehrmachtu.

Sąsiedzi dziadka w Pniewitem, ludzie od pokoleń tamtejsi, folkslistę podpisywali. Podśmiewali się z Józefa, że na kartki ma 25 deko masła na miesiąc, a oni – trzy razy tyle. Do czasu, gdy z frontu wschodniego zaczęły przychodzić zawiadomienia o śmierci synów i ojców. Wtedy zaczęli się awanturować, że oni, już Niemcy, umierają za Rzeszę, a Kaliccy bezpiecznie robią w polu. I wtedy mój wujek, nastoletni Wacław, wygłosił wielką, jak uważam, frazę: „Kto pożarł mięso, teraz niech zżera kości”.

Mój tato w 1932 roku poszedł do szkoły powszechnej w Pniewitem. Przed wakacjami 1939 roku zdążył skończyć pierwszą klasę gimnazjum w Grudziądzu. Po wojnie zgłosił się na półroczny kurs pedagogiczny i rozpoczął pracę jako nauczyciel. Uczył biologii i matematyki w klasach od piątej do ósmej, potem został kierownikiem szkoły podstawowej w Kijewie Królewskim. W szkole pracowało sześć nauczycielek i wszystkie jeździły na motocyklach. Tato motocykla nie miał. W tamtych czasach była to dla mężczyzny, w dodatku kierownika, sytuacja mocno niekomfortowa.

Grecka szkoła

Gdy tylko tato dowiedział się w kuratorium o naborze młodych nauczycieli do ośrodków z dziećmi z Grecji, tzw. dziećmi generała Markosa, natychmiast się zgłosił.

W Grecji dopalała się wówczas trwająca od 1944 roku wojna domowa między siłami monarchistycznymi wspieranymi przez Wielką Brytanię i USA a lewicowymi, w istocie zaś komunistycznymi formacjami DSE – Dimokratikos Stratos Ellados (Demokratycznego Wojska Grecji). Partyzanci DSE byli skazani na pożarcie – do armii rządowej wcielono wszystkich greckich kolaborantów służących wcześniej w jednostkach pomocniczych Wehrmachtu, a Zachód nie szczędził rządowi broni ani amunicji. Monarchiści mordowali partyzantów i wspierających ich chłopów, więzili (także ich rodziny) w obozach koncentracyjnych, palili wioski, porywali do rządowych sierocińców dzieci. Państwa obozu komunistycznego, Polska także, zdecydowały się przyjąć uciekających przed terrorem partyzantów, ich sympatyków i ich dzieci. Kombatanci DSE uciekali z dziećmi przez góry do komunistycznej Albanii i stamtąd zabierały ich statki państw Europy Wschodniej.

A dlaczego „dzieci generała Markosa”? Generał Markos Wafiadis był bohaterem walk lewicowej partyzantki ELAS z Niemcami, po wojnie światowej zaś pierwszym dowódcą naczelnym DSE.

Tato trafił do największego ośrodka z dziećmi z Grecji – tego w Zgorzelcu.

Lwów i Busko po klęsce wrześniowej zajęła Armia Czerwona. Wybuch wojny niemiecko-sowieckiej 22 czerwca 1941 roku także w Busku oznaczał kolejne zbrodnie NKWD.

Późną jesienią 1939 roku zaczęły się masowe wywózki Polaków do Kazachstanu. Rodzina dziadka Władysława nigdy nie została wpisana na żadną z list wywozowych (NKWD pomagali je układać miejscowi ukraińscy bezrolni). Ukraińcy pamiętali mu pomoc, której udzielał lokalnym biedakom.

Rodzina dziadka Władysława szczęśliwie przetrwała aż do wiosny 1944 roku. Wieści z Wołynia o masowych rzeziach ludności polskiej przez oddziały UPA, często wspierane przez ukraińskich cywilów, sąsiadów i znajomych mordowanych Polaków, przestały być wtedy straszną egzotyką. „To tak daleko od nas, tu nic złego się nie może stać!”. Upowcy tej wiosny zaatakowali polską ludność we Lwowskiem. Mama wspomina, że czuło się, jak bardzo nacjonalistyczna propaganda i terror UPA zmieniają do tej pory serdecznych ukraińskich sąsiadów. Niby rozmawia się z nimi jak dawniej, ale...

Pewnego dnia dziadek Władysław całą rodzinę wyprowadził z domu. Wszyscy pomaszerowali do najbliższej stacji kolejowej. Tam dziadek resztę zachowanych jeszcze oszczędności dał jako łapówkę polskim kolejarzom, którzy rodzinę Wróblów zapakowali do pustego wagonu. Po długiej tułaczce z trwającymi miesiące przerwami rodzina dziadka dotarła do Smardów koło Kluczborka na Opolszczyźnie.

Nieopodal Smardów osiedli w małym, opuszczonym przez Niemców, zrujnowanym domku. Władysław od razu zdecydował, że dwie córki – mama i starsza o rok jej siostra Ludmiła – nie mogą zostać na wsi, muszą trafić do miasta i dalej się uczyć, by zostać nauczycielkami. Wynajął córkom w Kluczborku pusty pokój i zapisał je do liceum. Przez pierwsze lata nauki mamie i jej siostrze musiała wystarczyć blaszana bańka mleka dowożona raz w tygodniu z gospodarstwa w Smardach do pokoju w Kluczborku. To było ich jedyne wyżywienie.

Mama i ciocia Ludmiła w 1949 roku zdobyły pełne kwalifikacje do zawodu nauczyciela. Obie dostały przydział do szkoły w zwykłej polskiej wsi. I wtedy do ich liceum przyszło zawiadomienie, że władze rekrutują nauczycieli do ośrodka z dziećmi z Grecji. Obie panny Wróblówne dowiedziały się w dyrekcji liceum, że poszukiwani są najlepsi. Okazało się, że nauczyciele małych Greków mają dostawać całodzienne wyżywienie, a do tego jeszcze jakąś pensję. To przeważyło. Po głodzie końca wojny i pierwszych powojennych lat perspektywa stałej pensji, a do tego śniadań, kolacji i gorącego obiadu z zupą była pokusą niemal nie do odparcia.

Raj z bidetem

Mama i ciocia pojechały do pierwszej pracy do Solic-Zdroju – małego, poniemieckiego uzdrowiska koło Wałbrzycha. Mama pamięta, że w Solicach czuła się pierwszego dnia tak, jakby otworzył się przed nią raj. Siostry dostały pokoik, czystą, wykrochmaloną pościel. Oszołomione oglądały armatury w łazienkach, porcelanowe (z napisami „Kalt”, zimna, i „Warm”, gorąca), wielkie, śnieżnobiałe umywalki, bidety... To były rzeczy, których nawet w zamożnych domach na polskich kresach nie było.

Mama zaczęła pracę jako wychowawczyni. Większość dzieci pochodziła ze wsi, zapadłych wsi na greckiej prowincji. Były bardzo zabiedzone, niedożywione. Spały płytko, czujnie, gotowe w każdej chwili do ucieczki.

Ciocia nie zajmowała się wychowywaniem dzieci. Kierownictwo ośrodka odkryło, że ma zdolności plastyczne, i szybko awansowała na głównego w Solicach wytwórcę orłów piastowskich z kart lekko, na powierzchni tylko, nacinanego żyletkami brystolu.

W 1950 roku ośrodek wychowawczy w Szczawnie-Zdroju, czyli w dawnych Solicach, zlikwidowano, a wszystkich greckich podopiecznych i ich wychowawców przeniesiono do Zgorzelca. Tam moja mama poznała tatę.

„Puca, czyli męski instrument”

Moi rodzice, pracując z greckimi dziećmi, z czasem uświadomili sobie podstawowy absurd zgorzeleckiego ośrodka (tak samo było zresztą i w Solicach). Polskie władze nie zrobiły nigdy niczego, by polscy nauczyciele nauczyli się języka swoich uczniów. Nie było żadnych kursów języka greckiego, żadnych broszur do nauki, nawet powielanych choćby słowniczków.

Wyglądało to tak, jakby władze chciały greckich uchodźców, zwłaszcza dzieci i najmłodszych, spolonizować. Dziś tato sądzi, że chyba istotnie tak było: Grecy nie znali języka polskiego, poza swą ojczyzną, wykorzenieni, byli całkowicie uzależnieni od władz.

Mama miała kłopotów językowych niewiele, bo uczyła matematyki. Na tablicy rysowała symbole kredą, bystrzejsze dzieci chwytały, o co chodzi, i tłumaczyły swoim kolegom. Tato uczył w siódmej klasie 14-latków i swoje kłopoty rozwiązywał przy pomocy Wasyla, jedynego ucznia z Macedonii. Wasyl świetnie mówił po grecku, a macedoński język, słowiański, nie był dla taty tajemnicą nie do rozszyfrowania.

Lekceważenie językowego przygotowania polskich nauczycieli kończyło się czasem ambarasującymi wpadkami. Tato miał ambicje uczenia małych Greków jak najlepiej i gdy na biologii przyszedł czas nauki o anatomii człowieka, zgłosił się po pomoce dydaktyczne do kierownictwa ośrodka. Dostał całkiem sporo gotówki i pojechał do centrali zaopatrzenia w Warszawie, skąd przywiózł wielkie plansze przedstawiające budowę ciała ludzkiego. Rozwiesił je dumny na ścianach klasy i na lekcji zaczął wyjaśniać: to jest mózg, to serce, to nerki, to wątroba. Gdy powiedział: a to są płuca, chłopcy zaczęli wyć ze śmiechu, a dziewczęta, czerwone na buziach, chowały głowy pod ławki. Ki diabeł? Po lekcji tato idzie do swojego kolegi, greckiego lekarza Kostasa, który wtedy już mówił nieźle po polsku, i pyta, co się stało. Kostas łapie się za głowę i jęczy: „Niedobrze, fatalnie! Puca to po grecku męski instrument ”.

Na tym językowa afera z p(ł)ucami się nie skończyła. W 1951 roku tato został kierownikiem dużej kolonii letniej dla greckich dzieci w Jastarni-Borze. Jedna z szeregowych opiekunek młodszych dzieci, zamężna Greczynka, dostała w letnie upały bólów porodowych. Tato jako kierownik zdecydował, że jedyny samochód w dyspozycji ośrodka kolonijnego natychmiast ma ją zawieść do najbliższego szpitala w Pucku. Po kwadransie przyszli do taty dorośli mężczyźni, greccy opiekunowie kolonijni, i zaczęli prosić, żeby nie wysyłać nieszczęsnej koleżanki do Pucka. Przecież to zostanie w akcie urodzenia jej dziecka, nie można człowieka tak unieszczęśliwiać na całe życie. No niech taki człowiek pojedzie, powiedzmy, do Grecji i zechce tam coś w urzędzie załatwić... Tato pamiętał aferę z lekcji anatomii i od razu polecił: jedziecie dalej, do szpitala w Wejherowie.

W Zgorzelcu wielki ośrodek dla greckich uchodźców ulokowany był w poniemieckich koszarach. Dzieci było tam ponad tysiąc. Kuchnie prowadziły wyłącznie Polki. Oprócz polskich nauczycieli pracowali tam też nauczyciele, nawet lekarze greccy – nauczycieli tych było mniej więcej tyle co polskich.

Oprócz polskiego ośrodek w Zgorzelcu miał też greckiego dyrektora. Część zajęć prowadzili po grecku nauczyciele Grecy. Wystarczyło jednak, wspominają moi rodzice, popatrzyć na codzienne życie greckich maluchów, by nie mieć złudzeń, co się dzieje na zajęciach po grecku. Dzieci zaczynały dzień zbiórkami i apelami. Bez przerwy słychać było wykrzykiwane do parolatków komendy: „prosichi!” (baczność!) i „anabapsis!” (spocznij!).

Do szkoły w czerwonych koszarach dzieci musiały iść czwórkami. Starszą młodzież grecką trzymano osobno, w dzielnicy Zgorzelca Ujazd. Dzieci, uważa tato, były ideologizowane i tresowane do służby wojskowej. Gdy tato raz jeden pozwolił im iść na spacerze luźną gromadą, dzieciaki z wdzięczności wieszały mu się na rękach i jeszcze długo wołały doń po polsku: „Towarzysz Gromadą!”. Do każdego dorosłego wolno im było zwracać się tylko per: „Towarzyszu”.

Greccy opiekunowie rygorystycznie przestrzegali separacji chłopców od dziewczynek.

A sami jak się znaleźli w Polsce? Rodzice, zwłaszcza tato, kolegowali się z nauczycielem Triandafilidisem, 40-latkiem po studiach w Grecji. Był on z wykształcenia pedagogiem, jednym z kilku nauczycieli Greków. Reszta nauczycieli, wspominają moi rodzice, to byli prości ludzie, po dwóch, trzech klasach podstawówki i kursach ideologii marksistowskiej, a pewnie i wojskowych. Pan Triandafilidis mawiał o sobie: „daskalos” (nauczyciel). O tych po ideologicznych kursach zaś – „daskaliki” (nauczycieliki? nauczycielątka?).

Kiedyś lekarz Kostas, który objaśnił tacie istotę skandalu na lekcji anatomii, bardzo narzekał na rozłąkę z żoną, z ojczyzną, na klimat w Zgorzelcu, na polską kuchnię. Tato wreszcie go zaczepił: „To po jakiego diabła wyjechałeś do Polski?”. „Wyjechałem?! Porwali mnie!” – odkrzyknął sfrustrowany Kostas.

Tajemnica sztruksowej marynarki

Jakiś czas po wybuchu wojny w Korei władze nagle zlikwidowały ośrodek dla greckich dzieci w Zgorzelcu. Przeniesiono go do Polic pod Szczecinem. Zgorzeleckie koszary miały być szpitalem dla żołnierzy rannych w III wojnie światowej. Greckie dzieci i ich opiekunowie zamieszkali w poniemieckim osiedlu mieszkaniowym zbudowanym dla robotników hitlerowskiej fabryki syntetycznej benzyny. Mama, już bez cioci Ludmiły, też tam trafiła.

Wiosną 1951 roku tato pojechał do Chełmna, by zdawać maturę. Potem dostał się na studia pedagogiczne w Gdańsku. Do Polic jeździł często, ale już z powodu nie greckich dzieci, ale mojej mamy. Tato pamięta, że w upalne dni ruiny zbombardowanej fabryki ciągle śmierdziały benzyną.

Moi rodzice pobrali się w Policach w 1953 roku.

Potem przeszli do polskich szkół i przez wiele lat z sukcesami kontynuowali kariery pedagogów. Grecki, młodzieńczy rozdział w ich pracy powoli odchodził w zapomnienie. Tylko raz wróciła do nich tamta przeszłość.

Na początku lat 70., gdy tato był dyrektorem Studium Nauczycielskiego w Jeleniej Górze, studiowała tam młoda Greczynka, wnuczka „dzieci generała Markosa”.

A ja? W latach 70. szpanowałem w cudownej, brązowej, sztruksowej marynarce wyprodukowanej przez wrocławską spółdzielnię greckich uchodźców im. Nikosa Belojanisa, charyzmatycznego, komunistycznego obrońcy praw obywatelskich w Grecji, który w 1949 roku uszedł do Polski, ale w rok później wrócił do ojczyzny, został pojmany i rozstrzelany. Dopiero po latach, gdy marynarka się rozpadła, dowiedziałem się, kim był Belojanis.

No i jeszcze jedno – ten tekst, wszystkie swoje teksty, mogłem napisać tylko dlatego, że przed 70 laty pojawili się w Polsce greccy uchodźcy, a młodzi polscy nauczyciele podjęli się opieki nad ich dziećmi.

ZAKOŃCZYLIŚMY PRZYJMOWANIE WSPOMNIEŃ

30 września napłynęły do nas ostatnie teksty wspomnień nadesłanych na konkurs czytelników „Nieznani bohaterowie naszej niepodległości”. Przysłaliście pół tysiąca tekstów, spośród których opublikowaliśmy dotychczas kilkadziesiąt – w tygodniku „Ale Historia” oraz na stronie internetowej akcji. Dziś rozpoczyna pracę jury, które wyłoni zwycięzców. Konkurs rozstrzygniemy 5 listopada.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne: 1. miejsce – 5556 zł brutto, 2. miejsce – 3333 zł, 3. miejsce – 2000 zł brutto.