W mojej rodzinie było paru bohaterów wojennych. Jerzyk - brat babci Haneczki, której nigdy nie poznałam - zginął po powstaniu, babcia była sanitariuszką, a jej rodzice chronili u siebie żydowskie dziecko. Dziadek Maciek, który świetnie władał niemieckim, wykorzystał swoje umiejętności, krzyżując plany okupantów (nigdy się nie zorientowali), a Heńka, brata babci Marysi, zabił kolega z podwórka, gdy usłyszał, że Heniek będzie bronił ojczyzny. Historia lubi takich bohaterów. Z wymienionych osób tylko dziadek Maciej żył jeszcze długo po moich narodzinach, ale widywałam go bardzo rzadko z racji odległości między Łodzią a Trójmiastem.

Jednak jest ktoś jeszcze… Ktoś, kto od małego w przystępny dla mnie sposób opowiadał, czym jest wojna, reagował na patriotyczne wiersze płaczem i jak mantrę powtarzał, że najgorsza jest nienawiść. W tych historiach nie było krwi, rozstrzelań, opisów czołgów. Był za to żal, smutek, cierpienie. Najbardziej makabryczny w tych opowieściach był opis śmierci Heńka. Kolega z podwórka (narodowości niemieckiej) przyszedł do niego, nie wiem w jakim celu, słysząc, że Heniek będzie bronił swojego kraju, wyciągnął karabin i uderzał tak długo, aż rozwalił mu czaszkę. Moja prababcia podobno równy tydzień płakała. Cierpienia babci Marysi w tych opowieściach nie ma, jest za to ogrom miłości siostrzanej do brata i braterskiej do siostry.

Babcia jako pierwsza córka w rodzinie (miała dwóch starszych braci) przejęła obowiązki domowe po pracującej matce. Teraz jest nie do pomyślenia, żeby siedmiolatka stała na stołku i gotowała barszcz biały lub prała pieluchy młodszego rodzeństwa. Babcia miała co prać. Jedenaście miesięcy po niej urodziła się Helena, potem Józia, Krysia, a na końcu dziesięć lat młodsza Janka, która w dniu wybuchu wojny miała cztery lata i babcia wędrując z tobołami, musiała nieść ją na plecach. Brat, który zginął podczas wojny, był od babci kilka lat starszy. Zawsze pełen podziwu, wspierający, nosił na rękach i obiecywał, że kupi futro z norek. Podobno miał wielki talent plastyczny. Już podczas wojny wyrył w ziemi portret Piłsudskiego, zobaczył to przechodzący obok Żyd. Złapał się za głowę i poradził, żeby portret jak najszybciej zasypać. Trudno było zasypać, bo portret był głęboko wyryty, tak głęboko, jak głęboka była rana w sercach tych, którzy kochali, bronili i modlili się, żeby kolejny dzień nie przyniósł więcej bólu, niż zdążyli unieść.

Babcia podczas wojny pracowała u Niemców. Najbardziej bolało to, że młodsze od niej dziewczynki nazywały ją polską świnią. W swojej dziecięcej wrażliwości nie umiała zrozumieć, dlaczego ktoś ją źle traktuje i za co? Za to, że jest Polką? Gdy nie chciałam jeść, straszyła mnie rurą w żyle (a ja sobie wyobrażałam wielką rurę jak od odkurzacza), po latach dopiero zrozumiałam, że babci chodziło o kroplówkę. Mimo ostrzeżeń babci bardzo wybrzydzałam przy jedzeniu. Jak sobie teraz przypominam, ile ta kobieta musiała się natrudzić, żeby mi dogodzić, to łapię się za głowę. Mimo to zawsze była względem mnie cierpliwa i pełna miłości. Czasem tylko mówiła, że w czasach okupacji ludzie nie mieli jedzenia, a największą radość budziła cebula. Nie mówiła tego, żeby wywołać we mnie poczucie winy, tylko wspominała to, co nadal było w niej żywe. Dopóki była w pełni sił, nikt od niej nie wychodził głodny. Nic ją bardziej nie cieszyło niż zdrowi i najedzeni domownicy.

Po zakończeniu wojny babcia za sprawą urzędnika zmieniła imię z Maria na Marianna. Stało się to dlatego, że pan rejestrujący babcię stwierdził, że Maria to tylko Matka Boska, więc dyskusji nie było. Babcia pod nowym imieniem zaczęła odbudowywać swój zburzony świat - zdała maturę, podjęła pracę, zaczęła prowadzić normalne życie. Parę lat później podczas zabawy w Domu Nauczyciela poznała przystojnego polonistę, który uwiódł ją błyskiem w oku. W 1957 r. wzięła ślub, rok później urodziła się córka (moja mama).

Gdyby określić babcię jednym słowem, to bezsprzecznie byłby to wyraz „silna”. Wszystko, do czego doszła, zawdzięczała przede wszystkim sobie, a doszła bardzo wysoko. Ze skromnej dziewczynki opiekującej się gromadą rodzeństwa stała się przywódczą dyrektorką przedszkola. Była bardzo zaangażowana w pracę, kochała dzieci i wspominała je jeszcze długo po przejściu na emeryturę. Mimo cech twardego wojownika nigdy nie straciła swojej wrażliwości, którą zarażała. To ona wpoiła mi podstawowe wartości. To dzięki niej jestem w stanie wyobrazić sobie, czym jest wojna. Patrząc w lustro, widzę zbyt szeroki nos - mam go po niej. Innych podobieństw nie zauważam, ale przecież to nie wygląd zewnętrzny jest w tym wszystkim najważniejszy. Najważniejsze jest to, że serce jest we właściwym miejscu. Patrząc łagodnie na drugiego człowieka, wiem, że mam to po niej. Dziękuję.

ZAKOŃCZYLIŚMY PRZYJMOWANIE WSPOMNIEŃ

30 września napłynęły do nas ostatnie teksty wspomnień nadesłanych na konkurs czytelników „Nieznani bohaterowie naszej niepodległości”. Przysłaliście pół tysiąca tekstów, spośród których opublikowaliśmy dotychczas kilkadziesiąt – w tygodniku „Ale Historia” oraz na stronie internetowej akcji. Dziś rozpoczyna pracę jury, które wyłoni zwycięzców. Konkurs rozstrzygniemy 5 listopada.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne: 1. miejsce – 5556 zł brutto, 2. miejsce – 3333 zł, 3. miejsce – 2000 zł brutto.