Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszym KONKURSIE

Przeczytaj REGULAMIN konkursu

Weź udział w konkursie, przyślij opowieść, wygraj nagrody pieniężne [FORMULARZ]

Wyobraźmy sobie taką sytuację: Warszawa, lata 20. Umiera zamożny przedsiębiorca, który poza mieszkaniem w stolicy miał nieruchomości w Poznaniu, Białymstoku, Krakowie i jeszcze dom letniskowy na Orawie. Zmarły nie zostawił testamentu, ale w rodzinie nie ma konfliktów, wszyscy się zgadzają na ustawowy podział majątku. W dzisiejszych czasach w takiej sytuacji wystarcza wizyta u notariusza.

Nasza rodzina udaje się więc do rejenta w błogim przekonaniu, że wszystko załatwią w jeden dzień. Tu spotyka ich rozczarowanie.

Rejent uświadamia im, że na obszarze Polski obowiązuje pięć różnych porządków prawnych. W dawnej Kongresówce (Warszawa) obowiązuje prawo francuskie (relikt po czasach Napoleona), w dawnych guberniach rosyjskich (Białystok) rosyjskie, w dawnym zaborze pruskim (Poznań) niemieckie, w dawnej Galicji (Kraków) austriackie, a na Orawie i Spiszu węgierskie.

Rozwikłanie podziału majątku będzie więc wymagało specjalisty biegłego w prawie obowiązującym na każdym z tych terytoriów. Nasz warszawski rejent rozkłada ręce, jego to przerasta, ale mówi rodzinie zmarłego jeszcze ciekawszą rzecz.

Część majątku zmarłego to ruchomości, które można dzielić według dowolnego porządku prawnego z powyższych. Ale tu się okazuje, że prawo austriackie jest korzystniejsze dla kuzyna Zdziśka, a prawo francuskie dla stryjenki Helenki. I nagle zgodna do wczoraj rodzina przestaje już być tak zgodna...

Przykład fikcyjny, ale realistyczny. Niespójność prawna w latach 20. była realnym problemem, odczuwanym przez Polaków w sprawach prywatnych i zawodowych. Zaborczych granic nie było już na mapie, ale były nadal w przepisach, co utrudniało np. przeprowadzkę, sprawy rodzinne czy robienie interesów.

Profesura od cesarza

Żeby odpocząć od sporów o polskie sądy, zadumajmy się choć chwilę nad tym cudem, że mamy spójne prawo na całym terytorium kraju. Bez tego może i nie mielibyśmy się dziś o co spierać ani czego świętować.

Zawdzięczamy to mądrym i pracowitym ludziom z okresu II Rzeczpospolitej, którym udało się ułożyć tę łamigłówkę. Dzięki nim nawet jeśli nasze prawo nie jest doskonałe (przecież nigdy takie nie będzie, bo nie może takie być), to przynajmniej jest jednakowe w Poznaniu i w Białymstoku.

Maurycy Allerhand był jednym z nich. Uważał siebie za Polaka wyznania mojżeszowego. Tak swoją tożsamość określił przesłuchującemu go gestapowcowi w 1941, w tragicznym, ostatnim roku życia.

W dzisiejszej Polsce nawet w kręgach liberalnych często wyznawana jest prosta dychotomia, w której albo ktoś jest Żydem, albo Polakiem. W II Rzeczpospolitej to było bardziej złożone.

Prof. Maurycy Allerhand (1868-1942)Prof. Maurycy Allerhand (1868-1942) Fot. domena publiczna

To, jak bardzo tamte czasy różniły się od naszych, ilustruje inny paradoks. W latach 1936-1938 na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie Młodzież Wszechpolska organizowała zajścia antyżydowskie. Maurycy Allerhand był tak powszechnie szanowanym wykładowcą, że narodowcy przyznali mu specjalną eskortę, żeby jemu podczas tych zajść nic się nie stało.

Przyszły reformator polskiego prawa urodził się 28 czerwca 1868 w Rzeszowie. Gdyby urodził się trochę wcześniej albo w innym zaborze, jego życie potoczyłoby się zupełnie inaczej, ale w latach 60. XIX wieku cesarz Franciszek Józef wprowadził reformy liberalizujące monarchię Habsburgów.

Dzięki nim m.in. otwarto wyższe uczelnie dla studentów pochodzenia żydowskiego, odwołano średniowieczne zakazy uprawiania niektórych zawodów przez Żydów oraz zakazy osiedlania się poza wyznaczonymi dzielnicami (gettami), a także zezwolono na prowadzenie szkół w języku polskim.

Maurycy Allerhand mógł więc chodzić do niedawno otwartego polskiego gimnazjum w Rzeszowie, gdzie w 1887 zdał maturę (z odznaczeniem), i wyjechał na studia do Wiednia, które skończył w 1892, i zaczął piąć się po szczeblach adwokackiej kariery we Lwowie. Łączył to z publikacjami naukowymi z zakresu prawa, na podstawie których w 1910 uzyskał prawo do wykładania, czyli docenturę, a w 1917 roku tytuł profesora nadzwyczajnego – jeszcze od cesarza Franciszka Józefa. Profesorem zwyczajnym został już w wolnej Polsce (1921), nominację podpisał naczelnik państwa.

Wśród naukowych zainteresowań Allerhanda była komparatystyka prawna – porównywanie systemów prawnych różnych państw. Jego niebagatelna wiedza przyczyniła się do roli, którą odegrał w scalaniu polskiego prawa.

Jak to się w ogóle udało zrobić? Najprościej byłoby oczywiście arbitralnie wybrać jeden porządek prawny, na przykład austriacki (pod wieloma względami uważany wówczas za najlepszy), i dostosować do niego resztę kraju.

Przed podobnym wyborem stali trzy dekady temu nasi zachodni sąsiedzi. Zamiast żmudnego procesu ujednolicania prawa RFN i NRD wybrali samolikwidację NRD i przyłączenie poszczególnych landów do RFN.

Tak było najprościej, a ponadto miało to uzasadnienie w postaci historycznego triumfu Zachodu w zimnej wojnie. W Niemczech jednak do dzisiaj budzi to wiele goryczy, bo mieszkańcy wschodnich landów czuli się potraktowani jak obywatele gorszego sortu.

Trudno sobie wyobrazić, jakie skutki społeczne w Polsce przyniosłoby scalanie kraju w podobnym stylu – gdyby np. Galicja przeprowadziła Anschluss reszty kraju. Przecież i bez tego trwają konflikty typu „Kielce kontra Radom”, „Bydgoszcz kontra Toruń”, „Warszawa kontra wszystko”.

Sprawa przerasta posłów

II Rzeczpospolita stanęła więc przed tytanicznym zadaniem napisania niemal całego prawa od zera. Trudno znaleźć podobne osiągnięcia w innych krajach.

Rewolucje, przewroty i powstania w innych krajach europejskich zazwyczaj nie wiązały się z koniecznością pisania od nowa prawa spadkowego czy wekslowego. Można było zachować chociaż część ustaw po poprzednim ustroju.

W USA obowiązują niektóre przepisy z czasów kolonialnych, we Francji z czasów rewolucji, w Wielkiej Brytanii z głębokiego średniowiecza. Do dziś na przykład brytyjskich posłów obowiązuje ustawa z 1313 roku zabraniająca im przychodzić w zbroi na obrady parlamentu.

Przed podobnym zadaniem nie musiała też stawać III Rzeczpospolita. Zachowaliśmy ciągłość prawną z PRL, który w teorii zachował ciągłość z II Rzeczpospolitą (w praktyce oczywiście najlepsze nawet ustawy pozostają świstkiem papieru, jeśli nie ma niezależnego sądownictwa, a tak było w PRL).

I tylko II Rzeczpospolita nie miała tego luksusu. Nie mogła zachować ciągłości z państwami zaborczymi, ale zbyt dużo czasu upłynęło od 1795, żeby tak po prostu przywrócić prawo przedrozbiorowe.

Ale jak oni tego dokonali? Gdy patrzymy na współczesne parlamenty, to bez względu na to, czy nam się podoba partia aktualnie rządząca, czy nie, posłowie nie robią na nas wrażenia zdolnych do napisania całego prawa od zera. W żadnej kadencji. To ciężkie zadanie nawet dla najlepszych fachowców, takich jak Maurycy Allerhand.

Budowa niepodległego państwa zaczęła się u nas od rozpisania wolnych wyborów, które miały wyłonić konstytuantę, czyli Sejm Ustawodawczy, który zbuduje ramy prawne nowego państwa. Ogłoszono je 28 listopada 1918, przeprowadzono 26 stycznia 1919. Polska miała wtedy niestabilne granice, nie wszędzie udało się zorganizować głosowanie – w niektórych okręgach toczyła się wojna, inne były pod kontrolą obcych armii. Posłów z tych okręgów potem sukcesywnie kooptowano.

Sejm powołał komisję prawną, a ona 4 czerwca 1919 zarekomendowała następujące rozwiązanie: ponieważ ta sprawa przerasta posłów, należy ją przekazać najwybitniejszym ekspertom prawnym. Tych powoła naczelnik państwa Józef Piłsudski, w praktyce akceptując profesorów wskazanych przez czołowe uczelnie prawne – w symbolicznej liczbie czterdziestu i czterech.

Zasiądą oni w komisji, która będzie działać na podstawie regulaminu, który sama sobie uchwali. Przyjęte przez nich projekty minister sprawiedliwości będzie kierować do Sejmu. Sejm tę propozycję przyjął praktycznie jednogłośnie, od razu w trzech czytaniach.

Jak się udało uzyskać jednogłośność? Parlamenty przedwojenne potrafiły czasem działać zdumiewająco sprawnie, o ile jakąś sprawę uzgodniono w prezydiach czołowych środowisk.

Ustawę przedstawiało Sejmowi dwóch posłów – socjalista Zygmunt Marek i narodowiec Marian Seyda. W swoim wystąpieniu poseł Marek wyraził osobiste wzruszenie związane z tym, że ustawa mająca ujednolicić polskie prawo będzie przegłosowana akurat na tym posiedzeniu, na którym po raz pierwszy obecni będą posłowie z dawnego zaboru pruskiego (dzięki wygranemu powstaniu wielkopolskiemu udało się tam właśnie przeprowadzić wybory).

Seyda również poparł projekt, ale wbił przy tym szpilę ministrowi sprawiedliwości Leonowi Supińskiemu – który, jego zdaniem, okazał lekceważenie Sejmowi swoją nieobecnością przy tym głosowaniu. Skoro ustawa miała poparcie narodowców i socjalistów, nie było nad czym deliberować, posłowie przyjęli ją błyskawicznie, praktycznie przez aklamację.

Losy tej trójki potoczą się dramatycznie odmiennie. Seyda wyemigruje po wybuchu wojny, krótko będzie ministrem sprawiedliwości w rządzie londyńskim, ale zerwie z emigracją w 1942, umrze w 1967 roku w Buenos Aires.

Supiński będzie ostatnim I prezesem Sądu Najwyższego w niepodległej Polsce, również wyemigruje, ale w 1946 wróci i przez chwilę będzie II prezesem w Sądzie Najwyższym opanowanym przez komunistów. Ci zresztą szybko wypchną go w stan spoczynku, umrze w 1950 roku jako emeryt.

Zygmunt Marek boleśnie przeżyje rozłam w środowisku socjalistów na zwolenników i przeciwników Józefa Piłsudskiego. Bezskutecznie będzie próbował powstrzymać obóz sanacji przed staczaniem się w wojskową dyktaturę. Podczas sejmowej debaty zostanie publicznie znieważony nieparlamentarnymi słowami przez swoich dawnych współpracowników, kiedyś socjalistów, dziś sanatorów. Zaraz po posiedzeniu Marka sparaliżuje wylew; umrze w 1930.

Unikalny talent Allerhanda

W Polsce upadały kolejne rządy, dokonano zamachu stanu, zmieniono konstytucję – a Komisja Kodyfikacyjna wszystko to przetrwała po prostu mocą swojego autorytetu (choć podejmowano próby pominięcia jej na rzecz powołanej przez piłsudczyków Rady Prawniczej). Działała na podstawie własnego regulaminu, więc kiedy umierał jeden członek, kooptowano kogoś na jego miejsce. Aż w końcu dotrwała do drugiej połowy lat 30., gdy proponowane przez nią kodeksy można już było wprowadzać rozporządzeniami prezydenta RP, z pominięciem zmarginalizowanego parlamentu.

Maurycego Allerhanda do tej komisji zgłosił jego kolega z Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, prof. Juliusz Makarewicz. Wskazał go nie jako przedstawiciela środowiska akademickiego, tylko lwowskiej palestry (chcąc czynnie pracować jako adwokat, Allerhand odrzucał propozycje objęcia własnej katedry, wykładał więc jako zewnętrzny współpracownik).

Makarewicz był głównym autorem kodeksu karnego, wprowadzonego w 1932 i obowiązującego do 1969 roku. Po wojnie został we Lwowie i nadal wykładał na uczelni, przemianowanej już na Uniwersytet Iwana Franki, przedmiot przemianowany na „prawo karne państw burżuazyjnych”.

Allerhand pracował w wydziale cywilnym komisji kodyfikacyjnej i miał swój wkład w wielu przygotowywanych projektach.

Jako laik w dziedzinie prawa nie umiem samodzielnie ocenić jego dorobku, powołam się więc na ocenę innego członka komisji, prof. Jana Jakuba Litauera, współautora kodeksu postępowania cywilnego (obowiązującego do 1965).

W 1938 roku, pisząc o Allerhandzie, przypisał mu dorobek kodyfikacyjny „płodniejszy niż kogokolwiek z nas”. Nawet biorąc pod uwagę, że był to tekst laudacyjny, pisany z okazji 70. urodzin jego kolegi w specjalnym, jubileuszowym numerze branżowego pisma „Głos Prawa”, to jednak nie każdego członka komisji honorowano w ten sposób.

Ale też i, znów cytując Litauera, „Nie wszyscy znakomici prawoznawcy mają wenę kodyfikatorską; o Allerhandzie trzeba powiedzieć, że należy do tych niezbyt licznych, którzy mają wybitne w tym kierunku uzdolnienie i bez których przeto kodyfikację prawa polskiego trudno byłoby sobie wyobrazić”.

Unikalny talent Allerhanda do kodyfikacji brał się być może z jego zainteresowania matematyką. Już w gimnazjum nauczyciele zauważyli, że wyróżniał się zamiłowaniem do logiki i matematyki.

Jak przystało na lwowskiego intelektualistę, uwielbiał rozpatrywanie zagadnień logicznych w kawiarni. Znał bywalców kawiarni Szkocka, w której brylowali Stefan Banach, Stanisław Ulam i Hugo Steinhaus, ale sam wolał kawiarnię w Grand Hotelu, w pobliżu swojej kancelarii na Jagiellońskiej. Można go tam było regularnie spotkać przy jego ulubionej małej czarnej.

Allerhand uważał, że prawo powinno być skonstruowane tak jak matematyka. Dobra ustawa powinna definiować podstawowe pojęcia i budować z nich jednoznaczne konstrukcje, żeby praca prawnika polegała na ich logicznej analizie.

Z pisanych przez niego projektów ustaw najdłużej obowiązywało prawo upadłościowe. Wprowadzone rozporządzeniem prezydenta RP z 1934 roku, dotrwało aż do 2003 roku. W przededniu wejścia Polski do Unii Europejskiej musieliśmy przyjąć nowe przepisy, dostosowujące polskie prawo gospodarcze do standardów unijnych.

Jego dorobek prawny żywy jest jednak w jakiejś formie do dzisiaj. Każdy czynny zawodowo prawnik musiał się zetknąć na studiach z komentarzami Allerhanda do kodeksu handlowego, prawa upadłościowego, a wcześniej i kodeksu postępowania cywilnego.

Wprowadza się major z NKWD

Allerhand aktywnie działał w środowisku lwowskich Żydów. Przez kilka lat stał na czele żydowskiej gminy wyznaniowej, należał też do towarzystwa opieki nad zabytkami sztuki żydowskiej oraz lwowskiego oddziału B’nei B’rith, organizacji uważanej przez niektórych za rodzaj masonerii.

Często na tych forach ścierał się z syjonistami, uważającymi Żydów za odrębną narodowość, która powinna dążyć do własnego państwa. Allerhand wychowywał swoje dzieci, Marię Annę (ur. 1896) i Joachima Hermana (ur. 1897), na polskich patriotów.

Kiedy Maurycy Allerhand zaczynał pracę w Komisji Kodyfikacyjnej, jego syn zaciągnął się na ochotnika do Wojska Polskiego. Walczył z bolszewikami, za co dostał medal od Piłsudskiego. Po wojnie poszedł w ślady ojca i sam został adwokatem.

Świat Allerhandów przestał istnieć w 1939 roku, razem z końcem polskiego Lwowa. Zgodnie z paktem Ribbentrop-Mołotow miasto stało się łupem wojennym ZSRR. Joachim był zmobilizowany w 1939 roku i cudem – jak wspominał syn – uniknął losu ofiar Katynia.

Allerhandowie mieli tyle szczęścia, że nie wyeksmitowano ich z ich własnego domu, ale dokwaterowano im dwie rodziny. Pięcioosobową rodzinę wojskowego lekarza oraz majora NKWD z żoną.

Zajęli najlepsze pokoje, ale – jak wspomina Leszek Allerhand, wnuk Maurycego – nie potrafili korzystać z takich udogodnień jak kuchnia czy łazienka. Rodzina lekarza wszystko gotowała w pokoju, na maszynce spirytusowej, „w ogólnym zaduchu i smrodzie”. Major i majorowa korzystali z łazienki tylko w sobotnie popołudnia, gdy się kąpali, „zawsze razem, wśród śpiewów i okrzyków”.

Joachim i Maurycy zaczęli pracować w spółdzielni Kultigruszka produkującej drewniane zabawki. Maurycego początkowo usunięto z uczelni (razem z większością wykładowców Wydziału Prawa), potem jednak zezwolono mu wykładać prawo o notariacie.

Zapiski urywają się w pół zdania

Sytuacja uległa dramatycznemu pogorszeniu, gdy 1 lipca 1941 roku do Lwowa wkroczyli Niemcy. Joachim Allerhand, podobnie jak jego sąsiad Stanisław Lem, przeżył tzw. pogrom więzienny, w którym Żydów katowano drągami i zmuszano do wynoszenia na poły rozłożonych trupów z więzienia NKWD. Był ciężko pobity, w niektóre rany wkradło się zakażenie, długo musiał się leczyć.

Los jego ojca początkowo wyglądał lepiej. Podczas pierwszego przesłuchania na gestapo traktowano go jeszcze poprawnie.

Gdy tylko go zabrano, w mieszkaniu pojawiła się inna grupa Niemców twierdzących, że chcą go zabrać na przesłuchanie. Byli wyraźnie zaskoczeni tym, że ktoś ich uprzedził. Prawdopodobnie ta druga grupa chciała go zabić w ramach mordu profesorów lwowskich, w którym zginął m.in. Boy-Żeleński czy kolega Maurycego z Wydziału Prawa i Komisji Kodyfikacyjnej Roman Longchamps de Bérier z trzema synami.

Maurycy Allerhand był pierwszym lwowskim Żydem, któremu odebrano mieszkanie – już 4 sierpnia 1941 roku wygnano go z pięknej kamienicy na Jagiellońskiej 20/22, opodal Grand Hotelu, w którym przed wojną tak lubił pić kawę. Początkowo mieszkał u syna na Sobieskiego, ale w listopadzie 1941 cała rodzina znalazła się w getcie.

Od początku niemieckiej okupacji Maurycy Allerhand prowadził dziennik, unikalne źródło dokumentujące ostatnie straszne chwile społeczności żydowskiej we Lwowie. Opisał na przykład akcję likwidacyjną z grudnia 1941, której ofiarą padły starsze osoby, wyciągane z mieszkań i wywożone rzekomo do „miejsc odosobnienia”. Allerhanda uratowali przed tym przyjaciele, którzy pomogli mu ukryć się w bezpiecznym miejscu.

Odnotował: „Na ulicy rozgrywały się straszne rzeczy. Jęki aresztowanych szarpią tak nerwy, że tracono przytomność”.

Mimo coraz gorszej sytuacji ludzie próbowali jakoś układać sobie życie. Allerhand był powszechnie znany jako autorytet prawny, zwracano się więc do niego z prośbą o porady: jak młoda para ma zawrzeć w getcie ślub, skoro nie mogą spełnić wszystkich wymogów żydowskiego prawa religijnego? Jak rozsądzić spór o zapłatę za futro?

Zapiski urywają się nagle w lutym 1942, w pół zdania. Maurycy Allerhand zginął prawdopodobnie w sierpniu 1942, podczas wielkiej akcji likwidacyjnej – wraz z żoną i wnukiem ze strony córki, która również nie przeżyła Holokaustu (zginęła z córką w Treblince).

Brak relacji naocznych świadków o okolicznościach ich śmierci. Według relacji z drugiej ręki 76-letni Maurycy Allerhand próbował interweniować, widząc, jak policjant katuje starszą kobietę. W efekcie policjant zatłukł ich oboje.

Jego żona i wnuk zginęli najprawdopodobniej wkrótce potem, zapewne w obozie zagłady w Bełżcu.

Na początku sierpnia 1942 Joachim Allerhand wraz z żoną Zinaidą z Rubinsteinów oraz synem Leszkiem postanowili uciec z getta. We Lwowie nie było otoczone murem, teoretycznie była to więc tylko kwestia krótkiego marszu.

W praktyce jednak wokół getta grasowały gangi wyrostków, którzy tylko czekali na taką okazję. Katowali i grabili uciekinierów, po czym oddawali ich Niemcom. Żeby nie wpaść w ich ręce, trzeba było mieć dużo sprytu i szczęścia, którego na szczęście Allerhandom nie zabrakło.

Dla bezpieczeństwa rodzina rozdzieliła się. Joachim wyjechał do tartaku położonego 60 kilometrów od Lwowa, gdzie pracował na fałszywych papierach jako Jan Mrozowski.

Zinaida z małym Leszkiem ukrywała się zaś we Lwowie, w kilkunastu różnych miejscach. Czasem w mieszkaniach różnych ludzi, czasem w klasztorze Karmelitów, a czasem na Cmentarzu Łyczakowskim, gdzie nie brakowało przestronnych, zadaszonych grobowców.

Leszek Allerhand wspominał, że najlepiej mu się spało w tych grobowcach. „Było cicho, spokojnie, bezpiecznie”.

W mieszkaniach było gorzej. „Na kartce miałem napisane, czego mi nie wolno robić. Miałem nie chodzić, nie ruszać się, nie używać gazu, światła, wody (...). Miałem być nieżywy. Zresztą, tak wiele mi do tego stanu nie brakowało”.

Joachim, Leszek i Zinaida przetrwali jako jedyni z 35-osobowego klanu lwowskich Allerhandów. Po wojnie Joachim praktykował prawo, bronił niewinnych ludzi w stalinowskich sądach wojskowych. Widząc, co się dzieje z prawem w powojennej Polsce, odradził synowi ten kierunek studiów. Zmarł w 1970 roku.

Leszek Allerhand skończył medycynę. Został lekarzem szpitala w Zakopanem, opiekował się m.in. polskimi zimowymi olimpijczykami jako lekarz narodowej kadry sportów zimowych. Był bywalcem cyklicznego festiwalu „Jazz Camping na Kalatówkach”, miał więc wielu przyjaciół wśród muzyków, filmowców, literatów itd.

Po upadku ZSRR dr Allerhand chętnie wracał do Lwowa. Miał ulubiony pokój w hotelu George, w którym z balkonu spoglądał na swoje rodzinne miasto. W 2003 opublikował dziennik swojego dziadka wraz z własnymi wspomnieniami.

W 2009 roku był jednym ze współzałożycieli Instytutu Allerhanda – think tanku służącemu doskonaleniu prawa gospodarczego. Zmarł 3 kwietnia 2018 w wieku 87 lat, na nagrobku napisano mu, zgodnie z Jego prośbą, „dziecko Lwowa”

Gdy padło hasło o bohaterach niepodległości, pomyślałem od razu o trzech pokoleniach Allerhandów. Uważam ich za wielkich polskich patriotów – to dzięki takim ludziom jak oni nasz kraj staje na nogi po kolejnych nieszczęściach, które na niego spadają.

Dziękuję prof. Adamowi Redzikowi za rozmowę i udostępnienie wersji roboczej książki „Maurycy Allerhand (1868-1942) – wybitny jurysta, który łączy”, która ukaże się niebawem nakładem Instytutu Allerhanda

***

AKADEMIA OPOWIEŚCI

Historia Polski to nie tylko dzieje wielkich bitew i przelanej krwi. To również codzienny wysiłek zwykłych ludzi, którzy mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, a także dzisiaj – zawsze byli wolni. Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników. Regulamin akcji jest dostępny na stronie internetowej Akademii Opowieści.

Na opowieści o bohaterach naszej niepodległości o objętości nie większej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 15 sierpnia 2018 r. Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 osób wyróżnionych rocznymi prenumeratami wyborcza.pl. Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,

za drugie miejsce w wysokości 3333 zł brutto,

za trzecie miejsce w wysokości 2000 zł brutto.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl