KONKURS AKADEMIA OPOWIEŚCI

Zapoznaj się z REGULAMINEM

Weź udział w konkursie, przyślij opowieść, wygraj nagrody! [FORMULARZ]

Nigdy nie poznałam dziadka. Zmarł w lutym 1971 r., a ja urodziłam się siedem miesięcy później. Jednak od najmłodszych lat znam jego historię. Przekazała mi ją babcia, która odeszła dziesięć lat temu. Często wyjmowała album, siadała i opowiadała o swoim mężu, Konstantym Owieczce.

Wilczyca przy grobie Piłsudskiego

W mojej rodzinie zachowało się bardzo dużo zdjęć. Dzięki nim historia była żywa. Najstarsze pochodzi z 1923 r. Są na nim rodzice babci, jej starsze siostry i sama babcia.

Cenną pamiątką jest zdjęcie dziadka, żołnierza 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich, kiedy pełnił wartę honorową przy sercu marszałka Piłsudskiego na Rosie w Wilnie. Jest o tyle unikatowe, że przy grobie widać figurę wilczycy, daru narodu włoskiego. Później wilczyca w dziwnych okolicznościach zaginęła.

Mamy też np. zdjęcie polowego grobu szwagra mojej babci, który zginął w pierwszych dniach kampanii wrześniowej.

Dziadek jako oficer cudem uniknął Katynia. Uciekł z transportu. Później udało mu się to jeszcze raz, kiedy jechał na roboty przymusowe do Niemiec. Był żołnierzem Armii Krajowej. Babcia też wielokrotnie uciekała, ale w samym Wilnie. Razem z dziećmi opuszczała dom i szła pod przysłowiowy most, żeby nie dać się złapać jako żona oficera.

Skrzynia w sadzie

– Kiedy do Wilna weszli Niemcy, było widać pewną kulturę. Jak weszli Rosjanie, było zupełnie inaczej. Dzicz – wspominała babcia.

Po wkroczeniu do Wilna czerwonoarmistów polskie wojsko zostało rozbrojone. Przynajmniej teoretycznie. Moi dziadkowie w sadzie przy domu zakopali dwie skrzynie. W jednej przedmioty codziennego użytku, porcelanę. Do drugiej skrzyni – jak podkreślała babcia – szczególnie zakonserwowanej schowali trzy mundury dziadka: polowy, codzienny i galowy. Do tego czapki rogatywki, szable i ordery. Tych rzeczy nie udało mi się nigdy odzyskać. Próbowałam kiedyś przez ambasadę, ale bez rezultatu.

Żołnierze próbowali się dalej organizować. Dziadek w tym czasie w ogóle nie przebywał w domu. Babcia od żon innych wojskowych dostała tylko informację, że mąż znalazł się w transporcie na Wschód, i że prawdopodobnie wszyscy zostali wymordowani.

Po trzech dniach do domu babci przy ul. Trębackiej zapukali wojskowi. Pytali o nią. – Nikt taki tu nie mieszka – skłamała, podając nieistniejący numer na samym końcu ulicy. Kiedy żołnierze odeszli, sąsiedzi pomogli babci spakować najważniejsze rzeczy. Z dziećmi uciekła pod most. Później wracała do domu, ale bardzo uważała, żeby nie być zatrzymaną.

Przez trzy miesiące od informacji o transporcie na Wschód babcia nie miała żadnych wieści o dziadku. Po trzech miesiącach pojawiła się informacja, że jakiś transport wojskowych przyjechał na dworzec w Wilnie. Babcia na miejscu spotkała jednego z podwładnych męża. – Widziałem, jak pani mąż był ładowany do wagonu, ale kompletnie nie wiem, co się z nim stało – powiedział. Babcia wróciła do domu. Po kilku godzinach ktoś zapukał do drzwi: „Felu, twój mąż stoi na ulicy”. To nie był żart.

Ucieczka z pociągu

Z relacji, którą przekazał babci dziadek, wiem, że w trakcie podróży, kiedy pociąg zwolnił, jemu i jego koledze udało się wyrwać z podłogi dwie deski. W dogodnym momencie wyskoczyli przez tę dziurę z pociągu.

Dotarli do wioski, gdzie dostali codzienne ubrania, i w takim stroju trafili z powrotem do Wilna. Nie powtórzyła się już sytuacja, żeby Rosjanie przyszli po dziadka ponownie.

Dziadek miał świadomość, że jak pojedzie na Wschód, to już nie wróci. Wiedział, że w bydlęcych wagonach zgromadzono najważniejszych ludzi, z którymi miał wtedy do czynienia. Babci powtarzał, że nie wróżyło to niczego dobrego. Szczególnie, że już od jakiegoś czasu pojawiały się informacje, że znikają wojskowi.

Druga ucieczka przydarzyła się dziadkowi i temu samemu koledze jakiś czas później, kiedy zostali schwytani podczas ulicznej łapanki i wysłani na roboty przymusowe do Niemiec. Wyskoczyli z pociągu, ale tym razem każdy ruszył w inną stronę. Po wojnie dziadek próbował odnaleźć kolegę, ale bezskutecznie.

Opowieści o Katyniu

Po 1945 r. babcia z dziadkiem najpierw przyjechali do Nowego Tomyśla, gdzie ulokowała się część rodziny. Pewnie tam by zostali, gdyby nie to, że dziadek zaczął chorować. Okazało się, że ten teren bagienny mu nie służy i wtedy zdecydowali się na przyjazd do Nowej Soli.

Dziadek mówił o Katyniu, ale jedynie w bardzo bliskim gronie. Otwierał się przed szwagrami, byłymi wojskowymi. Więcej o mężu mówiła babcia, kiedy nie słyszał. To, co wydarzyło się we wrześniu 1939 r., było dla niego i jego kolegów traumą. Po latach szukali wytłumaczenia, dlaczego nasze wojsko nie było w stanie najpierw przeciwstawić się Niemcom, a potem co doprowadziło do tego, że Rosjanie wkroczyli do Polski.

Z opowieści babci wyłaniał się obraz dwóch postaci, które przeciwstawiali sobie po wojnie żołnierze – marszałków Rydza Śmigłego i Piłsudskiego. Kiedyś dziadek postawił pytanie: Co by było, gdyby Piłsudski nie zmarł w 1935 r.? Czy Niemcy wypowiedzieliby nam wojnę? Teraz podobne pytania zadaje mój syn, który chociaż chodzi do technikum budowlanego, interesuje się historią.

We wspomnieniach babci przewijała się informacja, że nasze wojsko było totalnie zaskoczone rozwojem wypadków, i że zbyt dużą wagę przywiązywaliśmy do koalicjantów. Babcia często podkreślała, że Polacy na przestrzeni dziejów nie powyciągali wniosków z sojuszy. Za bardzo ufali sojusznikom.

– No tak, znowu opieramy się na Amerykanach, a jak przyjdzie co do czego, to zostaniemy sami – mówiła.

Dziadek był osobą skrytą. Rzadko wracał do zdjęć w swoim mundurze, chociaż właśnie takich miał najwięcej. Nigdy nie zdecydował się wstąpić do partii, chociaż wielokrotnie straszono go, że straci pracę.

Babcia była młodsza od męża o osiem lat. Miała zaledwie 16, kiedy brała ślub. Kandydata na męża początkowo traktowała z przymrużeniem oka. Dziadek przychodził do jej domu, siadał, rozmawiał z tatą i siostrami, bo babcia była zajęta w tym czasie innymi rzeczami. Ale to było zgodne małżeństwo. Dziadek przedstawiał swoje zdanie, ale dodawał: „Felusiu, będzie, jak chcesz”. Wiecznie się z nią zgadzał, wszędzie chodzili razem. Nawet konia nazwał Felka na cześć żony.

Nasza babcia mi się śni

Babcia po śmierci dziadka nigdy nie zdecydowała się ponownie wyjść za mąż. Miała kandydatów, ale powtarzała: „Byłam wierna jednemu, nigdy takiego dobrego męża już więcej nie znajdę”.

Nigdy też nie powiedziała o dziadku złego słowa. Z jednym wyjątkiem – że rozpuścił najstarszą córkę, czyli siostrę mojej mamy. Kiedy nie chciała iść do szkoły, to dziadek brał ją na barana i pozwalał zostać w domu.

Babcia na emeryturę przeszła w 1973 r., ale dalej pracowała jako intendentka wczasów rodzinnych w Radzyniu niedaleko Sławy. Nie miała okazji obejrzeć filmu „Katyń” Andrzeja Wajdy. Miała za to w domu przywiezioną z Wilna książeczkę „Prawda o Katyniu”. Książka została wydana w podziemiu rok, najwyżej dwa lata po tym, jak zaczęły wychodzić na jaw sprawy związane z tą zbrodnią. Do Polski babcia przywiozła ją ukrytą w obrazach.

Lata później, w 1983 albo 1984 r., mój kuzyn nieopatrznie powiedział o tej książeczce na historii. Wystawiono mu ocenę niedostateczną i nie dopuszczono do matury. Nauczycielka od historii była działaczką partyjną, taką przodownicą pracy, jak o niej zawsze mówiliśmy. Mama razem z wychowawczynią syna musiały uruchamiać znajomości, ostatecznie kuzyn na trójce został dopuszczony do matury. Całe szczęście, że nie pokazał książeczki, bo byśmy jej już nie mieli.

Kiedy babcia zmarła, postanowiłam, że w dwie duże antyramy oprawię najważniejsze zdjęcia i dokumenty. Babcia wszystko trzymała zamknięte w szufladzie. Po jakimś czasie, porządkując jej rzeczy, w każdej kieszeni sukienki czy fartucha znajdowałam chleb. To jest taki syndrom pokolenia, które bardzo szanowało chleb i w ogóle jedzenie. Babcia nigdy nie jadała świeżego chleba, zawsze musiał być czerstwy, mieć dwa albo trzy dni.

Od trzech lat współpracuję z Sybirakami, którzy starają się o specjalny dodatek. Ich historie są bardzo do siebie zbliżone. Każda różni się detalami, ale jest wiele elementów wspólnych, m.in. szacunek do chleba, jedzenia, trzymania go na lepsze czasy.

Babcia czasem mi się śni. Nic wtedy nie mówi, ale wiem, że muszę na siebie uważać.

Konkurs dla Czytelników - napisz opowieść i wygraj 5 tys. zł!
Akademia Opowieści. „Nieznani bohaterowie naszej niepodległości”

Historia Polski to nie tylko bitwy i przelana krew. To również wielki codzienny wysiłek zwykłych ludzi. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie ma takiego bohatera: babcię, wujka, sąsiada. Uczyli, leczyli, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, bibliotekę na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi i pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości na nie więcej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 30 września 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem formatki dostępnej na stronie internetowej.


Najciekawsze teksty będą publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”; „Magazyn Świąteczny”, „Duży Format” oraz lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 wyróżnień.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

za I miejsce – 5556 zł brutto;
za II miejsce – 3333 zł brutto;
za III miejsce – 2000 zł brutto;

Osoby wyróżnione dostaną roczne prenumeraty Wyborcza.pl.

Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.