KONKURS AKADEMIA OPOWIEŚCI

Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszym konkursie?

Zapoznaj się z REGULAMINEM

Weź udział w konkursie, przyślij opowieść, wygraj nagrody! [FORMULARZ]

Dwaj najwięksi zbrodniarze XX w. skazali mojego dziadka na śmierć. Wymknął się im obu. Był warszawiakiem w drugim pokoleniu. Jako pierwszy w rodzinie zrobił maturę. Przed wojną to było coś, zwłaszcza dla chłopaka o pochodzeniu robotniczo-chłopskim, który dorastał w okolicy słynnego skrzyżowania Stalowej i Szwedzkiej. Łagodnie mówiąc, nie jest to zbyt prestiżowy adres w stolicy.

We wrześniu 1939 r. dziadek był podchorążym rezerwy. Gdy jechał do Zambrowa na mobilizacyjną zbiórkę, zabrał ze sobą notes, który zaczyna się od... tekstów ulubionych piosenek dziadka.

To ciekawa mieszanka – polskie teksty do „Gaudeamus igitur” i „’O sole mio” mieszają się z kupletami warszawskimi, które po wojnie rozsławił Grzesiuk. Jest tu m.in. moja ukochana piosenka o Warszawie, znana jako „W saskim ogrodzie”, choć tak naprawdę nie ma tytułu ani zidentyfikowanego autora.

Dziadek zapisał ją w wersji odmiennej od Grzesiukowej. Zwrotki mają inną kolejność, same są trochę inne, jest też piąta, której nie słyszałem w niczyim wykonaniu – zaczyna się od: Na górze róże, na dole fiołki, pożycz pięć złoty do poniedziałku. Dziadek zapisał też ulubione cytaty literackie, z Mickiewicza, Sienkiewicza i Goethego (w oryginale).

Włodzimierz

Zaraz za starannie wykaligrafowanym piórem cytatem z Maupassanta (Kiedy się kocha, nie ma nic lepszego, niż dawać...) pojawiają się zapiski robione w pośpiechu, ołówkiem: Włodzimierz / Lasy p. Ołyką k. Łucka / ppłk Czarnecki. Potem kolejne nazwiska i adresy, w których najpierw nie doszukałem się logiki.

Niestety, nie ma dat ani nazw jednostek. Ale podpułkownik Kazimierz Czarnecki, który we wrześniu dowodził ośrodkiem zapasowym 13. Dywizji Piechoty we Włodzimierzu Wołyńskim, jest postacią historyczną: zamordowany w Katyniu, w 2007 r. został pośmiertnie awansowany na pułkownika.

Niemcy rozbili 13. Dywizję pod Warszawą – to było ostatnie ogniwo polskiej obrony stolicy przed okrążeniem. Na bazie części oddziałów, którym udało się wycofać do Chełma, stworzono 13. Brygadę Piechoty przeznaczoną na odsiecz Lwowa również okrążonego przez Niemców. Wyruszyła 17 września. Wiadomość o sowieckiej inwazji sprawiła, że plany zmieniono. Jednostkę cofnięto w stronę Tomaszowa Lubelskiego, gdzie wzięła udział w ostatnich tragicznych bitwach z Niemcami; ok. 25 września została ostatecznie rozbita.

Dziadek oddzielał notatki poziomymi kreskami – zakładam, że oznaczały upływ kolejnych dni. Skoro tak, to jego tułaczka trwała ok. 19 dni (nie licząc samej mobilizacji).

Opowiedział później rodzinie, że do niewoli wzięli go nie Niemcy, tylko Rosjanie. Uratował się w ten sposób: Sowieci zamknęli żołnierzy w stodole, a miejscowi chłopi spili krasnoarmiejców samogonem i uwolnili ich od drugiej strony. Przedstawiciele rządu robotniczo-chłopskiego najwyraźniej nie wiedzieli, że chłopskie stodoły mają dwa wejścia, jedno od strony pola, drugie od podwórka. Pilnowali tylko frontowego.

Chłopi dali uwolnionym cywilne ubrania. Dzięki temu piszę ten artykuł, bo inaczej dziadek byłby prawdopodobnie kolejną ofiarą zbrodni katyńskiej.

Zimno

Czwartej kresce w notatkach towarzyszy tylko jedno słowo: „Zimno”. Myślałem, że chodzi o temperaturę, ale po naniesieniu na mapę kolejnych miejscowości z notatek uświadomiłem sobie, że to prawdopodobnie wieś w powiecie Łaszczów.

Dzieląc się Polską, Ribbentrop i Mołotow niedbale narysowali na mapie poziomą kreskę, od Bugu do Sanu. Zimno było tuż przy niej, ale nieznacznie na południe (dziś leży w Polsce, choć blisko ukraińskiej granicy).

Dziadek do sowieckiej niewoli dostał się więc na terenach etnicznie polskich. Dalej na wschód mogło być gorzej.

Jeśli poprawnie odgaduję daty, było to 20 września 1939 r. Dziadek w cywilnym ubraniu wyruszył do rodzinnej wsi Trawy, z której pokolenie wcześniej do Warszawy przyjechał jego ojciec (a mój pradziadek).

Miał przed sobą ok. 320 km – według Google Maps pieszo 66 godzin. Z notatek wynika, że wędrował dwa tygodnie. Dlaczego tak długo? Między dziadkiem a rodzinną wsią była linia frontu. Google Maps kieruje prostą drogą przez Kock, pod którym 2-6 października doszło do ostatniej regularnej bitwy kampanii wrześniowej. Dziadek, prawdopodobnie usiłując ominąć niemieckie jednostki, krążył w kółko i kilkakrotnie odwiedził Radzyń, Międzyrzecz i Lubartów.

Ostatnią odnotowaną miejscowością są Mokobody w powiecie siedleckim. Dziadek minął je 5 lub 6 października. Nie jestem pewien, jak rozumieć ostatnią kreskę w jego notatniku – czy Mokobody to zwieńczenie dnia poprzedniego, czy początek następnego? W każdym razie do celu miał już tylko ok. 40 km. Nie robił dalszych notatek.

Ulica Mała

Dziadek Lucjan jeszcze przed wojną zaczął pracować w hipotece jako goniec, studiując prawo i przygotowując się do zawodu. Podczas okupacji wznowił tę pracę, a więc wrócił do Warszawy. Dzięki temu poznał moją babcię Helenę.

To była pierwsza odmiana na lepsze w jej dwudziestoletnim życiu. Wcześnie straciła oboje rodziców. Najbliższą osobą był dla niej brat, który zginął na początku bombardowania Warszawy. Teraz nie miała już nikogo.

Z dziadkiem pobrali się w sierpniu 1943 r. i zamieszkali na ul. Małej na Pradze. Ich szczęście nie trwało długo. Latem 1944 r. Niemcy zaostrzyli terror w Warszawie. W ostatnich miesiącach okupacji zrobili obławę na Pradze, z której nie można się było wydostać w żaden sposób. Obstawili ulicę, szli od mieszkania do mieszkania, wyważając drzwi, jeśli im nie otwarto. Nie pomagała Kenkarta dziadka zaświadczająca, że pracuje w ważnym urzędzie.

Babcia była już wtedy w widocznej ciąży. Legenda rodzinna mówi, że już ją mieli zapakować do ciężarówki, ale jakiś oficer milczącym gestem wskazał jej bramę. Babcia umierała ze strachu, ale posłuchała, bo co miała zrobić?

Gdy doszła do bramy, odwróciła się. Oficer bez słowa wskazał palcem w dół. Babcia spojrzała pod nogi i zobaczyła właz do piwnicy. Siedziało w niej jeszcze kilka przerażonych kobiet. Długo czekały, nim odważyły się wyjść na powierzchnię. Nordycki pan i władca łaskawie pozwolił im ocaleć.

Był to więc tak zwany dobry Niemiec, choć nie wiem, czy słowo „dobry” jest tutaj na miejscu. Pozostałych kierował na niemal pewną śmierć – do obozów wyniszczania przez pracę niewolniczą, „Vernichtung durch Arbeit”.

Litomierzyce

Dziadek trafił do Litomierzyc (Leitmeritz), do jednego z 84 podobozów wielkiego obozu pracy przymusowej Flossenbürg. Straszne miejsce. Zachowała się relacja polskiego więźnia przeniesionego tutaj z Auschwitz – wspominał, że w Auschwitz warunki były lepsze.

Niemcom w ich zbrodniczym szaleństwie nie zależało już na tym, żeby ich niewolnicy wydajnie pracowali. Chcieli ich wyniszczać – pracą ponad siły, głodowymi racjami i złymi warunkami sanitarnymi. W obozie wybuchła epidemia tyfusu, więźniowie umierali z zimna w barakach z oknami, z których powybijano szyby. O to chodziło.

Podobóz w Leitmeritz urządzono w dawnych koszarach wojskowych pamiętających jeszcze Austro-Węgry. Więźniowie drążyli sztolnie w pobliskich kamieniołomach, uruchomiono tutaj dwie podziemne fabryki zbrojeniowe o kryptonimie Richard.

Pojechałem tam kilka miesięcy temu. W minionym ustroju koszary były użytkowane przez armię czechosłowacką, ale teraz stoją opuszczone. Zwiedziłem baraki, w których więziono dziadka, zajrzałem do częściowo dostępnych sztolni, obejrzałem krematorium. Dopiero w latach 90. XX w. postawiono tam pomnik, ale ogólnie Czesi o to miejsce nie dbają, miejscowa młodzież pali skręty w obsmarowanych graffiti ruinach willi obozowej komendantury.

Dziadek ocalał dzięki kolejnemu „dobremu Niemcowi”, choć znów nie wiem, czy to dobre słowo dla esesmana z obozu koncentracyjnego. Dziadek płynnie mówił po niemiecku – wszak jeszcze przed wojną cytował Goethego w oryginale.

Niemiec go potajemnie dokarmiał i nie kierował do ciężkiej pracy. Dzięki temu dziadek dotrwał do wyzwolenia, przy czym znów miał wiele szczęścia w nieszczęściu.

W większości przypadków Niemcy starali się zadbać o to, żeby więźniowie nie doczekali likwidacji obozu. Przepędzali ich w marszach śmierci albo mordowali na miejscu. Tu nie zdążyli. Załoga SS uciekła w panice. 7 maja 1945 r. Armia Czerwona wyzwoliła ok. 1200 więźniów, wśród nich mojego dziadka.

Jego „dobry Niemiec” zdążył przekazać mu straszną wiadomość, że w Warszawie było powstanie, całe miasto zrównano z ziemią, wszystkich wysiedlono. Dziadek nie wiedział więc, czy jego ciężarna żona ocalała i czy ma dokąd wracać.

Powrót do Traw

Babcia ocalała, bo na Pradze nie było ciężkich walk, w połowie września miasto było w rękach Stalina. Przyszło jej jednak rodzić w desperackich warunkach, w piwnicy przy Małej.

Według rodzinnej legendy położna przewidywała, że poród potrwa długo, więc zainteresowała się spirytusem przeznaczonym do dezynfekcji. Zaczęła go sobie aplikować doustnie. Szybko straciła przytomność, babcia więc rodziła całkiem sama – i również zemdlała. Nie pisałbym tych słów, gdyby nie sąsiadka, która zajrzała do piwnicy, zorientowała się w sytuacji i przecięła pępowinę.

Gdy babcia doszła do siebie, wywieziono ją z dzieciątkiem do Traw, gdzie też miała krewnych. Tymczasem w tym samym kierunku z terenu dzisiejszych Czech zaczął maszerować dziadek.

Miał do pokonania ok. 630 km. Nie robił notatek, nie wiadomo, którędy wędrował. Opowiedział tylko, że po drodze napotkał Amerykanów, prawdopodobnie z 3. Armii Pattona. Dali mu rower, który zaraz potem ukradli mu Rosjanie.

Wędrującego pieszo przez mazowiecką równinę dziadka wypatrzył z daleka jego bratanek Dziuniek, który zaalarmował rodzinę. Ta nie chciała wierzyć, bo wszyscy byli przekonani, że dziadek nie żyje.

Ale dziadek wrócił. Po raz drugi.

Po wojnie dalej pracował w hipotece, już jako urzędnik. Dzięki jego ciężkiej pracy rodzina przeprowadziła się z Pragi na Bielany (do dziś mam tam wielu znajomych). Zmarł na cztery lata przed moimi narodzinami, więc wszystko, co o nim wiem, pochodzi z drugiej ręki.

Kiedyś wydawał mi się postacią z innej epoki. Teraz myślę o nim jak o kimś przypominającym współczesnych warszawiaków.

Miał marzenia takie jak my – wybić się z biedy, awansować, zapewnić szczęśliwe życie wybrance swojego serca, a potem rozpieszczać dzieci i (jak sądzę) wnuki. Hitler i Stalin sprzysięgli się, żeby mu się to nie udało – ale dał radę, tylko wnuków nie dożył.

To dla mnie prawdziwe bohaterstwo.

***

Konkurs dla Czytelników - napisz opowieść i wygraj 5 tys. zł!
Akademia Opowieści. „Nieznani bohaterowie naszej niepodległości”

Historia Polski to nie tylko bitwy i przelana krew. To również wielki codzienny wysiłek zwykłych ludzi. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie ma takiego bohatera: babcię, wujka, sąsiada. Uczyli, leczyli, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, bibliotekę na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi i pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości na nie więcej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 30 września 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem formatki dostępnej na stronie internetowej.

Najciekawsze teksty będą publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”; „Magazyn Świąteczny”, „Duży Format” oraz lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 wyróżnień.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

za I miejsce – 5556 zł brutto;
za II miejsce – 3333 zł brutto;
za III miejsce – 2000 zł brutto.

Osoby wyróżnione dostaną roczne prenumeraty Wyborcza.pl.

Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.