KONKURS AKADEMIA OPOWIEŚCI

Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszym konkursie?

Zapoznaj się z REGULAMINEM

Weź udział w konkursie, przyślij opowieść, wygraj nagrody! [FORMULARZ]

Mieszkaliśmy z Mazurkiewiczami przez podwórko przy ul. Ofiar Oświęcimskich, więc właściwie żyliśmy jak jedna rodzina. Jeszcze byli profesorostwo Geppertowie po drugiej stronie ulicy, na pięterku, tam gdzie teraz jest galeria sztuki współczesnej.

Mieszkaliśmy więc wszyscy po sąsiedzku, w swoistym kręgu pracowni plastycznych przy rynku. Byliśmy z bratem Dominikiem jedynymi dziećmi w tym kręgu, więc hołubionymi przez wszystkie trzy rodziny. Tak więc i Eugeniusz Geppert, i Alfons Mazurkiewicz, i Hanna Krzetuska, i Krzesława Maliszewska to byli dla mnie najpierw bliscy ludzie, a ich twórczość odbieram przede wszystkim emocjonalnie.

Mazurkiewicze mieli wysoko położoną pracownię nad rynkiem. Korytarz, kuchnia, pokój i wielkie, zawsze wypełnione światłem atelier ze schodkami na poddasze, którego okna wychodziły wprost na pomnik hrabiego Fredry i wielkie drzewo. Maliszewska, lwowianka, śmieje się, że pomnik przyjechał za nią ze Lwowa do Wrocławia, bo najpierw tam widziała go z okien swojego poprzedniego mieszkania. Do Wrocławia dzieło Marconiego przetransportowano po wojnie, w kilka lat po sprowadzeniu się tutaj malarki.

Moniuś od Moniuszki

Alfons Mazurkiewicz był moim przyszywanym wujkiem i ojcem chrzestnym mojego brata.

Moniek, a nawet Moniuś – tak pieszczotliwie przezywali go najbliżsi i przyjaciele. Ksywka przylgnęła do niego jeszcze w czasach studiów we Wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych (wówczas Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych), a była zdrobnieniem od nazwiska Moniuszki, naszego narodowego kompozytora. Moniek lubił grać na pianinie. Mój tata, rzeźbiarz Leon Podsiadły, pamięta, że podczas artystycznej części różnych fet Mazurkiewicz grywał w PWSSP utwory Moniuszki.

Alfons Mazurkiewicz pod polskim Bałtykiem Alfons Mazurkiewicz pod polskim Bałtykiem  ARCHIWUM PRYWATNE

Andrzej Jarosz, historyk sztuki i dyrektor Muzeum Współczesnego Wrocław, autor książek o malarzu, przypomina sobie opowieść przytoczoną przez Krzesławę Maliszewską o jej ojcu, solidnym prawniku lwowskim, który wybrał się do rektora uczelni profesora Gepperta, by wysondować, czy aby ów młody człowiek, który zadaje się z jego córką, nie jest Izraelitą.

Geppert musiał go uspokajać, że to bynajmniej nie starowierca, ale człowiek z bardzo dobrej emigranckiej rodziny o zachodnioeuropejskich korzeniach.

Nagła śmierć w sztuce

Gdy umierał Mazurkiewicz, podczas zajęć ze studentami w PWSSP, ja bawiłam się na koncercie Sachy Distela w Hali Tysiąclecia (wówczas Ludowej). Mazurkiewicz miał ledwie pięćdziesiąt trzy lata, ja byłam podlotkiem zakochanym po uszy w popularnym francuskim piosenkarzu.

Dziś zamazują mi się przyczyny przepadania za wujkiem Mońkiem. Może dlatego, że lubił zwierzęta, przyrodę, był dowcipny i serdeczny. Może za jego piękne, ciepłe oczy. Ale faktycznie, przepadałam za nim. Wiedziała o tym moja mama, bo gdy wybierałyśmy się z ciocią na koncert, mama już wiedziała o nagłej śmierci Mazurkiewicza, ale zabroniła, by ktokolwiek powiedział mi o tym, nim pójdę na wymarzony koncert. O śmierci wujka Moniusia dorośli powiedzieli mi dopiero nazajutrz.

– Pamiętam dokładnie datę jego śmierci. To był 20 października 1975 roku, początek naszego trzeciego roku studiów – wspomina Maria Zmarz-Koczanowicz, świetna reżyserka kina dokumentalnego. – Przyszliśmy po raz pierwszy na zajęcia i on był zły, że dopiero się pojawiliśmy. Przeczytał całą naszą listę obecności, po czym nagle upadł na ziemię i nasz kolega Andrzej Sapija, dziś także filmowiec, próbował go reanimować, nim przybyło pogotowie, bo znał się na ratownictwie medycznym.

Żona, malarka Krzesława Maliszewska, wciąż na nowo to przeżywa. Przytacza wspomnienie jednego ze świadków ostatniej chwili życia malarza: – Tyle mam wam dziś do powiedzenia, ale otwórzcie okno, bo duszno. I upadł, i było po nim.

I dodaje już od siebie Maliszewska: – Gówniarz był, pięćdziesiąt trzy lata.

Ciocia Krzysia uważa, że zabiły go papierosy. – Palił czterdzieści fajek dziennie – mówi.

Ja tego zupełnie nie pamiętam, nie przypominam sobie, by się za nim wił obrzydliwy smród papierosów. Jednak na wielu portretach fotograficznych malarz jest z owym nieodłącznym papierosem w ręku. Także na jednym, arcyciekawym, wykonanym przez swoją młodszą koleżankę Natalię LL, dziś wybitną artystkę intermedialną.

Zająć się zmarłym poszli moja mama Krystyna Michałowska-Podsiadły i Igor Szum, asystent mojego taty.

Mój tato, Leon Podsiadły, opowiada mi: – Byłem na uczelni, gdy Moniek umarł, pobiegłem do domu po Krysię. I ona wzięła z szafy dopiero co zakupione moje czarne eleganckie lakierki. Daliśmy mu je na ostatnią jego drogę. Twoja mama z Igorem go przygotowali. Krysia wtedy pierwszy raz martwego człowieka widziała, ale była dzielna, dopiero w domu popłakała się strasznie.

Lidia Mazurkiewicz-Domańska, bratanica malarza, pamięta, że Moniuś miał szczękę podwiązaną różową apaszką od Krysi Michałowskiej, mojej mamy, i że Krzesława tę apaszkę przechowała potem na pamiątkę. Pamięta też, że tego dnia strasznie lało. I że dostała telegram na stancję na Ołtaszynie pod wieczór: „Lidka, wujek nie żyje”.

Ewa Wadowska dowiedziała się o śmierci, gdy jadła z rodziną obiad. Ona, jej mąż Kazimierz Wadowski, malarz i przyjaciel Mońka, oraz ich córka Dorota pojechali zaraz na uczelnię. – W jego pracowni podłoga cała zachlapana farbami, a pośrodku na kanapie on leżał – przypomina sobie Ewa Wadowska. – Sala pusta, dookoła sztalugi, okno otwarte.

Lidka stanęła wieczorem pod kamienicą na podwórku przy Ofiar Oświęcimskich. – Spojrzałam w górę, na najwyższe okna w tej kamienicy i bałam się wejść na górę. Tam trwała już rozpacz straszna, Krzyśka otoczona przyjaciółmi.

Malarz i pieczarki

W pracowni Mazurkiewicza i Maliszewskiej było półpięterko ze starą drewnianą poręczą. Wuj opierał się o nią, robiąc przerwę w pracy, by pogadać z nami chwilę. Takim go pamiętam, szczupłym, ubranym na czarno, z wielkimi, dobrymi oczami.

Patrząc na obrazy Moniusia, widzę jego samego w ruchu. Kiedyś pokazywał mi w pracowni, jak żłobi te swoje słynne „organiczne” wgłębienia na powierzchni farby kładzionej na płótno. Jedno z jego dzieł wisiało, odkąd pamiętam, nad łóżkiem w moim pokoju nastoletnim. Zasypiając, patrzyłam na bruzdy w farbie i one zaczynały się poruszać, drgać. To była taka fajna zabawa z wyobraźnią, podczas której wpadałam w otchłań snu.

Maria Zmarz-Koczanowicz, studentka Moniusia, wspomina, że jego pracownia na uczelni, u początków lat 70., czasu szalejącego konceptualizmu, to była pracownia wolnej kreacji z fascynującymi dysputami o sztuce.

– Zabierał nas na spacery – wspomina reżyserka. – Ciągnął nas przez pół Wrocławia, na przykład na Osobowice, na odludzie, kazał schodzić po schodkach do kanału Odry, a tam pokazywał mur w kolorze ochry, czerwieni o zachodzie słońca, i mówił, że to odcień, jakiego nie ma nigdzie w Europie. To mówiło wiele o nim jako artyście. Jak szukał koloru w swoim dziele, oryginalności, inspiracji do autorskiej wypowiedzi.

Mazurkiewicz to postać wyjątkowa w malarstwie polskim, do dziś nie w pełni doceniona. Był inicjatorem Grupy X i Grupy Wrocławskiej, od 1967 roku znanej jako Szkoła Wrocławska. Jego kariera rozpoczęła się w 1955 roku na ogólnopolskiej wystawie młodej plastyki w warszawskim Arsenale, zdobył wtedy nagrodę za obraz „Zima w Kocich Górach”, przepojony liryzmem, nostalgią za minionym, o baśniowym nastroju, rysowany subtelną kreską, wskazujący na inspirację malarstwem Paula Klee.

MATERIAŁY PRASOWE

Andrzej Jarosz uświadamia mi: – Gdy patrzę dziś na jego dzieło, cieszę się, że kolejni badacze odnajdują w nim świeżość, odkrywczość, skłonność do eksperymentowania. To artysta pełny, który jako modernista dążył do zamknięcia pewnej koncepcji sztuki, co mu się udało. Inspirował młodych konceptualistów ze względu na swe zainteresowania najnowszą sztuką zachodnią. Bo Mazurkiewicz urodził się i wychował w Düsseldorfie, mieście naznaczonym przecież przez wybitnego niemieckiego twórcę Josepha Beuysa.

Jego dojrzałe malarstwo powędrowało w stronę abstrakcjonizmu, a późna seria dyptyków to – jak mówi Andrzej Jarosz – obrazy już konceptualne. Artystę fascynowały organiczne i biologiczne formy, za pomocą których w charakterystyczny sposób budował fakturę obrazu – bruzdowatą, krytą grubymi warstwami farby.

Żłobił w powierzchni obrazu koleiny, które za sprawą światła dawały wrażenie, że namalowane formy poruszają się, żyją. Powstawały monochromatyczne, abstrakcyjne pejzaże. Mariusz Hermansdorfer, zmarły niedawno historyk i krytyk sztuki, były dyrektor Muzeum Narodowego, cenił sobie zwłaszcza ostatnie prace Mazurkiewicza – wybitne rysunki z założenia bliskie minimal-artowi. „Mazurkiewicz prezentuje efekty swych przemyśleń nad dualizmem człowieka i natury, nad wielością w jedności, nad współzależnością ducha i materii” – pisał Hermansdorfer w jednym ze swoich tekstów.

Andrzej Jarosz dodaje: – Była to wielkiej miary postać nie tylko ze względu na dzieła, ale i na myśl teoretyczną, autorską i wciąż żywą w nurcie współczesnej sztuki polskiej koncepcję duoplastycyzmu, dotyczącą jednoczenia w dziele różnorakich, opozycyjnych wobec siebie wartości.

Obywatel świata

Mazurkiewicz był Europejczykiem, urodzonym poza Polską obywatelem świata, wyrastającym poza komunistyczny polski zaścianek. Mającym świadomość znaczenia sztuki zachodniej. O tych wszystkich zapisanych dziś w encyklopediach sztuki sprawach dowiedziałam się dość późno, długo po śmierci Mońka.

I wciąż ważniejsze jest dla mnie, jaka to była niezwykła osobowość ludzka. – Był bardzo pracowity i nic go poza sztuką nie interesowało – mówi Leon Podsiadły. – Nic nie załatwiał, jeśli idzie o biura, urzędy, stanie w kolejkach. Nawet nie gotował, choć był świetnym kucharzem od czasów młodości, gdy został wcielony do niemieckiej marynarki wojennej i na u-bootach pełnił służbę jako kucharz, póki nie zdezerterował. W domu zwykle jadali więc z Krzysią kaszę gryczaną polaną masłem, skądinąd pyszną, którą z upodobaniem szykowała Maliszewska, twierdząc, że nic innego gotować nie przychodzi jej do głowy.

A jednak Moniek coś załatwiał – zbierał pieczarki na trawniku pod drzewem przyjaźni polsko-czechosłowackiej w rynku. Na jajecznicę albo do duszenia.

Ciocia Krzysia opowiadała, że przy jednej z takich akcji złapał go milicjant. „Grzyby pan zbierasz? Tutaj? Tu ratusz i Fredro. To niegodne”.

Ewa Wadowska uzupełnia: – Następnego dnia służby miejskie zaorały to miejsce pod Lipą Polsko-Czeską, jak wymownie nazywaliśmy owo drzewo. I tak się pieczarki Mońka skończyły.

I tak Alfons Mazurkiewicz był, jak słusznie ujmuje to Andrzej Jarosz, postacią zaskakująco poważną i niepoważną zarazem. Ta niepoważna odsłona zwłaszcza dla mnie jako dziecka była fascynująca.

Robili na przykład wypady z moim ojcem, który miał samochód, i z Kazikiem Wadowskim do Strzelina, do wielkiego GS-u, żeby się powygłupiać. – Przymierzaliśmy garnitury, spodnie, nie żeby kupić, dla rozrywki – wspomina mój tato. Świetnie się rozumieli, obaj pochodzili z obczyzny.

Lidka: – Wpadali na siebie niby mimochodem w „barachelniku”, jak Krzysia nazywała z lwowska sklep spożywczy w sąsiedniej bramie. Albo przy peugeocie na podwórku zaparkowanym. I trwały intelektualne i nie tylko dyskusje.

– Mieliśmy umówiony sygnał do wyjścia. Stawiałem w oknie naszej pracowni białe kółko z tektury wycięte, z dziurką – wspomina Leon Podsiadły.

Pan dźwigający na górę blejtramy był w swojej kamienicy nad Fredrą egzotyką. Bywało, że niechcianą.

Alfons Mazurkiewicz portret z nieodłącznym papierosem w ręku Alfons Mazurkiewicz portret z nieodłącznym papierosem w ręku  ARCHIWUM PRYWATNE

Andrzej Jarosz: – Był zainteresowany muzyką. Eksperymentował na instrumentach perkusyjnych, za które służyły mu garnki, pokrywki etc. I dodawał swoje szalone wokalizy. A to się kończyło sąsiedzkimi, a nawet milicyjnymi interwencjami.

– A zarazem nie opuszczała Mońka nigdy myśl twórcza, nagle wstawał od stolika w towarzystwie i szedł szybko do domu notować pomysły – mówi Leon Podsiadły.

– Był nadwrażliwcem i intelektualistą. Czytał dużo ważnych kulturowo tekstów – wspomina Ewa Wadowska.

– Nie wierzył w postęp, ani kultury, ani cywilizacji – przypomina sobie Maria Zmarz-Kochanowicz. – Tłumaczyłam sobie ten jego pesymizm dramatycznymi doświadczeniami czasu wojny, o których nie mówił, ale które musiały odcisnąć na nim piętno. Tyle że dla nas, młodych, taka postawa była nie do przyjęcia.

W Ostrzeszowie Mazurkiewicz miał rodzinę. – W jednej kamienicy mieszkali rodzice i siostry matki – opowiada Lidia. Mazurkiewicz z Maliszewską jeździli tam na wakacje.

– Przyjechaliśmy do nich kiedyś, do Ostrzeszowa, autobusem – wspomina Ewa Wadowska. – Wyszli po nas na ryneczek, oboje w białych koszulach, opaleni niesamowicie.

Na filmach Moniek zwykł płakać jak bóbr, wspomina Ewa Wadowska. A na niespodziewane zdarzenia miał powiedzenie „jasne z białym”, dopowiada bratanica. Jak coś mu z ręki wypadło albo gdy jakiś mecz został przegrany.

***

Album o Mazurkiewiczu

Pięknie edytorsko wydany, z fachową dbałością i rzetelnością, autorstwa Andrzeja Jarosza, znawcy dzieła wrocławskiego malarza, niezwykle obszernie traktuje fenomen twórczy tego osobnego polskiego artysty. Książka jest trzynastym tomem serii Wrocławskie Środowisko Artystyczne, wydawanej przez Akademię Sztuk Pięknych.

Album Alfons MazurkiewiczAlbum Alfons Mazurkiewicz MATERIAŁY PRASOWE

Konkurs dla Czytelników - napisz opowieść i wygraj 5 tys. zł!

Akademia Opowieści. „Nieznani bohaterowie naszej niepodległości”

Historia Polski to nie tylko bitwy i przelana krew. To również wielki codzienny wysiłek zwykłych ludzi. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie ma takiego bohatera: babcię, wujka, sąsiada. Uczyli, leczyli, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, bibliotekę na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi i pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości na nie więcej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 30 września 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem formatki dostępnej na stronie internetowej.

Najciekawsze teksty będą publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”; „Magazyn Świąteczny”, „Duży Format” oraz lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 wyróżnień.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

za I miejsce – 5556 zł brutto;
za II miejsce – 3333 zł brutto;
za III miejsce – 2000 zł brutto.

Osoby wyróżnione dostaną roczne prenumeraty Wyborcza.pl.

Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.