KONKURS AKADEMIA OPOWIEŚCI

Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszym konkursie?

Zapoznaj się z REGULAMINEM konkursu.

Weź udział w konkursie, przyślij opowieść, wygraj nagrody! [FORMULARZ]

Dla Kostka, beniaminka wśród moich wnuków, i dla tych ciut starszych: Kornelki, Ksawerka i Nikusia.

Czy można było mieć w dobie niewoli narodowej „typowo polski życiorys”, mając niepolskie nazwisko? Życiorys – nie przymierzając - kmicicowy, złożony z dopełniających się nawzajem części marnotrawczej i chwalebnej – ekspiacyjnej i odkupicielskiej? Co więcej, rzeczywisty, nie literacki? Śmiem twierdzić, że można było. Moja odpowiedź brzmi: Edmund Callier.

***

Choć miał tylko francuskie korzenie, bywał niekiedy traktowany jak obcy. Podczas powstania styczniowego w sztabie Taczanowskiego wzięto go za jednego z francuskich ochotników. W pamiętnikach bywał opisywany jako „rodowity Francuz niemający z Polską nic wspólnego”. Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza zaś – krzywdzącego. Urodzony w Ostrołęce ojciec Calliera był potomkiem hugenockiego uchodźcy z Francji zmuszonego opuścić ojczyznę po zniesieniu edyktu nantejskiego. Edmund urodził się 2 października 1833 roku w Szamotułach, gdzie ojciec na krótko trafił po opuszczeniu Ostrołęki. Potem w ślad za nakazem przeniósł się do Buku, by na koniec osiąść we Wrześni. Zniewolona przez Prusy Wielkopolska stała się w ten sposób dla Edmunda przyszywaną ojczyzną. Nie wolną od romantycznych uniesień, ale bardziej skupioną na swojej pragmatycznej, organicznikowskiej z ducha „najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy”. Inne wtedy były miary patriotyzmu. Za patriotę uchodził tu już założyciel spółki zarobkowej.

U dorastającego Edmunda za sprawą matki Salomei z Krajewskich górę początkowo wzięły jednak romantyczne uniesienia. Za mentora obrał sobie pułkownika Andrzeja Niegolewskiego, przedstawiciela znamienitego wielkopolskiego rodu, żołnierza napoleońskiego, uczestnika szarży w Somosierze. Jego barwne opowieści rozbudziły w chłopcu zainteresowania wojskowe. A nie był pułkownik bynajmniej jakimś tuzinkowym „starym wiarusem” uwodzącym dorastających chłopców zmyśleniami o swoich niegdysiejszych przewagach. To pewnie barwna epopeja życia pułkownika Niegolewskiego sprawiła, że szkolna edukacja chłopca przyniosła rezultaty więcej niż skromne. Bez powodzenia uczęszczał najpierw do poznańskiego gimnazjum im. Fryderyka Wilhelma, a potem do szkoły handlowej. Ku rozpaczy ojca fiaskiem też zakończyła się jego praktyka kupiecka w znanej poznańskiej sieci domów handlowych Magnuszewicza i Freudenreicha. Przegrał konkurencję z pułkownikiem. Zamiast zostać kupcem, zaciągnął się na ochotnika do armii pruskiej. Zdążył wziąć nawet udział w kampanii szlezwickiej 1848-1850. Szybko jednak przełożeni odkryli, że jest nieletni, i odesłali do domu.

Ojciec nie ustawał w wysiłkach, by dać synowi „porządny zawód”. Zatrudnił go w urzędzie ziemskim we Wrześni, którym naonczas kierował. Monotonia pracy biurowej tak jednak Edmundowi dokuczyła, że w 1854 roku uciekł z domu ponownie i pieszo pomaszerował do Francji, do Legii Cudzoziemskiej. Marzenia o przygodach na miarę przygód pułkownika Niegolewskiego miały się ziścić: bił się w wojnie sewastopolskiej, w Egipcie nadzorował pracę robotników budujących Kanał Sueski, w Algierii awansowany został na oficera. Ale widać nie pisana mu była kariera „psa wojny”. W 1855 roku znalazł się Turcji. Tu w Kmicicu dokonała się przemiana w Babinicza. W tureckiej stolicy odbył długą rozmowę z umierającym Adamem Mickiewiczem. Nie znamy jej przebiegu, ale musiała przeorać świadomość młodego awanturnika, skoro wprost z Konstantynopola ruszył do Włoch, by zaciągnąć się w szeregi garybaldczyków. Bezideową wojaczkę zamienił na walkę o wolność. Tę, której tak brakowało jego rodakom.

***

Tak odmieniony wrócił w 1859 roku do Poznania, gdzie po śmierci ojca osiadła matka. Wracał niczym syn marnotrawny. Tym energiczniej zabrał się do naprawy wyrządzonych najbliższym krzywd. Jako człowiek bywały w świecie, „znający języki”, zaczął zarabiać jako korepetytor francuskiego, angielskiego i włoskiego. Część swoich zarobków przeznaczał na wspomaganie matki oraz rodzeństwa, w tym szczególnie uzdolnionego brata Oskara, późniejszego profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego. Temperament żołnierski jednak, ukierunkowany już – dzięki wspomnianej rozmowie z Mickiewiczem – na wartości patriotyczne, u Calliera nie osłabł.

Kiedy tylko w Poznańskie zaczęły w początkach 1863 roku docierać pierwsze wieści o walkach w Królestwie, wyjechał z Poznania do Środy Wielkopolskiej, gdzie zorganizował trzydziestoosobowy oddział ochotników. Przy finansowym wsparciu Jana Działyńskiego ruszył z podkomendnymi do Królestwa. Granicę prusko-rosyjską przekroczył, prowadząc pod swoją komendą 85 ochotników. Jednym z nich był jego szesnastoletni brat Oskar. Ranny w jednej z bitew (spod ognia wyniósł brata) powrócił w Poznańskie. Wydobrzawszy, powrócił do powstania w maju 1863 roku. 9 czerwca 1863 roku w potyczce pod Ignacewem zdołał jako dowódca i naczelnik wojskowy województwa mazowieckiego częściowo chociaż odwojować krwawą klęskę, jaką w tym miejscu poniosła miesiąc wcześniej inna, dowodzona przez Edmunda Taczanowskiego partia powstańcza sformowana za kordonem: w zbiorowej mogile na pobojowisku złożono – zależnie od szacunków – od 160 do 180 poległych. Był postacią wyrazistą i charyzmatyczną. Dosłużył się stopnia pułkownika i naczelnika wojskowego województwa mazowieckiego.

Inaczej niż Taczanowski i jego poznańscy mocodawcy forsował koncepcję nielicznych, ale mobilnych „kolumn ruchomych”. Władzom powstańczym zarzucał kunktatorstwo i „frymarczenie stanowiskami”. W lipcu 1863 roku demonstracyjnie podał się do dymisji z funkcji naczelnika województwa mazowieckiego. Nie tylko dano mu dymisję, ale też zwolniono ze służby. Rozgoryczony wyjechał do Paryża.

***

Z udziału w „sprawie narodowej” nie zrezygnował. W styczniu 1864 roku Pułkownik Callier otrzymał nominację na głównodowodzącego oddziałami powstańczymi tworzącymi się w Prusach Zachodnich. Powstania nie udało się jednak rozszerzyć na zabór pruski. Callier znalazł się w pruskim więzieniu. Stanął przed sądem pod zarzutem zdrady stanu. Kolejny rok życia spędził w twierdzy w Grudziądzu.

Po powrocie w rodzinne Poznańskie nie przestał służyć sprawie narodowej. Zmienił jedynie oręż: lancę zastąpiło pióro. Pod tytułem „Trzy ustępy o powstaniu styczniowym” opublikował swoje wzbogacone o kompetentne analizy wojskowe wspomnienia powstańcze. Drukiem ogłosił także obszerną rozprawę o Napoleonie. Zapewne pro memoria pułkownikowi Niegolewskiemu. Rozwinął także intensywną działalność wydawniczą i edytorską. Założył „Tygodnik Wielkopolski”, w którym publikowali m.in.: Władysław Bełza, Karol Libelt, Julian Ochorowicz, Wojciech Kętrzyński czy Adam Asnyk. Pismo nie rozwinęło jednak skrzydeł: ukazywało się tylko trzy lata. Kolejną inicjatywą Calliera była wielotomowa „Encyklopedia imion polskich”. Zasłynął wszakże przede wszystkim jako współautor monumentalnego wydawnictwa „Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego”.

U schyłku życia zajął się badaniami nad rodowodami i geografią rodów ziemiańskich osiadłych w Wielkopolsce. Wkroczywszy w wiek średni, Callier uregulował sprawy osobiste. W 1870 roku ożenił się z Aleksandrą Grodziską, córką konińskiego lekarza Józefa Grodziskiego. Doczekał się z nią czworga dzieci: Kazimierza, Bronisława, Heleny i Henryki. Zmarł 14 grudnia 1893 roku. Jego pogrzeb był wielką manifestacją patriotyczną. Do końca zmagał się z pruskim zaborcą sięgającym po coraz brutalniejsze metody germanizacji. „Dziennik Poznański” pożegnał go wierszem. Czytamy w nim między innymi: „Narodowe święcim gody, lecz z duszą rozdartą. Oh! Bo nowa nam mogiła wyrosła nad Wartą! […] Legł w niej szermierz, co pracował, żył i cierpiał z nami. Obcy z rodu i imienia, lecz duchem i czynem, Był w dni paśmie nieodrodnym matki Polski synem”.

Edmund Callier nie był moim przodkiem. Ani przodkiem moich znajomych nawet. Bliski mi jest jednak duchowo i mentalnie.

Konkurs dla Czytelników

Akademia Opowieści. „Nieznani bohaterowie naszej niepodległości”

Historia Polski to nie tylko bitwy i przelana krew. To również wielki codzienny wysiłek zwykłych ludzi. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie ma takiego bohatera: babcię, wujka, sąsiada. Uczyli, leczyli, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, bibliotekę na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi i pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości na nie więcej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 30 września 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem formatki dostępnej na stronie internetowej.


Najciekawsze teksty będą publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”; „Magazyn Świąteczny”, „Duży Format” oraz lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 wyróżnień.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

za I miejsce – 5556 zł brutto;
za II miejsce – 3333 zł brutto;
za III miejsce – 2000 zł brutto.

Osoby wyróżnione dostaną roczne prenumeraty Wyborcza.pl.

Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.