Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszej akcji?

Cezary Łazarewicz radzi, jak pisać [PORADNIK]

"Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Weź udział w naszej akcji, przyślij opowieść [FORMULARZ]

Rok 1962. „Instytut Wzornictwa Przemysłowego nie ustaje w walce o estetykę i wygodę przedmiotów codziennego użytku” – mówi lektor Polskiej Kroniki Filmowej. Po chwili pada nazwisko „pani Chomentowskiej”, która zaproponowała właśnie nowy model ławek do szkół.

To niejedyny moment, kiedy cała Polska dowiaduje się o pomysłach Marii Chomentowskiej. Na zaprojektowanych przez nią krzesłach siedziały całe pokolenia Polaków.

Życie zawodowe Marii Chomentowskiej to pasmo niekończących się sukcesów. Tym bardziej dziwiła jej nagła decyzja o wyprowadzce z Warszawy. Dlaczego to zrobiła?

Młoda i niezwykle zdolna

Tym, jak wyglądają meble czy dzbanki, które opuszczają polskie fabryki i huty po II wojnie światowej, bardzo przejmuje się Wanda Telakowska, graficzka i projektantka. W partyjnych gabinetach walczy o to, by plastycy mieli wpływ na produkowane wzory. Udaje jej się. Tworzy Biuro Nadzoru Estetyki Produkcji, które w 1950 r. staje się Instytutem Wzornictwa Przemysłowego.

Credo Telakowskiej, zwanej Joanną d’Arc polskiego wzornictwa, brzmi: „Piękno na co dzień i dla wszystkich”. Przedmioty, które trafiają do sklepów, mają być po prostu ładne. Do współpracy zaprasza tylko najlepszych. Ma niezwykłą intuicję do ludzi, dzięki czemu gromadzi wokół siebie prawdziwe talenty. Zespół, który stworzy, przyniesie jej niejeden powód do dumy. Projektanci zapraszani będą na wystawy do Moskwy, Pekinu, Genewy, Mediolanu i Paryża, a także do Skandynawii. Nieraz zauważy ich zagraniczna prasa.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Akademia opowieści. Ławeczka w parku zamiast pomnika

Pewnie dlatego, że Telakowska dobrze zna się z Jarosławem Iwaszkiewiczem, Czesławem Miłoszem czy Leonem Kruczkowskim, dostaje zlecenie urządzenia siedziby Związku Literatów Polskich przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Zaprzyjaźnionego wykładowcę Akademii Sztuk Pięknych, Jana Kurzątkowskiego, prosi o podesłanie do pomocy studentów.

Przychodzi Maria Chomentowska, rocznik 1924. Ma za sobą Żeńską Szkołę Architektury im. Stanisława Noakowskiego, w której od profesorów Politechniki Warszawskiej uczy się podczas okupacji.

Po wojnie decyduje się na ASP: najpierw malarstwo, potem architektura wnętrz.

Pomysły młodej projektantki podobają się Telakowskiej na tyle, że w zasadzie nie ingeruje w jej pracę. Kończy się na tym, że główne pomieszczenie – sala konferencyjna siedziby literatów – staje się autorskim dziełem studentki. W rzędach ustawia drewniane krzesła, które mają w sobie coś z art déco. Wychodzi świetny design – wnętrze z 1949 r. robi wrażenie do dziś.

Telakowska chce mieć Chomentowską u siebie. Jeszcze przed ukończeniem studiów, w 1951 r., Maria dostaje pracę w Instytucie.

Mieszkania typowe, łóżka nastwane

Instytut Wzornictwa zajmuje się niemal wszystkim: ceramiką, tkaniną, odzieżą, galanterią skórzaną. Chomentowska projektuje meble. Jej zespół ma urządzać „mieszkania typowe”, a za takie na początku lat 50. uchodzą lokale Zespołu Osiedli Robotniczych.

Sztuka polega na tym, by na niewielkim metrażu zaprogramować względnie komfortowe życie. „W licznych rodzinach poważnym zagadnieniem jest zapewnienie wszystkim oddzielnych posłań” – dzieli się uwagami Chomentowska w biuletynie IWP. Projektanci muszą więc dobrze kombinować i proponują łóżka nastawne. „Na dzień stawiamy jedno na drugim i przykrywamy całość narzutą lub kocem. Wysokość tak ustawionych łóżek równa się wysokości krzesła, można więc nie tylko położyć się, ale i wygodnie na nich usiąść” – pisze dalej.

Zespół musi myśleć o każdym detalu. Przestrzeń pomiędzy dwoma łóżkami postawionymi na sobie przeznacza na pościel. Chomentowska: „W ten sposób nie niszczy się ona i nie brudzi przy siadaniu i ma ze względu na swobodny dopływ powietrza lepsze warunki niż np. w zamkniętej skrzyni tapczana”.

Jak ponadczasowe są to projekty, niech świadczy chociażby to, że łóżko nastawne z 1954 r. do złudzenia przypomina produkt „UTAKER”, sprzedawany dziś przez szwedzkiego meblowego giganta Ikea.

Projektanci IWP mieli dostęp do aktualnych branżowych czasopism i katalogów z całej Europy. Do Instytutu przychodziły także publikacje ze Skandynawii, mekki designerów. Czerpać mogli więc od najlepszych. Ale od 1961 r. Polska eksportuje meble na zamówienie Ikei. Może razem z nimi przemycono też pomysły projektantów z IWP i niektóre rozwiązania powstały nad Wisłą?

Ile kosztują „płucka”

Chomentowska projektuje też krzesła „Płucka” i „Pająk”, uznawane za ikony polskiego designu.

– Niestety, wiele jej projektów kończyło jako prototypy lub bardzo krótkie serie wytwarzane w stolarni IWP – mówi Janusz Wasilewski z Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. – „Płucek” powstało kilkadziesiąt, nie więcej. Zachowało się może dziesięć sztuk.

„Płucka” mają IWP, Muzeum Narodowe w Warszawie i prywatne osoby. „Pająk” dostaje wprawdzie skierowanie do produkcji w zakładach meblarskich w Radomsku, ale też nie trwa ona zbyt długo.

Nie udaje im się szerzej zaistnieć z wielu powodów. Czasem to opór fabryk, które musiałyby zmieniać dla nich technologię pracy, czasem brak odpowiednich materiałów.

Za to masowej produkcji doczeka się inny projekt Chomentowskiej – „krzesło stolarskie, typ 200-102”. W ciągu 15 lat, do połowy lat 70., Zakłady im. Wielkiego Proletariatu w Elblągu wypuszczą na rynek około 20 tys. egzemplarzy tego mebla. Na internetowych aukcjach można dziś kupić je za kilkaset złotych. Cena „Płucek” jest nie do oszacowania, nawet nie trafiają na aukcje.

Chomentowska to też jedna z autorek kabiny tramwaju 104/105N, który przez całe dziesięciolecia służył mieszkańcom polskich miast.

Za działalność projektową artystka zostaje wyróżniona m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Srebrnym Krzyżem Zasługi i licznymi nagrodami resortowymi (w tym kilkukrotnie prestiżowymi nagrodami Ministra Kultury i Sztuki oraz Rady Wzornictwa i Estetyki Produkcji).

Niezależnie od zawodowego sukcesu w 1977 r. Chomentowska składa w IWP wypowiedzenie.

Od lewej: Krzesła 'Płucka' i 'Pająk', ikony polskiego designuOd lewej: Krzesła 'Płucka' i 'Pająk', ikony polskiego designu Fot. IWP/EAST NEWS

Akademikowe życie

Wyjeżdża do Lublina. Wprowadza się do akademika w centrum, przy dawnej ulicy Sławińskiego, dziś Niecałej. Zamiana dwupokojowego mieszkania na Saskiej Kępie na męską bursę, w wieku 53 lat, wygląda na czyste szaleństwo. Tym bardziej że do łazienki trzeba schodzić z trzeciego piętra na parter. Studenci niespecjalnie przejmują się, by miała ciszę.

Pokój na końcu korytarza. 12 metrów kwadratowych. Umebluje go „Płuckami”. Stół kreślarski ledwie zmieści się między szafą i tapczanem.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Akademia Opowieści. Tajna amerykańska misja Kamila Bogackiego

Chomentowska ze studentami dzieli kuchnię. Nieraz radzi im, by jedli więcej zup, bo to zdrowiej. Niektórzy myślą, że to dawna lokatorka kamienicy, w której KUL urządził akademik. Pewne dla nich jest jedno: panią Chomentowską trzeba szanować, bo nigdy nie skarży się kierownikowi akademika na ich nocne życie. – To prawda. Nie poskarżyła się nigdy – potwierdza Tadeusz Szykuła, ówczesny kierownik akademika.

To właśnie on zaproponował jej, by zamieszkała przy Niecałej. – Warunki surowe. Pokój od podwórza, widok nieciekawy, bo na garaże. Skromne wyposażenie: szafa, tapczan. Przywiozła ze sobą kilka krzeseł i stół kreślarski. Na nim zawsze przypięta gruba tektura i pergamin. Pełno linijek. Rysowała ołówkiem. Pani Maria przy stole kreślarskim to był najczęstszy widok. Warunki do pracy słabe. Gwarno, bo pokój tuż przy kuchni – opisuje.

Chomentowska może mieszkać skromnie. Ale studenci mają mieć jak w domu. Z kierownikiem przebudowują piwnicę na miejsce spotkań. Wstawiają stoły, telewizor. Udaje się nawet zrobić kominek. Kiedy tylko trzeba pojechać do sklepu po żyrandol czy meble, nie grymasi i natychmiast się zbiera.

Krzyś Zalewski z Bambunią w KazimierzuKrzyś Zalewski z Bambunią w Kazimierzu Archiwum prywatne

Chomentowska coś tam wspomni przy okazji o poprzedniej pracy w instytucie, ale do nagród i pozycji, jaką zajmowała, nie przyzna się nigdy. – Nie chwaliła się. Nie mówiła „co ja zrobiłam, jaka jestem wielka” – opowiada Szykuła. Jeszcze mniej będzie mówić o prywatnym życiu.

Adres w akademiku przy Niecałej będzie aktualny aż do 1989 r. Gdy kierownika Szykułę rektor przeniesie do innego, także męskiego akademika położonego w innej części Lublina, na tzw. Poczekajce, Chomentowska wprowadzi się do sąsiedniego budynku przewidzianego dla studentek. Zajmie pokój dla gości. Już z własną łazienką, w której wygospodaruje sobie miejsce na kuchenny kącik.

Kilka lat przed śmiercią, kiedy zacznie mieć problemy z chodzeniem, na własne życzenie przeniesie się do domu pomocy społecznej. Przez ponad 35 lat życia w Lublinie nawet nie pomyśli o własnym mieszkaniu.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Akademia Opowieści. O lekarzu z Będzina, który zawsze pomagał Anna Malinowska

W domu reżyserów

Tadeusz Szykuła nigdy jej nie zapyta, dlaczego wyjechała z Warszawy. Pamięta natomiast, jak kilka razy wspomniała, że etat jest dla twórcy ograniczeniem. Czy to jednak nie za mało, by podjąć taką decyzję?

Więcej powinien wiedzieć profesor Stefan Sawicki. W końcu to on zaproponował projektantce pracę w Lublinie. Urodzony w 1927 r., wybitny badacz, teoretyk i historyk literatury, szczególną miłością darzy twórczość Cypriana Kamila Norwida.

Profesor Sawicki zaprasza mnie do swojego domu. Mieszka w trzypiętrowym bloku na lubelskim Czechowie. Typowe osiedle z wielkiej płyty.

Chomentowską poznał w Kazimierzu Dolnym, w domu reżyserów, państwa Byrskich. Urokliwie położone miasteczko nad Wisłą popularnym letniskiem staje się już pod koniec XIX w. To też miejsce plenerów malarskich. Obecność artystów jest tu na porządku dziennym.

Chomentowską i Sawickiego dzielą trzy lata. Dobrze im się ze sobą rozmawia, spacerują po miejscowości, odwiedzają galerię kazimierskich artystów. Sawicki, wtedy prorektor KUL, już od jakiegoś czasu chce znaleźć kogoś, kto przeprojektuje wnętrza uczelni. Uniwersytet, który powstał w 1918 r., zajmował dawny klasztor dominikański, w czasach zaborów zmieniony na wojskowe koszary. Słuchacze pierwszych powojennych roczników wykładów słuchają na podłodze. Połowa lat 70. to warunki o niebo lepsze, ale umeblowanie bez ładu i składu profesora drażni. – Bolało mnie to, że wnętrza uniwersyteckie były bez stylu – przyznaje. Chomentowska wydaje mu się do takiego wyzwania idealna. Chociaż wie, że dla jej pozycji zawodowej taka propozycja byłaby nie tylko nieprzyzwoita, ale wręcz szalona. Kto by chciał rzucić świetną pracę i ciekawe życie w Warszawie dla Lublina?

Tylko proste figury

Mimo wszystko po kilku dniach znajomości Sawicki propozycję Chomentowskiej składa. Projektantka zgadza się od razu. Jesienią jest już w Lublinie. – Dziwność tej sytuacji uświadamiam sobie dopiero teraz – przyzna Sawicki. Gdyby to był młody człowiek, który w Warszawie nie może dostać asystentury, to przyjazd na KUL, gdzie pensje są niższe niż na państwowych uniwersytetach, nikogo by nie zastanawiał. Ale ona zamieniła lepsze na gorsze. Podczas rozmowy w Kazimierzu żadne z nich nawet nie poruszy tematu pieniędzy. Zresztą uniwersytet nie mógł jej wtedy wiele zaproponować.

Za to pracy w Lublinie Chomentowska ma mnóstwo. Uczelnia przebudowuje fronton gmachu głównego – ona dobiera posadzki, kolor ścian, urządza szatnię, stawia siedziska. Gabloty umieszcza tak, by odzwierciedlały rytm fasady. Potem bierze się do kolejnych pięter. Zastosuje na przykład nowatorskie jak na lata 70. i 80. sufity podwieszane. Ze względu na brak materiałów emaliowanym garnkom poucina denka i w nich umieści oświetlenie. Wnętrza KUL stają się dziełem życia Chomentowskiej. Uniwersytetowi przekazuje nimi ponadczasowy design na wysokim poziomie.

Profesor Sawicki: – Po pierwsze, prostota. Wszystko, co robiła, opierała na prostych figurach: kwadrat, prostokąt, trójkąt, koło. Po drugie, drewna nie traktowała jako zwykłego materiału. Tak wykonywała mebel, że drzewo w nim grało, mówiło swoją dawnością, że jest czymś wziętym z natury.

Intelektualna żyleta

Tylko dalej nie wiem, dlaczego rzuciła warszawskie życie. Hipoteza profesora Sawickiego brzmi: potrzeba zmiany i nadzieja, że w Lublinie, na KUL, znajdzie coś, czego w dotychczasowym życiu nie miała. Ale to tylko domysły, bo też nigdy nie zapytał, dlaczego przyjęła jego propozycję.

Najwięcej o tym, jaka była Chomentowska, dowiem się od Krzysztofa Zalewskiego-Brejdyganta, muzyka. Dziś to gorące nazwisko polskiej sceny muzycznej. I chociaż nie łączyły ich więzy krwi, do końca życia pozostał jedną z najbliższych Chomentowskiej osób.

– Słyszałem, że była zamknięta w sobie i ciężko było się przebić do jej wnętrza. Ale ja znałem zupełnie inną osobę – mówi Zalewski. Chociaż, jak przyznaje, budziła respekt. – Nie można było pewnej granicy przekroczyć. Widać było, że w razie czego potrafi celnie zripostować. Ale zawsze odwiedzałem ją z największą przyjemnością. Intelektualna żyleta. Bystra, błyskotliwa, z dużym dystansem do siebie i otaczającej rzeczywistości. Bywało, że leżałem na ziemi ze śmiechu, gdy coś opowiadała. Dzieliło nas równe 60 lat, więc siłą rzeczy musiałem się przy niej nieco inaczej zachowywać, pilnować języka, żeby nie mówić jak z kolegami. Mimo wszystko nie czułem dystansu – wspomina.

Krzysztof Zalewski zajmie w życiu Chomentowskiej szczególne miejsce, jeszcze zanim się urodzi. Kierownik Szykuła jest także członkiem uniwersyteckiego chóru. Z przyjaciółmi, z którymi koncertuje, często spotyka się w akademiku. Mimo że projektantka jest od nich starsza o przynajmniej 25 lat, zaprzyjaźnia się z nimi. Przychodzi na imieniny, kolacje. Do chóru należy też Anna, pracownica uniwersyteckiej biblioteki. Nieraz zasiedzą się z Chomentowską do późnej nocy, tak że potem Annie zostanie już tylko powrót taksówką. Gdy projektantka dowie się, że bibliotekarka jest w ciąży i sama będzie musiała wychować dziecko, obiecuje, że pomoże. Słowa dotrzyma.

Swojego ojca Krzysztof Zalewski poznał dopiero w wieku 13 lat, stąd drugie nazwisko.

Moja Bambunia

Akademik jest doskonałym miejscem dla małego chłopca. Dużo przestrzeni, długie korytarze do biegania. Krzysia studenci traktują jak maskotkę. Naprzeciwko Bambuni – bo tak Krzysztof Zalewski nazwie projektantkę, jak tylko zaczynie mówić – mieszka Steven z USA. Chłopiec może u niego przesiadywać, ile chce, chyba że przyjdą jakieś dziewczyny.

Zalewski: – Czasami mi się śni ta Niecała. Olbrzymia klatka schodowa, świetna do zabawy, i ten mały pokoik. Stał w nim stół kreślarski. Bambunia pokazywała mi, jak się z niego korzysta. Widywaliśmy się bardzo często. Cokolwiek załatwialiśmy z mamą w mieście, zanim wróciliśmy do domu, padało pytanie: to co, idziemy do Bambuni? No to idziemy. Moja babcia zmarła, jeszcze zanim się urodziłem, więc to Bambunia była moją babcią.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Akademia Opowieści. Dla wszystkich ludzi - bibliotekarka, dla jednego chłopca - bajkopisarka

Anna z synem i Bambunią jeżdżą razem na wakacje. A to do Władysławowa, a to do Kazimierza. Bambunia podróżuje też sama, z Orbisem. Przełom lat 80. i 90., a ona wybiera się a to do Egiptu, skąd przyszywanemu wnuczkowi przywozi figurkę wielbłąda, a to do Izraela, gdzie kupuje mu na pamiątkę jarmułkę.

Z pieniędzmi sobie radzi. Gospodarowanie domowym budżetem gorzej wychodzi Annie, która czasem, gdy chłopiec wierci jej w brzuchu dziurę o kolejną zabawkę, ulega mu, a potem nie starcza jej na życie do pierwszego.

Bambunia potrafi ustawić ich oboje. Ale surowa nie jest. – Byłem dosyć rozpuszczonym dzieckiem i potrafiłem wykorzystać fakt, że jestem jedynakiem. Nie pamiętam, by mnie za coś mocno skarciła, ale czasem tak ustawiała sprawy, że pewnych rzeczy po prostu robić nie wypadało. Mówiła, że cieszy się, że może mi kupić prezent na urodziny, ale nie może być tak, że ja jej dyktuję co. Potrafiła podejść do tego w wychowawczy sposób – wspomina Zalewski.

Na sucho chłopcu uchodzi w zasadzie wszystko. Nie może tylko wyrzucać jedzenia. Co to, to nie. Choćby miało to trwać godzinę, wszystko trzeba zjadać do końca.

Chomentowska, która przeżyła powstanie warszawskie i obóz w Pruszkowie, i podczas wojny doświadczyła prawdziwego głodu, nie pozwalała na żadne marnotrawstwo. Dużą wagę przykładała do tego, co je.

Gotowała świetnie. Popisowe danie to wołowina, którą dusi w kuchni akademika. W jej jadłospisie codziennie musiały być orzechy. – Dla jasności umysłu – tłumaczyła znajomym. Dla zdrowia wypijała też sok z buraka.

Floydzi na uspokojenie

Bambunia jako pierwsza w otoczeniu Krzysztofa Zalewskiego miała odtwarzacz CD. W wieku ośmiu lat chłopiec był w stanie przesłuchać dwie płyty z jej pokaźnej kolekcji: „The Road To Hell” Chrisa Rei i „Człowiek jam niewdzięczny” Niemena.

Chomentowska uważa tego drugiego za wielkiego artystę, może też podobał jej się jako mężczyzna. Zawsze mówi o nim z wielkim uznaniem. W 2017 r. wyjdzie płyta „Zalewski śpiewa Niemena”. Krążek zbierze świetne recenzje.

Zalewski: – Bardzo żałowałem, że nie dożyła moich ostatnich płyt. Już nie mówiąc o Niemenie. Bambunia kształtowała jego gusty muzyczne również w dalszym życiu. – Była zawsze uprzejma, ale też szczera – wspomina. – Włączałem jej jakieś moje nagrania, kiedy miałem 16 lat, łomot totalny, a ona zawsze potrafiła powiedzieć, co jej się podoba, a co absolutnie nie. Nie raniąc uczuć, próbowała naprowadzić mnie na właściwy tor.

Gdy Krzysztof Zalewski ma 20 lat, jego matka przegrywa walkę z nowotworem. Guz mózgu. Rok przed jej śmiercią, gdy lekarze myślą, że to koniec, Bambunia zamyka się w pokoju z nastolatkiem i słucha z nim Pink Floydów. Rozmawiają, próbuje go uspokoić. – Słuchaliśmy wtedy płyty „Wish You Were Here” – wspomina. – Kiedy gdzieś usłyszę „Shine On You Crazy Diamond”, momentalnie przypomina mi się ta sytuacja.

Wystrój korytarza na KUL w Lublinie - projekt Marii ChomentowskiejWystrój korytarza na KUL w Lublinie - projekt Marii Chomentowskiej Fot. Jakub Orzechowski/Agencja Gazeta

Świat bez piekła

Krzysztof Zalewski po zwycięstwie w telewizyjnym talent show „Idol” (2002) w Lublinie bywa coraz rzadziej. Ale kiedy przyjeżdża, ciągnie go do Bambuni (Chomentowska już wtedy mieszka w akademiku żeńskim). Zdarza się, że tańczą przy Beatlesach, piją nalewkę albo kieliszek koniaku. Z reguły przywozi też jakiś film, który razem oglądają. On forsuje kino akcji, Bambunia woli „Rozważną i romantyczną”. „Ghost Doga” Jarmuscha jeszcze wytrzymuje, ale „Kill Bill” już ją przerasta. Za dużo krwi. – Po 20 minutach spojrzała na mnie wymownie. Przeprosiłem serdecznie, powiedziałem, że nie wiedziałem, że tak to będzie wyglądało, i wyłączyłem. Ale poza tym równa babka była. Do końca – mówi Zalewski.

Kiedy zaczął palić, krył się z tym przed całą rodziną. Przed Bambunią nie. – Nie to, że pochwalała, ale nie była hipokrytką. Skoro sama paliła przez 30 lat, to co teraz będzie mi mówić? Czasem się zagalopowałem, opowiadając, co u mnie słychać, więc Bambunia tylko przewracała oczami, że może pewne tematy damsko-męskie możemy sobie darować. Czerwieniłem się wtedy cały. Ale to też o czymś świadczy: potrafiłem zapomnieć przy niej, że ma osiemdziesiąt parę lat.

Adres ostatni: dom pomocy społecznej. – Przychodziłem na parę godzin. Jeśli miała siłę, szliśmy na spacer. Albo siedzieliśmy w pokoju.

Do domu pomocy społecznej kupił jej bezprzewodowe słuchawki, by nie musiała ciągle wstawać i ściszać. Bywało, że muzyka komuś przeszkadzała.

Ona sama kupiła sobie zdjęcie premiera Donalda Tuska. Postawiła centralnie na wejściu. Fotografia polityka miała od razu ucinać wszelkie rozmowy, gdyby na przykład ksiądz albo ktoś inny chciał przekonywać do swoich poglądów. A to się zdarzało.

Krzysztof Zalewski: – Poczucie humoru łączyło Bambunię z moją mamą. Pewnego razu, już jako starsza pani, wzięła taksówkę, żeby podjechać do szpitala. Kierowca odjechał, zanim zdążyła wysiąść. Drzwi przycięły płaszcz. Przeciągnął ją po parkingu kilkadziesiąt metrów, zanim się zorientował, co się dzieje. Bambunia, mimo że poobijana, a sytuacja przecież bardzo przykra, potrafiła o tym opowiadać, zaśmiewając się do rozpuku.

Oprócz zdjęcia Tuska w pokoju DPS miała też zdjęcie Benedykta XVI. Prenumerowała „Communio”, Międzynarodowy Przegląd Teologiczny. Czytała papieskie encykliki. – Wierząca, ale daleko jej było do ludowego katolicyzmu. Piekło nie mieściło się jej w konstrukcji świata, skoro Bóg jest miłością – opowiada Zalewski.

Polska na komarku

Ale i on pewnych pytań Chomentowskiej nie zadał. Zalewski: – Wszystkie trzy miejsca, w których ją odwiedzałem przez te lata w Lublinie, to były klitki. Czyste, ładnie urządzone, rzeczy poukładane. Nigdy jej nie zapytałem, dlaczego tak mieszka. Może miała po prostu na tyle ciekawy świat wewnętrzny, że nie potrzebowała do życia dużej przestrzeni.

Aranżacja wnętrza mieszkania ZOR, 1954-56, projekt IWPAranżacja wnętrza mieszkania ZOR, 1954-56, projekt IWP Fot. IWP/EAST NEWS

To chyba sedno sprawy. Już w 1963 roku Chomentowska powiedziała w wywiadzie dla czasopisma „Ty i Ja”: „Nasze życie jest wystarczająco bogate, aby nie komplikować go jeszcze formami wnętrza mieszkalnego”.

Zbierała rzeźbione figurki, drewniane ptaszki z Kazimierza. I zawsze miała też piękne obrazy. Zalewski: – Lubiłem, jak o nich opowiadała. W ogóle pięknie potrafiła rozmawiać. Ewidentnie była intelektualistką. Do wszystkich tematów, które z nią poruszałem, zawsze potrafiła podejść z żartobliwej strony.

Pamiątka, która mu została po Bambuni, to śpiwór. Porządny, gruby, do dziś służy jako kołdra dla gości.

Bambunia w młodości zjeździła z tym śpiworem na komarku pół Polski. Z czasów przed Lublinem pamięta jeszcze opowieść o tym, jak przed śmiercią Stalina gdzieś na stryszku IWP z kolegami z pracy zrobiła z portretu dygnitarza tarczę do rzutek. Usta pomalowali mu na wściekły czerwony kolor.

Maria Chomentowska umiera w 2013 r. w wieku 89 lat. Pochowano ją na najstarszym cmentarzu Lublina, przy ul. Lipowej, gdzie jeszcze za życia urządziła sobie grób – minimalistyczne miejsce na urnę. To, że nie chce być zjedzona przez robaki, jest częstym motywem jej żartów. Na pogrzebie projektantkę żegna góra 40 osób.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Anna Wolff-Powęska: Jestem nieufna wobec "bohaterów"

Chomentowska pracuje do 84. roku życia. KUL w ciągłej rozbudowie oznacza dużo zleceń, ale od pewnego czasu już nie chce za nie pieniędzy. Do końca pozostaje perfekcjonistką. Nawet takiej drobnostce jak tablica fundatorów poświęca godziny. Drewno odpowiedniej jakości – bo ma przetrwać lata – stolarze wyszukują w stodołach kilkaset kilometrów od Lublina. Wszystko muszą wykonywać co do milimetra, tak jak zaprojektowała.

Ale przy tej perfekcji jest też szalenie pragmatyczna. Okrągłe stoły w stołówce każe zabezpieczyć specjalną taśmą, aby w razie potrzeby przestawienia nie trzeba było ich dźwigać, tylko turlać. Do nich, zamiast krzeseł z oparciami, dodała taborety, by studenci się zbytnio w stołówce nie rozsiadali. Mieli zjeść i pójść.

Obecny ajent tej myśli projektowej nie docenił. Taborety zastąpił krzesłami, stoły nakrył obrusami. Skandynawski design poszedł w zapomnienie.

Usprawiedliwia go to, że kiedy zaczynał dzierżawić stołówkę od uniwersytetu, nazwisko Chomentowska niewielu jeszcze coś mówiło.

Ta miła Pani?

O tym, że meble wyszły spod ręki jednej z najlepszych polskich projektantek, Krzysztof Przylicki, dyrektor Muzeum KUL, dowiedział się przez przypadek. Na uniwersytecie pracuje od 10 lat, wcześniej studiował tu historię sztuki. Ale dopiero pewna znajoma historyczka sztuki, w Lublinie przejazdem, zwróciła mu uwagę, że meble w sekretariacie rektora mogą być projektu Marii Chomentowskiej. Po nitce do kłębka razem ze studentami historii sztuki doszedł, ile zaprojektowała.

Zwieńczeniem prawie trzech lat układania puzzli o zawodowym życiu Chomentowskiej jest wystawa. To wielkie zaskoczenie dla pracowników i osób związanych z KUL. Wielu z nich dopiero teraz dowiedziało się, że „miła pani o wysokiej kulturze osobistej”, bo to wspólny mianownik jej opisów, była jedną z najważniejszych polskich projektantek.

8 czerwca z okazji 100-lecia uniwersytetu odbył się na KUL wielki zjazd absolwentów. Przyjechały ich tysiące. W holu głównym powitała ich wystawa o Chomentowskiej. Tak powiększyło się grono zdziwionych tym, że przez te wszystkie lata siadywali na meblach tak ważnej projektantki. W dodatku mieszkała z nimi w akademiku.

Krzesło dla wnuczki

Materiały o Chomentowskiej zbieram kilka tygodni. Najtrudniej idzie mi z życiem prywatnym.

Dowiaduję się, że była żoną radiowego dziennikarza, z którym miała dziecko. Syn jest moją ostatnią nadzieją na rozwiązanie zagadki, dlaczego wyjechała z Warszawy. Ale nie będzie chciał rozmawiać.

Wnuczka, która poprosi o niepodawanie nazwiska, powie: – Babcia była bardzo skryta. Nam samym dopiero teraz otwierają się oczy na jej dokonania. Jeszcze za życia dała mi dwa krzesła. Powiedziała przy tym, że takie same oddała do muzeum. Ale gdy o tym mówiła, to jakby od razu temu odmawiała wartości. Jakby to nie było nic ważnego.

Mimo próśb rodziny Maria Chomentowska nie przeprowadziła się na Śląsk. Będzie wolała zostać w domu pomocy społecznej w Lublinie. W placówce tej zaprojektowała niegdyś kaplicę.

Na pytanie o męża i inne szczegóły z prywatnego życia nie dostanę odpowiedzi. Wnuczka prosi, by to uszanować, skoro babcia sama o tym nie mówiła. Nic innego mi nie pozostaje.

Ale dowiaduję się, że wśród podarowanych wnuczce przedmiotów było krzesło szkolne. Bo może warto jeszcze dodać, że meble dla najmłodszych były konikiem Chomentowskiej. „Najbardziej interesują mnie sprawy wyposażenia pokoi i kącików dziecięcych. Tak dużo projektowałam dla dzieci. Stąd rada natury pryncypialnej: dziecko powinno mieć własny kąt – choćby najskromniejszy: to wyrabia samodzielność, uczy gospodarowania zabawkami, książkami, ubraniem” – mówi w wywiadzie, którego w 1963 r. udziela magazynowi „Ty i Ja”. IWP dostał swego czasu zlecenie na zaprojektowanie kompleksowego wyposażenia szkół tysiąclatek, łącznie z takimi elementami jak tornistry czy fartuszki. W zadaniu Chomentowska odnalazła się doskonale. Meble dopieściła w najdrobniejszym szczególe. „Stoliki do klas młodszych” są tak pomyślane, by tornister nie pałętał się pod nogami, a miał swoje wyznaczone miejsce.

W 1966 r. Rada Wzornictwa osiągnięcia Chomentowskiej w projektowaniu mebli do szkół doceni nagrodą. „Krzesełko szkolne z pulpitem” znajdzie po latach godne miejsce w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Wystawa „Praktyczne piękno. KUL według Marii Chomentowskiej” do końca lipca 2018 r. w gmachu głównym KUL, Al. Racławickie 14, Lublin

***

Akademia Opowieści. Nieznani bohaterowie naszej niepodległości

Historia Polski to nie tylko dzieje wielkich bitew i przelanej krwi. To również codzienny wysiłek zwykłych ludzi, którzy nie zginęli na wojnie. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie, wsi, miasteczku i mieście ma takiego bohatera: babcię, dziadka, nauczyciela, przyszywanego wujka, sąsiada. Jednych znaliśmy osobiście, innych – ze słyszenia. Opowiada się o nich anegdoty, wspomina ich z podziwem i sympatią.

Byli prawnikami, konstruktorami, nauczycielami, bywało też, że nie mieli żadnego zawodu. Uczyli, leczyli, tworzyli, wychowywali dzieci, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, biblioteki na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi, pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości o objętości nie większej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 15 sierpnia 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem NASZEGO FORMULARZA.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”, „Magazynu Świątecznego”, „Dużego Formatu”, oraz w wydaniach lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 osób wyróżnionych rocznymi prenumeratami Wyborcza.pl. Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

* za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
* za drugie miejsce w wysokości 3333 zł brutto,
* za trzecie miejsce w wysokości 2000 zł brutto.