Zachęcamy naszych czytelników do wzięcia udziału w konkursie na opowieść pod hasłem "Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Regulamin i informacje o nagrodach znajdziecie na Akademii Opowieści.

Z Krzyśkiem Krupą chodziliśmy do Technikum Górniczego w Bełchatowie, byliśmy kolegami z klasy. Po maturze zacząłem studiować socjologię na KUL-u, a Krzysiek poszedł do kopalni pracować zgodnie ze swoim wyuczonym zawodem: eksploatacja maszyn i urządzeń elektrycznych górnictwa odkrywkowego. Po kilku miesiącach dostał wezwanie do wojska i odmówił złożenia przysięgi. Od tego wydarzenia minęło prawie 30 lat. Spotkałem się z Krzyśkiem w miniony weekend w Lublinie podczas światowego zjazdu absolwentów KUL. Wróciliśmy do tamtych lat, zapytałem go, dlaczego to zrobił? Skąd się brała jego odwaga?

PAWEŁ KRYSIAK: „Przysięgam strzec niezłomnie wolności, niepodległości i granic Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej przed zakusami imperializmu, stać nieugięcie na straży pokoju w braterskim przymierzu z Armią Radziecką i innymi sojuszniczymi armiami (...) Gdybym nie bacząc na tę moją uroczystą przysięgę, obowiązek wobec Ojczyzny złamał, niechaj mnie dosięgnie surowa ręka sprawiedliwości ludowej” – taką przysięgę musieli składać polscy poborowi w PRL-u. Na bunt wobec roty przysięgi, a tym samym otwartą niezgodę na sowiecką dominację nad Polską stać było tylko nielicznych. Jest rok 1986, masz 20 lat. Wiesz, że grozi ci więzienie, że mogą cię zamknąć w jednej celi z bandytami, a jednak to robisz. Opowiedz, jak to było?

KRZYSZTOF KRUPA: – Zaraz po tym, jak odebrałem od listonosza wezwanie na WKU (Wojskowa Komenda Uzupełnień), wyrwałem kartkę z zeszytu i napisałem oświadczenie. To były trzy, cztery zdania o tym, że rota przysięgi wojskowej jest niezgodna z moją wiarą i poglądami politycznymi.

Konsultowałeś to wcześniej z rodzicami?

– Właściwie nie. Powiedziałem im tylko, że odmówię. Oni żyli nadzieją, że mi się odmieni.

Wszedłeś z tym swoim oświadczeniem do budynku WKU w Piotrkowie Trybunalskim i...

– W poczekalni tłoczyło się kilkudziesięciu poborowych. W pokoju przyjęć zestawiono kilka biurek, w środku siedział pułkownik, a po bokach po trzech oficerów. Jeden z nich zaczął czytać moje wezwanie na głos, ale ja mu przerwałem i powiedziałem, że chcę złożyć oświadczenie. – Chcesz odroczyć wojsko? – zapytał. – Proszę przeczytać – powiedziałem, kładąc moją kartkę na biurku. Zerknął na to, co napisałem i znieruchomiał. Potem oświadczenie wędrowało z rąk do rąk. Przez kilka minut była cisza. W końcu pułkownik ruchem głowy dał sygnał oficerowi, który wskazał na mnie: Ty zostajesz, reszta poborowych wyjść!

Pamiętasz, jak wtedy z tobą rozmawiali?

– Powiedzieli, żebym się nie wygłupiał, bo sobie życie zmarnuję. Namawiali, żebym schował kartkę, a oni o wszystkim zapomną. Powtarzałem, że chcę służyć ojczyźnie, ale takiej przysięgi składał nie będę. Maglowali mnie ok. pół godziny. Gdy zauważyli, że nie mięknę, zaczęli krzyczeć: „Co ty sobie wyobrażasz, zmiażdżymy cię, zniszczymy, pójdziesz siedzieć, wyślemy cię do jednostki karnej”. I cały czas mi wmawiali, że nie chodzi mi o przysięgę, ale o wymiganie się od wojska. Nie wiedzieli, jak reagować, bo to był chyba pierwszy taki przypadek w województwie piotrkowskim. Dali mi dwa tygodnie na zastanowienie, a jeśli „nie zmądrzeję, to pójdę do więzienia”. Od tego czasu regularnie, co dwa tygodnie przysyłali wezwania na przesłuchania. Zwykle w piątek, żebym miał przerąbany weekend, żebym tylko o tym myślał. Tak było przez prawie pół roku od jesieni 1986 do wiosny 1987 r.

Ich groźby były realne. W latach 80. ludzie za to siedzieli w więzieniu.

– Ja o tym wiedziałem. Dla komunistów to było groźne zjawisko. Wielu ludzi odmawiało służby wojskowej ze względu na przekonania religijne czy pacyfizm. Mój przypadek był szczególny, pacyfistą nie byłem i nie jestem.

Jakie zadawali pytania na przesłuchaniu?

– Najczęściej wyglądało to tak.

Dlaczego to zrobiłeś?

– Bo takie mam poglądy.

A skąd ci się te poglądy wzięły?

– Tak zostałem wychowany.

Kto cię wychowywał? –

To są banalne pytania – rodzice.

Kim są?

– Nauczycielami.

To jakimi oni są nauczycielami, skoro nie potrafili ciebie wychować?

– Tu bym dyskutował. Moja postawa jest patriotyczna, a niekoniecznie pana, bo pan nie służy polskiej armii, ale sowieckiej.

Podczas przesłuchań zawsze próbowali ustalić, kto za mną stoi. To pytanie mnie najbardziej irytowało, bo to była wyłącznie moja decyzja. Pamiętam dokładnie drugie przesłuchanie. Za biurkiem siedział oficer, a moje krzesło stało na środku pokoju, ze cztery metry od niego. Wchodząc, wziąłem to krzesło i przysiadłem się do biurka. To go zaskoczyło, szybko zamykał szuflady, żeby ukryć rejestrator dźwięku.

Po chwili padło pytanie: kto za mną stoi? Rozejrzałem się na boki, do tyłu i mówię, że nikogo nie widzę. Grał rolę tego dobrego, więc uśmiechał się i częstował papierosami. Wyciągnąłem z paczki dwa. – A czemu dwa? – pyta. – Ten drugi dla tego, który za mną stoi.

Nie wytrzymał, zaczął krzyczeć. Te przesłuchania były schematyczne. Zaczynało się łagodnie, a potem coraz ostrzej, że mnie zamkną, że nie wyjdę żywy. Pomiędzy przesłuchaniami działy się dziwne rzeczy. Jacyś ludzie przyjeżdżali w nocy pod dom i śpiewali „Rezerwę”. Kiedy ja byłem w pracy, esbecy nachodzili moich rodziców i próbowali nakłonić ich, aby wpłynęli na zmianę mojej decyzji. Nic nie wskórali. Rodzice przestali ich wpuszczać do domu.

Co się jeszcze działo wokół ciebie w tym czasie między przesłuchaniami?

– Na przykład „Tygodnik Piotrkowski” opublikował tekst, w którym z imienia i nazwiska wymienili mnie jako przykład demoralizacji młodzieży i antypolskiej działalności. Wtedy ksiądz Zdzisław Kuropatwa z mojej parafii w Restarzewie wygłosił kazanie, w którym wziął mnie w obronę. Do dziś jestem mu za to wdzięczny, bo ludzie nie rozumieli, co ja zrobiłem. Wtedy w latach 80. mieszkańcy wsi to głównie rolnicy. Prawie wszyscy chodzili do kościoła, jednak u nich religia jakoś nie gryzła się z komuną. Generalnie ludzie mnie lubili, ale bywały takie sytuacje, że wchodzę do sklepu, a ktoś scenicznym szeptem mówi: wszyscy idą do wojska, a ten chce się popisać, że niby lepszy od innych? Większość mówiła mi, chłopie, po co się stawiasz, będziesz miał przerąbane. Idź, odbębnisz dwa lata i cześć. Ludzie mi dobrze życzyli, ale mnie nie rozumieli. Nie rozumieli, że mnie nie chodzi o to, aby uniknąć wojska. Przecież mogłem sobie złamać palec i byłyby mniejsze koszty psychiczne.

Na wsi wyrobiłem sobie markę antykomunisty. Na drutach sieci wysokiego napięcia zawisł transparent „Solidarność żyje”, esbecy już są u mnie. Na ścianie sklepu, ktoś namalował hasło „Tylko umysłowo chory chodzi na wybory”, esbecy już stoją w bramie naszego domu. To hasło namalowali akurat moi koledzy, a kiedy uciekali po akcji, schowałem ten ich pędzel umazany farbą na podwórku. Tato wychodzi do esbeków na podwórko z naszą suką Azą, a ona, w końcu rasowy dog, zamiast odstraszyć gości paradowała przed nimi z tym pędzlem w pysku. Na szczęście nie skojarzyli faktów. We wsi wszyscy byli przekonani, że jak coś się dzieje, to moja robota. A ja takich akcji u siebie nie robiłem, zawsze w innych rejonach.

Jak porządny złodziej.

– Można tak powiedzieć. Byliśmy złodziejami, kradliśmy komunie przestrzenie wolności.

Kto w tych dniach był z tobą, kto mówił, że dobrze zrobiłeś i wspierał cię w tym?

– Piotrek Barasiński, Bronek Król, Kacper, czyli Zbigniew Matyśkiewicz, Rysiu Brzuzy, Józek Pólkowski, generalnie ludzie związani z bełchatowską i szczercowską podziemną Solidarnością i także sąsiedzi. Mówili mi, że gdyby każdy tak postąpił, to komuna by się rozjechała od razu. Bardzo im jestem za to wdzięczny. Niektórzy mówili w dobrej wierze oczywiście: Krzysiu, jeśli oni cię zamkną, to zrobimy taki raban w Wolnej Europie, będziemy o ciebie walczyć, zobaczysz? Pomyślałem sobie, że oni czekają na raban, a ja jednak jestem z tym sam.

Cały czas pracowałeś na kopalni. Koledzy, przełożeni wiedzieli o twojej sytuacji?

– Byłem elektrykiem, pracowałem na Wydziale EW2, robiliśmy pomiary, usuwaliśmy usterki. Esbecy robili tam najazdy, wpadali do gabinetu dyrektora, żądali moich akt. On, jak większość dyrektorów w tym czasie, był członkiem PZPR, ręce mu się trzęsły, kiedy przyjeżdżali, ale w stosunku do mnie zachowywał się w porządku. Na EW2 był tylko jeden nieznośny sztygar, który miał jakieś ważne stanowisko w ZSMP. On poczuł misję, że trzeba publicznie wykpić moją postawę, ale nie znalazł aplauzu wśród załogi i przestał. Te jego zaczepki były nachalne i żenujące.

Na przykład?

– Taki sztucznie rozbawiony wpadał na halę i pytał:

Czy ty Krupa lubisz ciepłą wódkę?

Ja: Nie.

A spocone dziewczyny?

– Nie.

To urlop będziesz miał w listopadzie, ha ha ha ha - śmiał się do rozpuku, a inni patrzyli na niego z politowaniem.

Albo robił się poważny i z byle powodu groził, że zabierze mi premię. Musiałem się jakoś bronić. I czasami mi to wychodziło. Sztygar był niskiego wzrostu i kiedy znów mi groził, odgryzłem się, tak żeby wszyscy słyszeli: A włóż sobie tę premię w buty, będziesz trochę wyższy – krzyknąłem. Takich odzywek nauczyłem się od moich kolegów elektryków na EW 2. Generalnie oni zachowywali się przyzwoicie.

Jakie w tym czasie były twoje relacje z rodzicami?

– Szanowali moją decyzję, ale martwili się, co ze mną będzie. Prosili, żebym zbyt późno nie wracał do domu, bo jak się ściemni, to mogą mnie napaść. Wcześniej tego nie było. Mama próbowała na mnie przekonać, żebym zmienił decyzję. Po prostu bała się o mnie. Ja jej tłumaczyłem: mamo, gdybym teraz zmienił zdanie i poszedł do wojska, to oni mnie tam zniszczą, już nie mogę się wycofać.

Twoja postawa wynikała z tego, że oni cię tak wychowali?

– Hm... W pewnym sensie tak, ale myślę, że w wielu przypadkach odbiegałem od standardów, które stosowali rodzice. Jest coś takiego jak poglądy i wynikająca z nich autentyczna postawa w zderzeniu z rzeczywistością polityczną. Wydaje mi się, że w tej sprawie moje życie było bardziej konsekwentne, a rodzice jednak w jakiejś mierze stosowali uniki, że jak można się nie wypowiedzieć, to się nie wypowiem. Żeby przetrwać po prostu. A ja nie jechałem na przetrwanie.

Co to znaczy?

– Moi rodzice byli bardzo wierzący. Byli, bo już nie żyją. Ich wiara była autentyczna, za nią daliby się zabić. Ich religijność była dla mnie ważnym drogowskazem w życiu. To na pewno. Taka historia. Jest stan wojenny. Ksiądz przyjechał do moich rodziców i mówi, że nie ma gdzie uczyć religii, bo miał punkt na wsi, pani odmówiła. A mama natychmiast decyduje: w szkole będzie religia, są wolne klasy. To był akt odwagi, bo konsekwencje mogły uderzyć w ich pozycję zawodową. I ta lekcja religii przez jakiś czas była w szkole, ale potem przyszło oficjalne pismo i ktoś tam zabronił z góry, ksiądz znalazł inny lokal i sprawa rozeszła się po kościach. To była filia szkoły podstawowej w Dubiu, a dyrekcja była w Szczercowie. Ojciec uczył chemii i fizyki, a mama języka polskiego, a potem prowadziła nauczanie początkowe w klasach 1-3. Rodzice byli wierzący, ale tak jak w większości polskich rodzin strategia był podobna: trzeba jakoś przetrwać w swoim systemie wartości, przetrwać, zachować je i jednak iść na jakieś kompromisy z władzą.

A ty?

– A ja jak ślepy koń. Nie oglądałem się na boki. I taka postawa została mi chyba na zawsze. Chociaż dzisiaj byłoby trudniej. Mam żonę, dzieci. Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono.

Opowiedz o twoim ostatnim przesłuchaniu.

– To był chyba maj 1987 r. Miałem już tego wszystkiego dość. Zaczynałem naprawdę bać się o przyszłość. Wiesz, że ktoś cię wspiera moralnie, psychicznie, może nawet przeżywa to jeszcze bardziej niż ty. Twoja decyzja ma jakiś wpływ na niego, ale konsekwencje, takie wprost, poniesiesz ty sam. I obojętnie jakie masz relacje z najbliższymi, to zostajesz sam.

Mam 21 lat, jest wiosna, wiem, że komuna nie padnie, jadę na kolejne przesłuchanie do Piotrkowa, skazuję się na niebyt. W noc przed wyjazdem modliłem się, prosząc Boga, abym uniknął więzienia.

I nagle usłyszałem wewnętrzny głos, poczułem go całym sobą: „Wysłuchałem cię, nie pójdziesz do więzienia, wstań”. To było tak silne wezwanie, że natychmiast wstałem z kolan. W tej realnej komunie, w szarzyźnie codzienności, w tym skołataniu tymi przesłuchaniami byłem szczęśliwy i spokojny. Rano w autobusie jadącym z Dubia do Piotrkowa byłem najweselszym pasażerem. Zaczęło się przesłuchanie. Oficer mówi od razu: nie będziemy robić afery, nie pójdziesz do więzienia. Mówił, że proponują odrobienie wojska w OHP, w szpitalu, a może na kopalni. Wiedziałem, że chcą się mnie pozbyć, że już mnie odhaczają. Dlaczego? Może dlatego, że złożyłem podanie o urlop bezpłatny na kopalni i oni wiedzieli, że ja chcę zdawać na studia i po prostu pomyśleli, że w ten sposób pozbędą się wichrzyciela w strategicznym dla państwa bełchatowskim kompleksie energetyczno-węglowym. W lipcu zdawałem na prawo na KUL-u i zacząłem studiować, potem zamieszkałem w Lublinie. A wtedy chłopaki być może zainspirowani moją historią założyli w Bełchatowie oddział organizacji Wolność i Pokój i wielu odmówiło służby wojskowej. Wiem na pewno, że robiłem to dla siebie. Bo są granice uległości. Jeżeli zgadzamy się na wszystko, czego oczekują od nas inni, to przestajemy być sobą. Wtedy życie traci sens.

Krzysztof Krupa na korytarzach Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego


Krzysztof Krupa na korytarzach Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego  JAKUB ORZECHOWSKI

Odmawiając przysięgi, pisałeś o dwóch wątkach, o polityce i o wierze. Wytłumacz, o co chodzi z tą wiarą?

– Tobie, absolwentowi KUL mam tłumaczyć?

Tak mnie, bo jak wiesz, my po KUL-u mieliśmy ten przywilej, że państwo nas do wojska nie brało.

– Dobrze, tłumaczę. Powiedz mi, jaka jest różnica między tym, że ktoś ci każe złożyć przysięgę wojskową, która uderza w twojego Boga, a między tym, że daje ci krzyż, i żąda, żebyś na niego napluł? Jeżeli ślubujesz absolutną wierność armii sowieckiej, która niszczy religię, morduje chrześcijan, zaprzecza istnieniu Boga i składasz taką przysięgę, to zaprzeczasz swojej wierze. Wypierasz się Boga. To jest nawet gorsze niż zaparcie się Piotra, bo Piotr powiedział, nie znam Go, co nie znaczy, że się Go wyrzekł. On tylko ratował swoje życie. Jeżeli ślubujesz wierność systemowi, który niszczy twoją wiarę, to jakbyś sprzymierzył się z Neronem, w walce z Kościołem. Zrozum, ja to musiałem zrobić. Z perspektywy czasu można się zastanawiać, czy złożenie przysięgi pod przymusem wiąże człowieka w sumieniu.

W zdecydowanej większości przypadków te przysięgi były złożone nieautentycznie. Ludzie szli odbębnić wojsko.

– Oczywiście, ja ich absolutnie nie potępiam. Można było do tego tak podejść. Ja wybrałem inną drogę, dla mnie autentyczną, zgodną z moimi przekonaniami.

A aspekt polityczny odmowy przysięgi?

– Chciałem, żeby Polska była niepodległa, suwerenna, a nie uwikłana w sojusz, który ją niszczy.

Do tej pory wiara w Boga jest w twoim życiu tak ważna?

– Był czas dużego kryzysu wiary. Zaczynałem wierzyć tylko w siebie. Założyłem rodzinę, zarabiałem pieniądze we własnej firmie, prowadziłem życie na własny rachunek. W latach 90. byłem pewien, że wszystko jest na dobrej drodze, że potrafię sam zadbać o swoją rodzinę, patrzyłem w przyszłość optymistycznie. W tym szaleństwie, jakimś obłędzie doprowadziłem moje ekonomiczne podstawy życia rodzinnego do takiego bankructwa, że całe życie musiałbym poświęcić na odrabianie długów. W pewnym momencie moje interesy szły tak dobrze, że zacząłem wydawać nawet ogólnopolską gazetę poświęconą pracy. Tygodnik zajmujący się publicystyką rynku pracy, doradztwem personalnym, pośrednictwem pracy, zamieszczaniem ofert pracy z kraju i ze świata. Wydawało mi się, że jestem herosem, że wszystko ode mnie zależy. Modlitwa przestała mieć wielkie znaczenie. Jednak z powodzenia ekonomicznego wpadłem w taki dół, że na przełomie 1999/2000 r. moja firma praktycznie była bankrutem z długami, które spłaca się całe życie. Wszystko za sprawą błędnych inwestycji. Ludzie też bardzo „pomogli”. Wszystkie przetargi wygrane przez moją firmę były unieważniane. Nie byliśmy z „układu”. Prasa napisała z mojej inspiracji o korupcji. Później procesy o rzekome zniesławienie, odszkodowania. Tylko długi, żadnych przychodów. Poznałem komorników większości lubelskich rewirów. Przechodziliśmy kiedyś z żoną obok rożna z kurczakami. Moja żona była właśnie w ciąży. Miała wielką ochotę na pieczonego kurczaka. Niestety nie mieliśmy dziesięciu złotych. Pomyślałem, że to koniec. Pan Bóg myślał inaczej. Zobaczyłem całe swoje życie przez pryzmat pychy, w jaką wpadłem. Przypomniałem sobie moich rodziców, przypomniałem sobie tę modlitwę przed ostatnim przesłuchaniem. I uświadomiłem sobie, że ten dar od Boga, który wtedy otrzymałem, nie był tylko po to, abym wówczas pozbył się strachu i pojechał na przesłuchanie wesolutki jak szczygiełek. Że to był dar na całe życie. Ponownie zawierzyłem swoje życie Bogu i Maryi. Trzy lata później spłaciłem ostatnie długi.

Dzisiaj moje motto życiowe to psalm 127. „Jeżeli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą. Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże, strażnik czuwa daremnie. Daremnym jest dla was wstawać przed świtem, wysiadywać do późna – dla was, którzy jecie chleb zapracowany ciężko; tyle daje On i we śnie tym, których miłuje”.

Nadal jestem przedsiębiorcą, a na pierwszym miejscu jest Bóg.

Rozmawiał Paweł Krysiak

Wolność i Pokój

W latach 80. obywatelskie nieposłuszeństwo wobec komunistycznej służby wojskowej zapoczątkował 27-letni szczecinianin Marek Adamkiewicz powołany do wojska w 1984 r. Odmówił złożenia przysięgi i skazano go na 2,5 roku więzienia. Represje wobec Adamkiewicza wywołały liczne protesty, które doprowadziły do powstania nowego ruchu opozycyjnego o nazwie „Wolność i Pokój”. WiP organizował protesty i głodówki w obronie represjonowanych za odmowę służby wojskowej bądź odmowę przysięgi. Presja okazała się skuteczna. W czerwcu 1988 r. władze w końcu ustąpiły. Rota przysięgi została zmieniona – usunięto z niej fragment o sojuszu z Armią Radziecką. Wprowadzono również możliwość odbywania zastępczej służby.

Więcej o organizacji Wolność i Pokój przeczytamy na stronie Fundacji WiP

CZYTAJ TAKŻE: Jacek Czaputowicz. Człowiek z Wolności i Pokoju

Akademia Opowieści. Konkurs dla czytelników: Nieznani bohaterowie naszej niepodległości

Historia Polski to nie tylko dzieje wielkich bitew i przelanej krwi. To również codzienny wysiłek zwykłych ludzi, którzy nie zginęli na wojnie. Każdy w polskiej rodzinie, wsi, miasteczku i mieście ma takiego bohatera: babcię, dziadka, nauczyciela, przyszywanego wujka, sąsiada. Jednych znaliśmy osobiście, innych ze słyszenia. Opowiada się o nich anegdoty, wspomina ich z podziwem. Byli prawnikami, konstruktorami, nauczycielami, bywało też, że nie mieli żadnego zawodu. Dzięki nim mamy szkoły, biblioteki na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi, pracowitości.

Napiszcie o nich. Stworzymy wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach o objętości nie większej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 15 sierpnia 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem naszej formatki konkursowej.

Jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 osób wyróżnionych rocznymi prenumeratami Wyborcza.pl. Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne: za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto, za drugie miejsce w wysokości 3333 zł brutto, za trzecie miejsce w wysokości 2000 zł brutto.