Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszej akcji?

Cezary Łazarewicz radzi jak pisać [PORADNIK]

"Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Weź udział w naszej akcji, przyślij opowieść [FORMULARZ]

- 3 października skończę 99 lat. Urodziłem się w Szczecinie, ale mieszkałem tam tylko kilkanaście miesięcy. Moi rodzicie Antoni i Zofia w 1920 r. musieli się zadeklarować, czy przyjmują obywatelstwo niemieckie czy zachowują polskie. Wybrali polskie i wspólnie osiedliliśmy się na stałe w Bydgoszczy. Zamieszkaliśmy przy ul. Gdańskiej 89. Ojciec, który wcześniej pracował w stoczni Vulcan, w nowym mieście został kowalem w PKP i rewidował wagony. Mama natomiast prowadziła gospodarstwo domowe. W 1927 r. wstąpiłem do Szkoły Podstawowej przy ul. Świętojańskiej. Dziewczęta uczyły się w jednej części gmachu, a chłopcy w drugiej. Później trzy lata uczyłem się w Szkole Wydziałowej przy ul. Konarskiego, a następnie w Handlowej. W 1935 r. podjąłem pracę w biurze adwokackim Romana Nowaka przy ul. Długiej 32. Pisałem na maszynie, dostarczałem akta sądowe i togę. Co tydzień musiałem też zgłaszać się do mojego pracodawcy i zdawać egzamin ze znajomości różnych przepisów prawnych.

„Idę do kawalerii”

Po pracy z kolegą Tadeuszem Bazalim chodziliśmy do kina Nowość przy ul. Mostowej. Dużo wrażenie wywarł na mnie film „Manewry miłosne” z 1935 r. To była historia kawalerii polskiej. Po wyjściu z sali powiedziałem: „Idę do kawalerii jako ochotnik”. Rodzice zgłosili swój sprzeciw, ale po moich namowach w końcu wyrazili zgodę. W 1937 r. wybrałem 8. Pułk Strzelców Konnych w Chełmnie. W krótkim czasie udało mi się uzyskać stopień kaprala, zostałem tzw. dowódcą nad armatą pierwszego działonu. Składał się on z trzech koni zaprzęgowych, woźnicy i ośmiu kanonierów konnych.

Podczas II wojny światowej walczyłem pod Krojantami, a swoją „wojskową karierę” zakończyłem na bitwie nad Bzurą. Pamiętam to jak dzisiaj. 31 sierpnia 1939 r. został ogłoszony alarm. Na koniach zbliżaliśmy się do granicy niemieckiej. Wieczorem usłyszeliśmy pojedyncze strzały. Wycofaliśmy się w kierunku Chojnic, które były już opuszczone przez ludność. Ruszyliśmy stronę Świecia. Poruszaliśmy się nocą, a wszystkie ślady wskazywały na to, że Niemcy są kawałek przed nami. Po drodze mijaliśmy zabitych ludzi i zwierzęta, zniszczone wozy, porozrzucane ubrania. Widok był przerażający. Po długiej wędrówce w Przechowie zaatakowała nas artyleria niemiecka. Dotarliśmy do Gruczna. Zająłem stanowisko pomiędzy dwoma stogami siana, a następnie ostrzelałem wieżę kościelną, z której karabiny niemieckie raniły naszych żołnierzy. Po wszystkim wyruszyliśmy do Bydgoszczy. Naszym miejscem docelowym była Bzura. 5 września w nocy byliśmy już w okolicach Kutna. Otrzymaliśmy informację, że oddziały niemieckie znajdują się za torami kolejowymi. Zobaczyliśmy czołgi, z mojej broni oddałem kilka strzałów. Pojawił się ogień, a wraz z nim z pojazdów zaczęli wyskakiwać nieprzyjaciele. Jeden z czołgów zaczął nas atakować. Zostałem ranny w mostek i w brzuch. Wyskoczyłem z rowu, wycofałem się. Dostałem zastrzyk. Zasnąłem. W szpitalu polowym znajdowało się bardzo dużo rannych, panowała czerwonka, czyli choroba zakaźna jelit. Poza tym było brudno, brakowało pożywienia, nie mieliśmy bieżącej wody. W dojściu do zdrowia pomagała mi studentka medycyny, która zakochała się we mnie. Zostawiła mi nawet pamiątkę w postaci swojego zdjęcia i informacje o mojej chorobie. Opiekowała się mną przez około miesiąc, aż do usunięcia jednej kuli z brzucha. Z drugą w okolicach mostku chodzę do dzisiaj. Nie czuję jej, jest tylko widoczna podczas badań rentgenowskich.

Mieszkanie zajęli Niemcy

Po okresie cierpień i strachu wróciłem do Bydgoszczy. W drodze do mojego miasta towarzyszący mi ludzie ostrzegali: „Tam nie ma po co jechać”. Wysiadłem na dworcu, przeszedłem pieszo w polskim mundurze przez ul. Dworcową i Gdańską. W Bydgoszczy panowała cisza. Po drodze mijałem żołnierzy niemieckich. Oddawałem im salut, bo tak uczono mnie w wojsku. Dopiero przy ul. Cieszkowskiego zaczepił mnie jeden z nich, powiedział, bym udał się na ul. Gdańską do dawnego pułku artylerii. Tej rozmowie przysłuchiwała się moja sąsiadka: „Maks, nie możesz tam iść, kto tam trafia, ten ginie”.

Wszedłem do kamienicy, w której mieszkaliśmy. Bałem się, z rodzicami nie miałem kontaktu, od kiedy wyjechałem. Gdy wszedłem na górę, zobaczyłem drzwi oblepione niemieckimi napisami: „Wstęp wzbroniony”. Zapukałem do sąsiadów, a przed moimi oczami ukazała się drobna istota, to była mama. Rzuciliśmy się sobie w ramiona. „Dlaczego nie jesteście w mieszkaniu?” – zapytałem. „Niemcy zajęli, nie możemy tam wchodzić” – odpowiedziała cicho. Nie zgodziłem się na to, zerwałem taśmy. Weszliśmy do środka. W środku panował smród. Na stole leżały resztki jedzenia. Zaczęliśmy sprzątać. W trakcie tych czynności mama opowiadała mi, gdzie jest tata i moje rodzeństwo – Marianna oraz Roman. „Wieczorem wszyscy będą w domu, pracują” – oznajmiła. Odetchnąłem z ulgą. Gdy tylko wrócili, rozmowy nie miały końca, zasnęliśmy szczęśliwi, że znów jesteśmy w komplecie. Nad ranem obudziło nas pukanie do drzwi „Aufmachen!” usłyszeliśmy, co oznaczało „Otwierać!”. Po drugiej stronie stało trzech cywili niemieckich. Ojca zabrali ze sobą, a mi kazali na nowo zameldować się w Bydgoszczy.

Zacząłem prace doraźną m.in. w mieszczącej się naprzeciwko domu niemieckiej firmie zajmującej się transportem i artykułami spożywczymi. To był przełom października i listopada 1939 r. Otrzymałem wezwanie do urzędu pracy. Miałem zgłosić się z zapasem posiłku na dwa dni. Mnie i wielu innych młodych mężczyzn zaprowadzono na dworzec kolejowy. Wsadzili nas do pociągu i wywieźli do Elbląga. Tam również w urzędzie pracy podszedł do mnie Niemiec. Wziął mnie ze sobą, bo znałem się na koniach. Aż do stycznia 1945 r. pracowałem u niego w gospodarstwie w miejscowości Przybranowo. Zajmowałem się dojeniem, usuwaniem nawozów i czyszczeniem bydła.

„Niewolnik polski”

Znowu wróciłem do Bydgoszczy, która zajęta była przez wojska sowieckie i polskie. Tak jak w 1939 r., tak teraz szedłem ulicą. Pech chciał, że miałem przy sobie niemieckie dokumenty, na których napisane było „Niewolnik polski”. I znów zatrzymał mnie mężczyzna z karabinem. Ten jednak nie znał języka nieprzyjaciela. Zabrał mnie do aresztu. Razem z pozostałymi więźniami szliśmy pieszo do Inowrocławia, a stamtąd przewieziono nas do obozu w Poznaniu. Tam przebywałem do końca lutego. Nikt z nas nie spodziewał się tego, co nadejdzie w najbliższej przyszłości. Po raz kolejny wsadzono nas w pociąg towarowy. Podróżowaliśmy 11 dni. W końcu dotarliśmy do Zaporoża na Ukrainie, gdzie również pracowałem w obozie NKWD o numerze 1505. To były straszny okres, o którym nie warto opowiadać. Wróciłem stamtąd w 1946 r. na życzenie i wniosek władz polskich. Byłem wyczerpany, ważyłem 45 kg. Nie miałem własnej odzieży, śmierdziałem. Gdy rodzice mnie zobaczyli, byli przerażeni, długo dochodziłem do siebie. Cieszyłem się jednak, że żyję. Ojciec zapewniał mnie wtedy: „Szukaliśmy cię!”.

Zacząłem żyć normalnie. Ukończyłem liceum administracyjno-handlowe, zdałem maturę. Poszedłem na studia ekonomiczne do Poznania, zrobiłem też pedagogiczne w Bydgoszczy. Zostałem biegłym księgowym. Lubiłem się uczyć. Pracować w różnych miejscach. Byłem m.in. rachmistrzem i kierownikiem wydziału transportowego w Wytwórni Prochu w Łęgnowie i głównym księgowym w Centrali Produktów Naftowych. Miałem także epizod jako główny księgowy w Pralniczej Spółdzielni Pracy Kołder i Poduszek oraz w firmie Praca-Książka-Ruch. Do emerytury, czyli 1985 r. pracowałem w Wojewódzkim Zarządzie Inwestycji Rolniczych. Później w tym samym miejscu dorabiałem aż do lat 90.

Zadrzewiona Bydgoszcz

Udzielałem się też społecznie. Przed wojną należałem do Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego Sokół, 8. Drużyny Harcerskiej Pozaszkolnej i 16. Drużyny Żeglarskiej, byłem też członkiem towarzystwa wioślarskiego jako szkoleniowiec, regatowiec, członek zarządu, a na końcu prezes. Społecznie w tych instytucjach działałem do 2010 r. Wtedy zachorowałem na sepsę i zrezygnowałem z jakichkolwiek prac. Udało mi się wyzdrowieć. Znów dopisał mi los. Dzisiaj jestem członkiem honorowym towarzystwa wioślarskiego.

Od 2011 r. mieszkam w Raptowie pod Ostromeckiem. Opiekuje się mną córka mojego brata. Z żoną Janiną Stefanią, z którą poznałem się w 1946 r., nie mieliśmy dzieci. Przez wszystkie lata swojego życia nigdy nie chwaliłem się, że jest mi dobrze, nie narzekałem też, że jest mi źle. Mam apetyt, dobrze sypiam, uczestniczę w wielu spotkaniach, wyjeżdżam do wsi Krojanty na spotkania wrześniowe, tam przedstawiam swoje wrażenia.

Moją Bydgoszcz odwiedzam raz w miesiącu. Zmieniła się. Gdy nie dorastałem jeszcze do stołu i potykałem o własne nogi, była zadrzewionym, niewielkim miastem ze skromnymi liniami tramwajowymi. Dookoła rozciągały się piękne kamienice, zwłaszcza przy al. Mickiewicza czy ul. Cieszkowskiego. Moim zdaniem wojna w mieście nie spowodowała wielkich zniszczeń. W Bydgoszczy zawsze było bardzo dużo tartaków i rozwijało się kolejnictwo. Nie mieliśmy jednak stacji benzynowych, były tylko dystrybutory mieszczące się przy krawędziach chodnika. Pierwszą stację wybudowano bardzo późno przy ul. Gdańskiej naprzeciwko naszego domu. Na rynku Piastowskim kupowałem nabiał i warzywa, na Nowym Rynku kartofle i kapustę, a na Rybnym – jak sugeruje nazwa – wyroby rybne.

Obecna Bydgoszcz jest nie do poznania, znowu przybyło drzew, pojawiło się nowoczesne budownictwo. Nie ma kina Nowość i kina Pomorzanin, zastąpiły je multipleksy. Mimo zmian i bolesnych braków, za każdym razem gdy mijam napis z nazwą „Bydgoszcz”, czuję, że to mój dom. Nieprzerywalnie od 1920 r., aż do śmierci.

Akademia Opowieści. "Nieznani bohaterowie naszej niepodległości"

Historia Polski to nie tylko dzieje wielkich bitew i przelanej krwi. To również codzienny wysiłek zwykłych ludzi, którzy nie zginęli na wojnie. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie, wsi, miasteczku i mieście ma takiego bohatera: babcię, dziadka, nauczyciela, przyszywanego wujka, sąsiada. Jednych znaliśmy osobiście, innych – ze słyszenia. Opowiada się o nich anegdoty, wspomina ich z podziwem i sympatią.

Byli prawnikami, konstruktorami, nauczycielami, bywało też, że nie mieli żadnego zawodu. Uczyli, leczyli, tworzyli, wychowywali dzieci, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, biblioteki na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi, pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości o objętości nie większej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 15 sierpnia 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem NASZEGO FORMULARZA.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”, „Magazyn Świąteczny”, „Duży Format” oraz w wydaniach lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 osób wyróżnionych rocznymi prenumeratami Wyborcza.pl. Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

* za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto

* za drugie miejsce w wysokości 3333 zł brutto

* za trzecie miejsce w wysokości 2000 zł brutto