Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszym konkursie?

Zapoznaj się z REGULAMINEM konkursu

Weź udział w konkursie, przyślij opowieść, WYGRAJ NAGRODY pieniężne! [FORMULARZ]

O tym, że mój Ojciec jest bohaterem, że kilka lat swojego młodzieńczego życia spędził w stalinowskim więzieniu, a potem w obozie pracy, że był torturowany podczas przesłuchiwań, dowiedziałam się oficjalnie dopiero, gdy skończyłam osiemnaście lat. Ojciec powiedział mi to podczas długiego spaceru nad Zalewem Nowohuckim. Kiwnęłam głową i nie podjęłam tematu.

Już w domu podsłuchałam rozmowę rodziców. Tata dziwił się mojej reakcji: że przyjęłam to bez emocji, że o nic nie pytałam. A ja uświadomiłam sobie, że po prostu zawsze to wiedziałam.

Jak ugotować wodę na grzałce z żyletki

„Upadłaaaa mi kropla woooody, na tę czyyyyystą podłogęęęęę, by klawiiiisza nie obrazić, wycieraaaam ją, jak mogęęęę!” – zawodził tata nad moim dziecięcym łóżeczkiem.

Mama zżymała się na to, ale niewiele to pomagało, bo bardzo lubiłam te piosenki i domagałam się ich śpiewania. Najbardziej: „W Montelupich pensjonacie wieczorowy strój to gacie”, co tata interpretował z zawadiackim grymasem. Jako kilkuletnia dziewczynka nie zastanawiałam się oczywiście, o jaki „pensjonat” chodzi.

Mogłam się była domyślić jego przeszłości więziennej z opowieści, żartów i sztuczek, którymi mnie zabawiał w dzieciństwie. Były tam więc rubaszne żarty z fikcyjną postacią prokuratora Cholewińskiego w tle, były instrukcje, jak zrobić sałatkę śledziową, mając tylko cebulę, jak ugotować wodę na grzałce z żyletki, jak, będąc zdrowym, dostać gorączki, jak wywołać wrażenie, że ma się całą rękę we krwi bez cięcia skóry, a nawet... jak trzymać nóż, zadając cios, i jak się przed przeciwnikiem bronić. Kiedy byłam trochę starsza, tata uczył mnie, jak pisać na maszynie, żeby utrudnić identyfikację sprzętu, jak ukrywać bibułę, a nawet jak prowadzić rozmowy w mieszkaniu, uniemożliwiając ich podsłuchiwanie.

Pamiętam, że zabrał mnie kiedyś na wycieczkę do Nowego Wiśnicza, na zwiedzanie zamku. Pokazywał z błyskiem w oku małą komnatę zbudowaną tak, że prowadzone szeptem rozmowy w jednym z jej kątów słyszało się w innym pomieszczeniu. Nie wiedziałam, że siedział w zamkowych lochach latem 1952 roku.

Pierwszy raz zaznał więziennego chleba jako piętnastoletni harcerz. Jesienią 1946 roku oskarżono go o nielegalne posiadanie broni i zorganizowanie grupy konspiracyjnej „Nauka-Ojczyzna-Wiara”. Został wówczas zamknięty w baszcie lubelskiego zamku. Był wielokrotnie przesłuchiwany, poniżany i bity drewnianą pałką po nagim ciele. Spędził tam pół roku. Stłoczeni więźniowie spali w kilkudziesięciu na betonie bez sienników. Zimą przez pozbawione szyb otwory okienne średniowiecznej baszty padał śnieg. Dziś to miejsce uznawane jest za jedno najcięższych więzień stalinowskich czasów w Polsce.

POLECAMY: Prof. Walery Pisarek. Starszy pan w berecie przemierza Nową Hutę

„Tak, jak ja kocham ciebie”

Babcia, mama mojego ojca, pod koniec życia prowadziła pamiętnik. Był początek lat 80. i babcia nawet w ręcznie zapisywanych notatkach nie odważała się otwarcie pisać o stalinowskiej rzeczywistości.

„Przyszło czterech oberwańców i zabrali mi moje dziecko, syna. Rozpacz okropna, a on wychodząc i widząc mój płacz, rzekł: »Mamusiu, i Ty płaczesz?«. Słowa niezapomniane. Zaczęła się wędrówka po adwokatach, sądach. Sprawa. Zwolniony z amnestii po sześciu miesiącach. Nie wiedziałam, kiedy go wypuszczą, więc stałam pod zamkiem w Lublinie przez dwa dni na mrozie i słocie. (...) Wróciliśmy do domu. Rano na drugi dzień witam go, a on mi mówi: »Mamusiu, uszczypnij mnie, niech wiem, że nie śnię«„ – pisała babcia.

Jeśli uwięzienie nastolatka ze zwykłymi kryminalistami i zbrodniarzami wojennymi miało służyć zastraszeniu i swoiście pojętej resocjalizacji, to w przypadku Walerego Pisarka nie przyniosło oczekiwanego rezultatu. Chłopak zhardział i bynajmniej nie zarzucił planów walki o niepodległość Polski. Tuż po rozpoczęciu studiów polonistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim założył z grupą kolegów antypaństwową organizację „Helena”. Do tak konsekwentnego postępowania przyczyniły się z pewnością postawa jego rodziców i sposób, w jaki został wychowany. Jego ojciec Edward Pisarek, prawnik, powołany w sierpniu 1939 roku do służby w Warszawskiej Dyrekcji Kolei Państwowych, uczestniczył w organizowaniu jej ewakuacji na Wschód. We Lwowie został aresztowany przez NKWD. Z okazji zbliżających się dziewiątych urodzin syna Walerego pisał:

„Musisz powoli zdawać sobie sprawę z tego, że kiedy mnie nie stanie, ty stać się musisz ostoją Niuni (czyli starszej o dwa lata siostry – przyp. DKK), Dady, Mamusi i Cioci. Taka już jest kolej rzeczy. (…) Nie trzeba krzyczeć i powtarzać »ja kocham«, ale postępowaniem swoim dać odczuć swoim Najbliższym, że kochasz ich prawdziwie (...) tak jak ja kocham Ciebie”.

To był ostatni znak życia od niego. W grudniu 1946 roku, a więc dokładnie w tym czasie, kiedy 15-letni Walery siedział w baszcie zamkowej, Sąd Grodzki w Lublinie wydał oświadczenie, że zaginiony Edward Pisarek „zmarł 31 grudnia 1940 roku w Rybniku”.

Mój ojciec przez całe swoje dorosłe życie próbował dociec prawdy, nie wątpiąc, że aresztowanego prawdopodobnie w czerwcu 1940 roku przez NKWD Edwarda Pisarka zamordowali Sowieci. Brak dokumentów lub panujący w nich bałagan sprawiały, że poszukiwania nie dawały rezultatu ani za czasów peerelowskich, ani po 1989 roku.

Dosłownie dwa tygodnie przed śmiercią mój poruszony do głębi ojciec pokazał mi bez słów – nie mógł mówić ze wzruszenia – dopiero co otrzymany dokument stwierdzający miejsce zgonu Edwarda Pisarka: nie śląski Rybnik, jak próbowała wmówić, zacierając prawdę, komunistyczna władza, lecz położony nad Wołgą Rybińsk.

Nie broń palna, ale powielacz

Postawa jego matki Wandy z Bagińskich była jeszcze bardziej radykalna. W tradycji rodzinnej było rzeczą naturalną, że mężczyźni swoją nieugiętą postawę przypłacali pobytem w więzieniu lub śmiercią: jej dziadek wraz ze swym stryjecznym bratem brali udział w powstaniu styczniowym i zostali zesłani na katorgę w głąb Rosji, a ich majątki skonfiskowano. Brat babci Walery Bagiński, działacz POW, legionista, uczestnik wojny z bolszewikami, oskarżony o wysadzenie cytadeli warszawskiej w 1923 roku, skazany został na karę śmierci i zginął dwa lata później, zastrzelony przez policjanta-konwojenta. Ojciec właśnie na jego cześć otrzymał na chrzcie imię Walery.

W POW była zresztą również i babcia Wanda. Pierwszemu narzeczonemu, Marianowi, który był jej najsilniejszą miłością na złe i dobre, na śmierć i życie, babcia zwróciła pierścionek zaręczynowy, ponieważ świeżo upieczony adwokat zamiast pójść na front w 1920 roku wolał zająć się urządzaniem w nowym biurze. Babcia zaciągnęła się sama. Ale niezwykłym zrządzeniem losu ich drogi zeszły się na powrót po wojnie. W 1948 roku 51-letnia Wanda spotkała wycieńczonego Mariana na ulicy w Lublinie: wrócił dopiero co z Workuty, gdzie zesłano go z grupą polskich prawników w 1944 roku. Był wdowcem. Widocznie sowieckie zesłanie zmazało w babci oczach jego przewinę zaniechania patriotycznego obowiązku, bo wkrótce się pobrali.

Rok później Walery Pisarek dostał się na studia. W odręcznie pisanym podaniu kandydata zwraca uwagę nazwanie rodzinnego dworu w podlubelskim Jaszczowie „gospodarstwem rolnym” oraz niepewną, bo niewiedzącą co napisać ręką, przerabiana data śmierci ojca na rok 1943. Oczywiście w podaniu nie było ani słowa o więzieniu w baszcie!

Organizacja „Helena” rozkręcała się powoli. Można założyć, że osiemnastolatek uczył się nowej uniwersyteckiej rzeczywistości, życia w dużym mieście. Chłonął wiedzę. Zakochał się. Zawsze twierdził, że już na egzaminach wstępnych. Przede wszystkim jednak, zapewne po doświadczeniach pierwszej odsiadki, przemawiała przez niego ostrożność.

Konspiracyjną grupę tworzyło kilku 19-, 20-letnich chłopców, wśród nich kolega Walerego z gimnazjum Jerzy Saniewski. Starszy ledwie o pół roku, ale mający partyzanckie doświadczenie, bo walczył w szeregach lubelskiego oddziału AK. Celem organizacji była walka o niepodległość Polski. Przyjaciele planowali tworzenie dalszych grup na terenie kraju, współpracę z innymi organizacjami podziemnymi, a także nawiązanie kontaktu z Zachodem. Chodziło tu nie tylko o poszerzanie i umacnianie siatki organizacyjnej, ale i o zdobycie pieniędzy i sprzętu. Stan posiadania młodych konspiratorów był skromny: mieli pistolet, który przechowywał Staniewski, i powielacz ukrywany przez Walerego w wynajmowanej stancji.

Ciekawe, że mój ojciec, wybitny medioznawca, autor cenionego podręcznika „Retoryka dziennikarska”, już wtedy rozumiał wagę rozpowszechniania informacji i skuteczność propagandy oraz jej wyższość nad fizyczną przemocą i zabijaniem. Nie broń palna, lecz ów powielacz, służący do drukowania ulotek, a w przyszłości podziemnej gazety, był jego najcenniejszym orężem.

Do wydawania takiej gazety nigdy nie doszło. Agenci UB szybko wpadli na trop „Heleny”. W archiwum IP zachowały się o moim ojcu takie meldunki: „...reprezentuje postawy zdecydowanie antymarksistowskie. Wyraża niezadowolenie z życia społeczno-politycznego i kulturalnego w Polsce. Chłonny na propagandę antykomunistyczną, pilnie słucha audycji radiowych BBC”.

POLECAMY: Pogrzeb prof. Walerego Pisarka. "Byłeś młodzieńczo ciekawy jutra!"

Ksywka „Profesor”

Adres stancji ojca znaleziono przy zastrzelonym w Warszawie przez milicjanta członku innej organizacji. W mieszkaniu urządzono kocioł, do którego przez kolejne dni wpadło ponad 10 osób, w tym przypadkowych, jak inkasent z elektrowni oraz Binio, niezaangażowany w konspirację przyjaciel ojca z czasów szkolnych, wówczas student I roku AGH. Binio wspomina ten dzień tak: „...otwierają się drzwi (…), a tam dwu facetów, jeden w płaszczu z futrzanym kołnierzem ok. 40 lat stary, drugi młodszy, w ubraniu. (…) Cisza, po chwili ten starszy mówi: »ten Pisarek to bandyta (…), będziesz tu spać na podłodze, a jutro skonfrontujemy Ciebie z Pisarkiem na Montelupich, jeżeli kłamałeś, to pożałujesz«”.

Ojca aresztowano 5 listopada 1951 roku. Znów doświadczył bicia i tortur podczas przesłuchań. Akt oskarżenia rozpoczynało takie zdanie: „Osk. Pisarek Walery – student Wydziału Humanistycznego U.J. w Krakowie, syn bogacza wiejskiego (25 ha ziemi ornej) (…) licząc na nieuchronność wybuchu trzeciej wojny światowej i zmianę ustroju w Polce Ludowej, postanowił zorganizować nielegalną organizację”.

29 marca 1952 roku wydano wyrok: 6 lat więzienia, 3 lata utraty praw publicznych i przepadek mienia na rzecz Skarbu Państwa. Saniewski dostał 7 lat. Pozostali koledzy po 3 i 2 lata.

Ojciec siedział najpierw w krakowskim więzieniu na Montelupich, które w tamtych czasach złą sławą przewyższało lubelską basztę. Potem przeniesiono go do lochu na zamku w Wiśniczu, a w sierpniu 1952 roku ojciec przewieziony został do obozu pracy w Jawiszowicach. Więźniów politycznych, jako wrogów ludu i zdrajców, trzymano w barakach podobozu KL Auschwitz wraz z odbywającymi karę groźnymi kryminalistami, mordercami i zbrodniarzami wojennymi. Nie chciał o tym wspominać. Ale w nielicznych rozmowach, które już jako dorosła z tatą odbyłam, wyjaśnił, że udało mu się dobrze „ułożyć” ze współtowarzyszami więziennej doli.

Dwudziestoletni student polonistyki, zakochany w romantycznej poezji polskiej, zaskarbił sobie sympatię współwięźniów, recytując im z pamięci poematy i dramaty swojego ukochanego autora Juliusza Słowackiego, opowiadając przeczytane jeszcze na wolności powieści, dzieląc się wiedzą historyczną. Dorobił się ksywki „Profesor”.

Wiśnicz – „uroczy zakątek ziemi krakowskiej”

Ojciec zgłosił się do pracy w kopalni, gdyż każdy dzień tak przepracowany liczył się podwójnie. Skierowano go do najcięższej i najniebezpieczniejszej pracy na tak zwanym „przodku”. Kując kilofem na samym froncie tworzonego dopiero wyrobiska, pracował po dwanaście godzin dziennie, w pyle, półnago (na przodku panuje gorąc dochodzący do 45 stopni), często na kolanach lub czworakach. Więźniowie bez względu na pogodę przemierzali codziennie półtorakilometrową drogę do kopalni w cienkich drelichach i drewniakach na bosych stopach. Spali po trzech na zbitych jeszcze dla więźniów obozu koncentracyjnego piętrowych pryczach.

Nieludzkie warunki sprawiły, że ojciec nabawił się gruźlicy i pylicy płuc. Skrócenie odbywanej kary przez katorżniczą pracę w kopalni niestety w jego przypadku nie poskutkowało. Stwierdzono, że więzień „nie wykazuje poprawy”. Surowy wyrok z sześciu do czterech lat skróciła natomiast amnestia.

W przepaścistym biurku ojciec przechowywał więzienną korespondencję. W małej paczuszce przewiązanej sznurkiem zachowały się do dziś pisane wtedy słowa tęsknoty i troski – to w listach od matki i narzeczonej, późniejszej żony Krystyny. Zachowało się też kilka liścików pisanych przez Walerego do jego matki. Widać w nich lęk więźnia przed napisaniem rzeczy niecenzuralnych, a też próby obracania ponurych faktów w żart, aby rozbawić i pocieszyć adresatkę: „Mateńko moja najmilsza, jestem teraz w nowej miejscowości. Wiśnicz to zaiste uroczy zakątek ziemi krakowskiej. Ocenisz sama, jak przyjedziesz do mnie na widzenie. Czuję się oczywiście doskonale i z każdym dniem lepiej, a dziś to już tak dobrze jak pojutrze” – pisał.

Ojciec wyszedł na wolność 28 stycznia 1955 roku. Nie mając prawa powrotu na studia, początkowo pracował w prywatnym zakładzie ogrodniczym. W sierpniu dostał etat starszego robotnika w magazynie opakowań szklanych Hurtowni Farmaceutycznych. W tym samym miesiącu ożenił się z Krystyną, moją mamą, która czekała na niego przez więzienne lata. Złożył podanie o ponowne przyjęcie na studia.

Czasy się szybko zmieniały. Zmarł Stalin, nadciągała odwilż. Byłemu więźniowi, do niedawna pozbawionemu praw obywatelskich, pozwolono wrócić na studia jesienią 1955 roku. Skończył je dwa lata później. Temat jego pracy magisterskiej brzmiał „Poglądy krytyczno-literackie Juliusza Słowackiego”.

„Ja naprawdę chciałem obalić ustrój”

Jak wynika z przechowywanych przez IPN dokumentów, Walery Pisarek był inwigilowany od wyjścia z więzienia aż do 1960 roku. Gdy w 1979 roku wybuchła bomba pod pomnikiem Lenina w Nowej Hucie, w naszym, oddalonym o 300 metrów mieszkaniu zjawiło się trzech funkcjonariuszy w cywilnych ubraniach. Dwóch zamknęło się z ojcem w pokoju, trzeci stał na zewnątrz tak, żebyśmy z mamą nie mogły podsłuchiwać. Po godzinie wyszli, przepraszając: najwyraźniej przypadkowa zbieżność nazwisk. Ojciec był już wtedy od kilku lat po habilitacji, kierował Ośrodkiem Badań Prasoznawczych, a w dodatku był znaną postacią popularnego Studia 2, gdzie wygłaszał pogadanki o języku.

Po wyjściu z więzienia ojciec zaprzestał działalności wywrotowej. Wprawdzie nienawidził komuny, był – oględnie mówiąc – niechętny ludziom, którzy przyczyniali się do „umacniania ustroju”, oczywiście nigdy nie zapisał się do PZPR, ale całe życie służył Ojczyźnie. Odnalazł swoją nieskalaną, niezłomną i niezwyciężoną Polskę w języku. Dbał o piękną polszczyznę. Pielęgnował ją i uczył, jak pielęgnować. Powtarzał z namaszczeniem: „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy. Jak długo posługujemy się piękną polszczyzną – jesteśmy. I jest niepodległa Polska”.

Kiedy 65 lat później Sąd Okręgowy w Krakowie unieważniał tamten wyrok z lat 50., ojciec obruszał się i powtarzał: „Ale przecież skazali mnie słusznie! Ja naprawdę chciałem obalić ustrój!”.

Nie chciał rehabilitacji ani zadośćuczynienia finansowego. Do zmiany decyzji przekonała go sugestia, że będzie mógł wesprzeć finansowo gospodarzy jaszczowskich odbudowujących dwór, miejsce, gdzie spędził pierwsze osiem, być może najszczęśliwszych lat swojego życia.

Dorota Krzywicka-Kaindel jest córką zmarłego w ubiegłym roku prof. Walerego Pisarka, wybitnego językoznawcy. Krakowianka z pochodzenia, muzykolog i pianistka z wykształcenia, krytyk teatralny, menedżer muzyki klasycznej, nauczyciel fortepianu. W Krakowie pisała m.in.: do „Studenta” i „Echa Krakowa”, w Monachium m.in. do Radia Wolna Europa i „Teatru”, w Wiedniu – do „Didaskaliów” i „Ruchu Muzycznego”. Kocha wszystkie koty i niektórych ludzi.

AKADEMIA OPOWIEŚCI

Historia Polski to nie tylko dzieje wielkich bitew i przelanej krwi. To również codzienny wysiłek zwykłych ludzi, którzy mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, a także dzisiaj – zawsze byli wolni.
Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników. Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ.

Na opowieści o bohaterach naszej niepodległości o objętości nie większej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 15 sierpnia 2018 r. Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 osób wyróżnionych rocznymi prenumeratami wyborcza.pl. Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto

za drugie miejsce w wysokości 3333 zł brutto

za trzecie miejsce w wysokości 2000 zł brutto.