Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszym konkursie?

Przeczytaj REGULAMIN KONKURSU

"Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Przyślij opowieść, wygraj nagrody [FORMULARZ]

Róża Thun – posłanka do Parlamentu Europejskiego z listy PO od 2009 r., w latach 70. działaczka KOR-u i Studenckiego Komitetu Solidarności w Krakowie. Córka Marii Karoliny z Plater-Zyberków i Jacka Woźniakowskiego, historyka sztuki, założyciela wydawnictwa Znak

W kuchni stał zużyty biały kredensik z szybkami, stół i dwa krzesła, była tam też gazowa kuchenka i miska dla kota. Sztalugi stały przodem do okna, żeby z podwórka studni choć trochę światła padało na powstające płótno.

Chętnie malował polskie płaskie, wiejskie pejzaże, rozległe łąki, na nich czasem zwierzęta, rozjeżdżone drogi, drzewa, chałupki, które wyglądały, jakby same z ziemi wyrosły i organicznie do niej należały, niebo niebieskawe. Wieś – jak ją pamiętał. Nie bawił się w detale, nie uśliczniał, trochę były te obrazy szare, trochę gruboziarniste, jak coraz dalsze wspomnienie. Mawiał z uśmiechem: – Teraz jedyna zielona rzecz, którą widzę przez okno, to ta zielona rynna na kamienicy naprzeciwko.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Róża, najpiękniejszy polski kwiat. Przeciw obrzydliwym atakom prawicy na Różę Thun

Dziadzia

Mój dziadek nigdy nie narzekał. Henryk Woźniakowski, rocznik 1898: drobniutki, przystojny, jasne oczy, wyraźne kości policzkowe, nos wąski i wyrazisty, starannie przystrzyżone wąsy. Musiał czasem odchodzić od sztalug i siadać, bo jedną nogę miał słabszą, wyraźnie utykał, kiedy chodził.

Kiedyś, w dawnej młodości, strasznie go łupnęło w krzyżach. A że nie miał czasu na leżenie, wstrzyknął sobie końską dawkę jakiegoś rozluźniającego lekarstwa. Końską, w sensie dosłownym, bo takie dawki znał. Był hodowcą koni wyścigowych i koniom pomagało. A jemu częściowo sparaliżowało nogę. I z tą niesprawną nogą na starość dzielnie wdrapywał się po schodach na wysokie czwarte piętro kamienicy przy ulicy Kopernika w Katowicach. I malował. Tak jak pamiętał.

Koni nie malował. Właściwie też o nich nie opowiadał. Pod koniec II wojny światowej Rosjanie wpadli do stadniny w Widzowie niedaleko Częstochowy, do jego wypielęgnowanych stajni i wypieszczonych folblutów, koni pełnej krwi angielskiej, które były jego chlubą i miłością. Powrzucali siodła na ich delikatne, lśniące grzbiety i „Dawaj! Wpieriod!” pogalopowali gonić Niemca.

Nie pamiętam, skąd to wiem, trochę sobie może wyobrażam, bo od Dziadzia nigdy o tym nie usłyszałam. Potem już szło dalej, gospodarstwo rolne i pozostałości po stadninie nowa władza upaństwowiła, Dziadzio musiał się wyprowadzić. Może opowiadała mi to jego żona, Ciocia Lucy? Mówiliśmy do niej „ciociu”, bo nie była naszą babką, tylko jego drugą żoną. Malowała usta różową perlistą szminką, lakierowała paznokcie i tleniła włosy, w najgorszej komunistycznej szarzyźnie głośno się śmiała, pokazując zadbane zęby. Nie bardzo to pasowało do surowego ziemiańskiego kanonu obecnego w naszej rodzinie, ale ona była Czeszką i kiedyś śpiewaczką operową, a poza tym Dziadziowi się to podobało, więc lubiliśmy ją taką, jaka była.

Dziadzio też dbał o wygląd : koszulę miał zawsze wyprasowaną, buty wypucowane; choćby nie wiem jak szary deszcz padał w Katowicach, oni zawsze byli schludni. Uśmiechnięci, dzielni, gościnni.

Tak jak nie malował koni, nie malował też psów. A miał wielką słabość do bokserów. Mój ukochany, płowy, z białym paskiem na nosie i nieprzyciętymi uszami, towarzysz dzieciństwa i wczesnej młodości, był prezentem od Dziadzia właśnie. Nie opowiadał o swoich bokserach, ale znałam historię o tym, jak w czasie II wojny Niemcy przyszli zobaczyć stadninę, boksery wściekle na nich szczekały, więc zaczęli do nich strzelać. Pochowały się za Dziadziem. A oni strzelali do nich między nogami Dziadzia, który usiłował je uspokajać i zasłaniać. I zabili wszystkie. Chyba opowiadała nam to Ciocia Lucy.

Dziadzio podczas I wojny światowej nie został powołany do wojska, bo miał prawą rękę sztywną w łokciu. Jako dziecko fatalnie spadł z konia, źle mu tę rękę złożyli i nigdy nie wróciła do formy. Nie przeszkodziło mu to być znakomitym jeźdźcem.

Ale przede wszystkim był hodowcą. Miał wielkie ambicje, by powstała na nowo po zaborach Polska miała świetne rolnictwo i konie, które będą konkurować z końmi z hodowli innych krajów europejskich. Chciał, żeby konie z polskich stajni zaczęły wygrywać na międzynarodowych wyścigach. To było dla niego coś naprawdę prestiżowego, coś, co miało tworzyć wspaniały wizerunek naszej ojczyzny. O tym marzył.

Jego młoda stadnina w Widzowie szybko zaczęła osiągać dobre wyniki. Słyszałam niesamowite opowieści o tym, co działo się na torze wyścigowym na warszawskim Polu Mokotowskim, kiedy to konie gnały łeb w łeb, nos w nos, a właściciele niemal umierali na zawał serca. Przeżywali emocje nie do opisania, a potem lało się morze alkoholu.

Hodowle potrzebują czasu, kontynuacji, doświadczenia i wiedzy, a do Polski, zanim osiągnęły prawdziwie wysoki poziom, wkroczyli Niemcy i wyścigi się skończyły. Dziadzio starał się przetrwać ze stadniną wojnę, bo był przekonany, że dla polskiej kultury i tożsamości dobre konie są elementem niezbędnym, a przecież po wojnie nadal będą starannie hodowane przez ludzi, którzy umieją to robić.

Dziadzio i Ciocia opowiadali, jak Niemcy przyjeżdżali podziwiać piękne folbluty, a akowcy, którzy akurat byli u Dziadzia (a przychodzili do niego często dożywić się i umyć), udawali stajennych, z furią zamiatali stajnię i wywozili nawóz. Dla Cioci najtrudniejszy był moment, kiedy musiała udawać, że wyjeżdża, a tak naprawdę wyniosła w walizce broń ukrytą w słomie. Trzeba było nieść ten pakunek tak, jakby był leciutki. – Dobrze, że kilka lat spędziłam na scenie – wspominała.

To, że nowy system zniszczył Dziadziowi pracę wielu lat życia i że hodowla pełnej krwi nigdy w Polsce nie doszła do znaczącego poziomu, było dla niego raną nie do zaleczenia. Nigdy nie pojechał do Widzowa, żeby zobaczyć, jak jego były majątek wygląda pod pegeerowskim zarządem. Ale nie narzekał, zaczął nowe życie na czwartym piętrze, w domu z widokiem na zieloną rynnę. Uczył malarstwa w szkole, sam malował i sprzedawał obrazy.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Róża Thun: Tylko ostatni bandyta może chcieć zniszczyć Unię

Uczeń Malczewskiego

Kiedyś, jako młody człowiek, bardzo chciał zostać malarzem. Pewnie miał to w genach, jego matka była córką wspaniałego polskiego XIX-wiecznego portrecisty Henryka Rodakowskiego. Dziadzio nosił po nim imię i z wielkim zapałem brał lekcje u Jacka Malczewskiego, ale jego ojciec, groźny Marcjan Woźniakowski (przynajmniej tak go sobie wyobrażam), nie zgodził się na takie fanaberie, bo poważny człowiek zajmuje się uprawą roli, a nie machaniem pędzelkiem. Więc młody i oczywiście posłuszny Henryk codziennie o świcie objeżdżał pola, lasy, stawy i folwarki, bardzo solidnie prowadził rachunki, jego praca przynosiła efekty. Stopniowo wyspecjalizował się w koniach wyścigowych.

A po II wojnie, na stare lata, z dyscypliną i konsekwencją wrócił do tego, czego dekady wcześniej uczył go Malczewski – do malowania. Zapewne darzył Malczewskiego wielkim szacunkiem; zachwycał się jego malarstwem do tego stopnia, że swojemu synowi, a mojemu ojcu, dał na imię Jacek właśnie.

Jeździliśmy z tatą do Katowic „odwiedzać Dziadziów”. Godzinami tłukliśmy się pociągiem, żeby pokonać odległość 80 km i w końcu wpaść do ich mieszkania, gdzie czekali na nas z obiadem, jakiego w Krakowie nie można sobie było wymarzyć. Na Śląsku było lepsze zaopatrzenie i Dziadziowie ewidentnie chcieli nas dokarmiać. Potem ojciec z synem ze smakiem wypijali dobrze zmrożoną wódkę i z pasją godzinami rozmawiali o lekturach i obrazach, które ostatnio zrobiły na nich największe wrażenie.

Tata przywoził Dziadziowi z Krakowa książki i wydawało nam się to zupełnie naturalne, że były w różnych językach: klasyczne powieści w oryginale francuskim i niemieckim, albumy z reprodukcjami, wszystko zdobyte w antykwariatach albo od krewnych i znajomych, którym udało się uratować część przedwojennych zbiorów.

Teraz malował głównie kwiaty w wazonach. Na Śląsku w kopalniach ludzie zarabiali dobrze, urządzali sobie mieszkania, niejeden chciał mieć obraz nad wersalką. Trudno było układać sobie w Katowicach świeże, bogate, różnorodne, barwne bukiety, żeby je malować. Więc jeżdżąc autostopem po różnych krajach, w każdym muzeum czy galerii kupowałam kartki z kwiatami dla Dziadzia, to mu dawało nowe pomysły. Tak mówił. Sama dzięki temu staranniej przyglądałam się obrazom Pietera Bruegla Starszego i innych niderlandzkich malarzy, a także Fantin-Latoura, Cézanne’a, Maneta, ale i irysom, i słonecznikom van Gogha, niby już totalnie opatrzonym.

Dziadzio malował też na zamówienie. Przysyłali mu malutkie zdjęcie mężczyzny, który miał być odznaczany i w prezencie miał dostać swój portret… w wykonaniu Dziadzia. – Podobieństwo jest mniej ważne niż dobrze namalowane ordery – mówił ze śmiechem. Wyspecjalizował się w tej dziedzinie i pokrywał piersi swoich bohaterów kolorowymi baretkami, krzyżami i medalami. Pokazywał nam zdjęcia mężczyzn w czakach z pióropuszami i zastanawiał się głośno: – Ciekaw jestem, co to jest za człowiek. Zobacz, jaką ma twarz wyrazistą, pewnie mocny charakter – i tak zgadując i domyślając się, stawał na długie godziny przed sztalugami, pędzel w ręce ze sztywnym łokciem, tyłem do okna, za którym jedynym zielonym elementem była jaskrawa rynna.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Zaczynamy Akademię Opowieści. Adam Michnik: Spróbujmy opowiedzieć sobie o swoich losach

Mam nad biurkiem zdjęcie najlepszego konia z hodowli Dziadzia (nazywał się Casanova). Na odwrocie są linijki napisane jego pismem:

Każden w życiu poezji swojej wątek snuje,

Jeden, pisząc dramaty, wierszem papier psuje,

Drugi znów na gitarze wygrywa, co czuje,

Trzeci – żar swego serca cały wymaluje,

Czwarty – w niebo się patrzy, kiedy ziemię orze,

Ten … rytmy swe wybija na zielonym torze!

Wątki naszej poezji bywają piękne, bywają trudne, ale chciałabym, żebyśmy snuli je tak dzielnie, wytrwale i z błyskiem dodającym otuchy innym – jak Dziadzio.

***
Akademia Opowieści. „Nieznani bohaterowie naszej niepodległości”

Historia Polski to nie tylko dzieje wielkich bitew i przelanej krwi. To również codzienny wysiłek zwykłych ludzi, którzy nie zginęli na wojnie. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie, wsi, miasteczku i mieście ma takiego bohatera: babcię, dziadka, nauczyciela, przyszywanego wujka, sąsiada. Jednych znaliśmy osobiście, innych – ze słyszenia. Opowiada się o nich anegdoty, wspomina ich z podziwem i sympatią.

Byli prawnikami, konstruktorami, nauczycielami, bywało też, że nie mieli żadnego zawodu. Uczyli, leczyli, tworzyli, wychowywali dzieci, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, biblioteki na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi, pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości o objętości nie większej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 15 sierpnia 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem NASZEGO FORMULARZA.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”, „Magazynu Świątecznego”, „Dużego Formatu”, oraz w wydaniach lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 osób wyróżnionych rocznymi prenumeratami Wyborcza.pl. Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:
* za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
* za drugie miejsce w wysokości 3333 zł brutto,
* za trzecie miejsce w wysokości 2000 zł brutto.